Archiwa tagu: malaysia

Melaka – KL Airport

Jake jest duzy. Bardzo duzy. W highschool w Toronto rozbijal sobie puszki z piwem na glowie, gral w rugby i w hokeja – moze bez przerwy rozmawiac o hokeju, wystarczylo ze wspomnialem op niejakim Czerkawskim. Zreszta zaden temat nie jest dla niego nowoscia. Rzezbi jak moze i nawet gdy blefuje i on wie ze ja wiem ze on wkreca, wciska mi kit bez mrugniecia okiem. Jego rodzina pochodzi z Ukrainy (dziadek, papa) wiec oczywiscie rozmowa schodzi na Czernobyl – co z tego ze Jake mial wtedy roczek – rozprawia na temat skazenia jakby to on przyjmowal jod w budzie a nie ja. W Traveller’s Lodge spotykam innych typow – w tym Shari i jej chlopaka (wczesniej spotkalem ich w Phnom Penh). Sa tez dwaj spring chickens z Anglii, gap year – podrozuja dookola swiata – kolesie w typie kolesi co sluchaja White Stripes – nju jork ouwergrand – czapki siatkowe, dlugie wlosy, wychudzeni, metny wzrok, dawkuja slowa bardzo powoli.

Przy kawie z rana spotykam Zulfitri Nasutiona z Indonezji. Oczywiscie gadka schodzi na Irak, Izrael, Saddama, wojne, muzulmanow. On wie swoje, ja wiem swoje. Tak naprawde nie wiemy nic.

Wlasciwie nie mialem ochoty gadac z innymi travellersami, ale miejsce bylo mile wiec czemu nie – pizza, piwko, pierdupierdu.

Melaka jest nudna i sssplywa potem. Wlasciwie nie mam ochoty nic innego robic jak siedziec w centrum handlowym w klimie – wiem ze to profanacja mojego czasu, ale taki lajf.

Probuje zrobic jakies zdjecia – w dzien nie wychodzi – tlumy ludzi, przeciskaja sie ulicami starego-nowego miasta (wszystko w remoncie – na cacy). Wlasciwie Melaka jako najslynniejszy port przed paroma wiekami znajduje sie nad morzem – ale cala linia brzegowa zanikla – wlasciwie jest tylko autostrada za autostrada krzaki, beton, a za nimi rzedy nowiutkich budynkow pelnych apartamentow dla nowych Malajow.

Czytam zbior opowiadan Dicka. Tak mocno sie wkrecam ze nie moge dobrze spac i sni mi sie ze jestem robotem. Straszny koszmar. Jest 5 rano – ide robic zdjecia. Pstrykam pare RAWow ale nuda okropna – wiec zmykam do hotelu – wschod slonca obserwowany z dachu, pakowanie, net, sniadanie (indian cuisine , a jakze).

Upal coraz wiekszy. Topie sie we wlasnym sosie-pocie. Zmykam na stacje autobusowa. Za 4 zeta bilet do …. hm… jezu zapomnialem – w kazdym razie w tym miescie dokad pojechalem z Melaki wskakuje w lokalny bus i jestem na lotnisku w KL (70km od centrum miasta). Bardzo dobrze wkrecilem sie w s/f Dicka – to istna przyszlosc.

Bedzie jeszcze wiecej o Malezji. Ide znalezc miejsce do spania – lotnisko stworzone wrecz do tego – cicho czysto – mam boarding pass i 11 godzin przed soba. Jutro Phnom Penh. Bardzo dziwnie bedzie tam wrocic – ale jest pare rzeczy do zrobienia i napisania.

1.00 am

Spotykam a raczej podsluchuje przybyszow z Polandii – tour asia zapewne czy cos takiego – 3 pary, lat 30-40, kazdy z nich mini-kapelusik zbieracza ryzu dyndajacy na karku – jezu nie wiem jak to jest ale z daleka rozpracowalem ich narodowosc (zanim uslyszalem sakramenckie ‚kurwa’ ) – oczywiscie rozmowa toczyla sie tylko i wylacznie ile co kosztuje ile na co wydalem i dlaczego wlasnie tyle i czy dobrze stoimy i czy samolot poleci tam gdzie poleci. mowa trawa. bardzo przerzedzona. sorryy ale juz jestem zmeczony.

7.30 am

zmarzlem jak pies. podkrecili klime do takiego stopnia, ze obudzilem sie o 7 rano szczekajac zebami. mala gimnastyka i znow net aby zabic czas do odlotu.

Lotnisko pelne elegancko ubranych ludzi ktorzy ciagna za soba samsonajty skrzypiac butami od gucciego (akurat pisze gucci, ale pewnie sie nie znam, musza byc bardziej wyrafinowane firmy)

Wydalem wszystkie ringgity. Mam nadzieje ze sniadanie w samolocie bedzie zjadliwe.

Chyba tyle.

Opublikowano common life | Otagowano , ,

24 godziny w Kuala Lumpur

00.00
eh. bijac sie z myslami czy to dobry pomysl (padam tadam) wychodze na miasto. niby noc a wciaz goraco jak w piekle, na szczescie mam worek chusteczek, ktory niestety znika w smieciach po godzinie. swiatla w wiezowcach gasna, w koncu widac bezdomnych na pustych ulicach wielkiego miasta. ciemne zwoje cial kula sie do murow budynkow i porastaja na lawkach przystankow autobusowych niczym grzyb. nie mam mapy, mam za topunkty orientacyjne – KL Tower blyszczy na granatowym niebie. Ide w jej kierunku. Soundtrack: „Miasto Boga” i nowy Air. Zachodze na stacje Shella i zaopatruje sie w Red Bulla i Power Roota – jestem pewny ze zadzialaja – na pewno cos dodaja do tych puszeczek – o wiele mocniejszych niz polski
Red Bull i 3 razy tanszych.

00.30
Powoli zmierzam w strone blyszczacego sie jeszcze centrum. Szwadron sprzataczy pucuje Petronas Tower, powoli zamykaja knajpy
podnoza wiez, znudzeni taksiarze pala szlugi i dlubia w nosie nawolujac: whe a you goin, fren, whe a you goin.

01.00
robie 2-3 zdjecia i gasna swiatla Petronas. Zbieram manatki i powoli i po omacku raczej (jak wspomnialem wlasciwie nie wiem gdzie ide) opuszczam miejscowke. Przyciagaja mnie dudniace dzwieki muzy. Centrum sie bawi. KL sie bawi. Moze nie na calego, w koncu to srodek tygodnia, ale zawsze. Pod torami kolejki SkyTrain ktos lapie mnie za reke. Z ciemnosci wylania sie pokryta strupami twarz ni to mezczyzny ni to kobiety – perfkecyjne cialo – ale widok odrzuca – gruby glos szepce cos, wlasciwie nie rozumiem (tzn wiem o co idzie) – odchodze szybkim krokiem w strone stacji gdzie zakupuje jeszcze jeden dopalacz – tym razem mrozona kawe i pol litra wody. Coraz wiecej ludzi. Jestem przy Hard Rock Cafe. W srodku zespol zapodaje topowe przeboje „where is the love” etc. Biznesmeni oblapiaja dziwki, bananowa mlodziez podryguje niesmialo, piwo za 20 zeta kawa za 10.

02.30
Impreza sie konczy. Spogladam na zdjecia w knajpie – Diego Maradona obejmuje Michaela Jacksona, siedza razem na kanapie,
prawdopodnie zdjecie zrobione pare lat temu wewnatrz tego Hard Rock. Gruby hinduski taksiarz proponuje mi seks – tzn nie z nim – koles ma ciepla cipke jak okreslil za 200 ringitow za godzine – usmiecham sie tylko i
wedruje w strone, no wlasnie w ktora strone?

Puste ulice, niewielki tlumek wylega z knajp, zatrzymuje sie sportowy samochod – pryszczata chinska dziwka zagaduje mnie, za chwile podchodza inne dziwki mutanty o grubych glosach, z ciezkim mejkapem a ich jablko adama krzyczy z daleka – „mam malego penisa i sztuczne cyce ale zlota ze mnie dziewczynka, onli 50 ringit maj friend”. Allah w nocy niedowidzi, i
tylko dziewczyny w chustach na glowach ze swoimi chlopcami przypominaja mi ze to muzulmanski kraj.

03.00.
Zachodze na net aby ochlonac troche w klimie. Prawdopodobnie zmykne zaraz do hotelu wziac prysznic. Wkrotce przebudzi sie slonce i Allah.

04.30
Wrocilem do hotelu. Zrzucilem przepocone szmaty, 15 minutowy zimny prysznic podzialal calkiem orzezwiajaco. Spedzam godzine spisujac co trzeba, planujac dzien no i oczywiscie pol godzinki odpoczynku.

05.30
Znow w miasto, ktore wlasnie zaczyna budzic sie z letargu. Wciaz po katach w zakamarkach wejsc do budynkow majacza skulone sylwetki ludzkie, czesc z nich przeciera od niewyspania oczy. Przed sklepami dostawcy gazet (w malay, chinskim, angielskim, tamil) rozkladaja ogromne sterty papierzysk pelnych najswiezszych njusow. Wpadam do 7/11, gdzie wynajduje na polce
kolejny dopalacz. O dziwo wszystkie po kolei smakuja paskudnie – slodki syrop (jeszcze gorszy niz Red Bull w Polsce, ciekawe jakby Malysz latal po takim). Stawia mnie to na nogi i wedruje do Chinatown. Na niewielkim targowisku tluste szczury z ogonami jak sznur od snopowiazalki szukaja pozywienia a skosnoocy rzeznicy przecinaja na pol tuczniki. Smierdzi rybami, potem i chinszczyzna. Wciaz po omacku robie pare kilosow wzdluz rzeki i linii Skytrain.

7.03
Wschodzi slonce, podswietlajac dramatycznie chmury. Betonowy horyzont jest o tej porze najpiekniejszy. Przebiegam przez pelna zapachow Little India. Obserwuje ludzi idacych do pracy, odprowadzajacych dzieci do pracy. Sky
Train o tej porze jeszcze pusty.

7.30

Znow jestem w Golden Triangle – Zlotym Trojkacie – centrum biznesowym porosnietym wiezowcami niczym las w Sudetach podczas Mad Season ;)

8.00
Sniadanie. Roti, dal, sok pomaranczowy za 2.80r. Miejsce oblegane przez urzednikow z GT, studentow i generalnie innych rannych ptaszkow. Piekne studentki w wyprasowanych koszulach, ze starannie zaczesanymi wlosami i w
butach na obcasie wsuwaja palcami poranny posilek, siorbiac kawe i wypalajac przy tym mase papierosow. No i wkuwaja opasle tomiska – moze psychologie, moze marketing a moze nie.

czuje ze mam zapuchniete oczy, slizgam sie po tlustej posadzce do kibelka gdzie wypuszczam pare litrow chrzczonego dopalaczami moczu. Zrobilem giga zdjec, troche mnie to przeraza – zostalo mi tylko 9 gb na dysku. Z niepokojem mysle o reszcie dnia. Mam nadzieje ze nie zapadane w gleboki sen gdzies na chodniku czy w „niebianskim pociagu”.

9.00

Petronas Tower to najwyzsze budynki na swiecie, drapiace chmury na wysokosci 452 metrow, polaczone kladka na wysokosci 41 pietra. Budowe zaczeto w 1993 roku a skonczono w 1998. Kosztowalo to cudenko 2 miliardy waszyngtonow a zaprojektowal je ten sam czlowiek co WTC – Cesar Pelli. Budynek mocno nawiazuje do tradycyjnej islamskiej architektury – kombinacja kwadratow i kol. Wejscie za darmo, nie ma mozliwosci aby wjechac na sama gore, dostaje wejsciwke tylko do kladki. SkyWal, mimo ze trwa tylko i wylacznie 10 minut (scisle przestrzegana zasada) sprawia, ze zapominam o zmeczeniu. Na wysokosci ponad 200 metrow mam pod soba mrowisko ludzkie i zabawkowe ulice pelne resorakow. Rozgladam sie wokolo – wszyscy usmiechnieci i szczesliwi,
poranne sloneczko przedziera sie przez przyciemniane szyby, klima zachowuje humanitarna temperature, jest mi po prostu dobrze.

10.00

Zmierzam do Hotelu. SkyTrain, potem ulice miasta, po drodze kolejny dope w postaci kawy w Starbuckskie. Musze wracac do hotelu – podladowac baterie w aparacie i w sobie, wziac prysznic i wrzucic napisac pare slow.

11.30 – 16.00

Nadchodzi upal. Wrocilem do hotelu, terminator we mnie umarl i moc poszla sie chrzanic, zreszta nie jestesmy w Kolumbii gdzie dopalacze za darmo. Odpadam na ladnych pare godzin. Moj budzik juz dawno przestal dzialac, wciaz nie znalazlem bateri do niego.

16.00 – 21.00

Nie wazne, wstaje jak wstaje – znow prysznic – i spadam w srone KL Tower. Powlocze nogami w koncu jestem na nich od 30 godzin. Coraz gorzej sklada mi sie mysli, lepiej za to slysze – tzn zbyt dobrze – kazdy wiekszy halas powoduje wzrostu poziomu agresji. KL Tower – wieza komunikacyjna – kolejna wspaniala budowla – juz nie rozwodze sie na jej temat, w sieci jest wystarczajaco duzo info. Widok z gory oszalamiajacy. Poza tym dookola zamonowane sa lornetki Nikona – za darmo – jestem w szoku moge obserwowac wszystko co dzieje sie wokolo – ludzi w biurach, dzieciaki grajace w pilke 5 km od wiezy – dokladnie wszystko.

22.00 – 00.00

Zachodze do knajpy hinduskiej – wlasciwie w innej nie jadlem odkad jestem w Malezji, uwielbiam kuchnie Indii. Coraz gorzej mi sie mysli i chce sie spac. Wbijam sie jeszcze na nocna posiadowke w sieci – musze wykonac pare drukow i zalatwic kilka spraw.

Koniec dnia. Wiele mi jeszcze do zobaczenia zostalo. Jednak po 36 godzinach wlasciwie nonstop lazenia po miescie – jestem pod glebokim jego wrazeniem. Tyle.

Opublikowano common life | Otagowano ,

petronas tower

Opublikowano common life | Otagowano ,

24h KL

dzis byl luzacki dzien, swietnie sie spalo, do 13.33. ledwie cieply wstalem, prysznic, net w Anuja Backpackers Inn, gdzie mieszkam. Z rana spotykam dwie Szwedki – blade, duze, w okularach, z ogromnymi plecakami, prawie tak duzymi jak one same. Wybelkotalem cos na powitanie. Przyjechaly wlasnie z Australii czy Fiji. Zachwycone Singapurem (o jak czysto) jada do „dzikiej Tajlandii” i na sama mysl o podrozy do Laosu czy Kambodzy westchnely (o jak tam musi byc brudno).

well…

kupilem bilet do Phnom Penh. Stamtad po paru dniach wale do Pailin zobaczyc co sie dzieje z niedobitkami Khmer Rouge.

zaraz, tzn za 24 minuty zaczynam projekt 24h non stop w KL – bez spania, lazenie, pisanie, pstrykanie. Paliwem beda redbulle i kawa serwowana w seveneleven. Wlasciwie nie mam zadnego celu zobaczymy co sie zdarzy, relacja jutro w nocy.

bylem w kinie. „Takin lives” i „Starsky and Hutch” – ten drugi zdecydowanie lepszy. Pare niezlych momentow, szczegolnie ten ze Snoop Doggiem na polu golfowym. Snoop jest wtyczka i jako anderkower i nie ma pojecia o golfie, to jasne. Koles – Vince – ktorego Snoop szpieguje zniecierpliwony zadaje mu pytanie – „what good are you”? na to Snoop wyrywa troche trawy z pola i rozwodzi sie na temat jej jakosci… Vince na to „You sure know a lot about golf”. Snoop – „I know even more about grass”.

Opublikowano common life | Otagowano ,

kuala lumpur

KLCC. samo centrum Kuala Lumpur. siedze w starbucksie tuz u stop najwyzszego budynku (a raczej budynkow) na swiecie – Petronas Tower. gorace powietrze schladzaja wentylatory mutanty – zraszajace wszystko drobnymi kropelkami wody. jest przyjemnie, parno, mimo ze wieczor, jasno jak w dzien. miejscowka pelna mlodych japiszonow, ale tak na maksa wymiksowanych – Chinczycy, Hindusi, Malaje i inne nacje. Wi-fi umozliwia surfowanie w sieci – szczesliwcy slecza przed monitorami najnowszych iBookow.

siedze jak zahipnotyzowany.

Dzihad kontra McSwiat? eee – gdzie tam. Dzihad bzyka sie z McSwiatem. Tak naprawde szefem jest pieniadz.

Malezja prze do przodu. W 1997 zalamanie walut azjatyckich troche skopalo im tylki ale wszystko znow w normie. Niesamowite jak w kraju pelnym roznych religii, kultur wszyscy zmierzaja do jednego celu – aby bylo im dobrze. Malezja odcina sie od zachodu. Jest promuzulmanska. Jest antyamerykanska – oczywiscie do pewnego stopnia – na uzytek publiki. Obywatele Izraela nie maja wjazdu do kraju.

Wyobrazcie sobie Nowy Jork. Ale bez Williamsburga pelnego Chasydow, polskiego Greenpointu, Malej Odessy pelnej czerwononosych Rosjan, nie ma portorykow, nie ma makaroniarzy, czarni bracia wyparowali wraz z Harlemem i Bronxem. Pozostaly tylko Chinatown, skupiska Hindusow, Persow, Muzulumanow, Filipino plus wiezowce, niesamowita infrastruktura, fastfoody, zapach przypraw i kawy. Kuala Lumpur to wlasnie taki azjatycki NYC. Nie bylem w Tokio ani w Chinach (tylko HK), pewnie tam jest podobnie.

a teraz sobie wyobrazcie ze zyjemy w innym rownoleglym swiecie (jak w SLIDERS – kumacie ten serial?). wiec w tym swiecie nie bylo wypraw krzyzowych, lingua franca to arabski, papiezem nie jest Polak ale Indonezyjczyk z malajskimi korzeniami i chinska babcia, tzn nawet nie jest papiezem jest Mega Mulla, NadImamem czy jak to nazwac. Kambodzanscy backpackersi przeklinaja dziury na amerykanskich drogach, Anglia jest dzikim krajem, a jego najwieksza atrakcja jest pare kamieni i chlopi sadzacy kukurydze. Rosje skuly lody. Zydowscy backpackersi nie sa wcale tacy jacy sa w tym swiecie – nie musieli isc do wojska, wiec nie bakaja gandzi i nie rozbijaja sie po swiecie, ale siedza w domach, gdzies w Argentynie. Cala Ameryka Pld jest rajem – Amerykanie musza przedzierac sie przez zielona granice aby dostac prace w myjni w Mexico City. Osama jest szefem ONZ a Rzorsz Busz przegania krowy na ranczo. Saddam nigdy nie istnial – bo Irak jest megakrajem pelnym dobrych ludzi (zreszta pewnie jak teraz) ktorzy martwia sie tylko o to aby plony tego lata byly jeszcze lepsze. A najbardziej rozwinieta jest Afryka, ktora nigdy nie byla dzika. Polska to Polska – tego bym nie zmienial – tak czy owak jest exotissimo. ok tyle sajensfykszon.

……

skumalem ze 1 ringgit to 1 zet. Wychodzi na to ze Malezja wcale nie jest droga. Hotel od 7 zeta do 20. Jedzenie za 3-5 zeta (mniam, hinduska kuchnia). Net za 2 zeta za godzine. Autobus z Penang do KL (super VIP, najwygodniejszy jakim jechalem z siedzeniami jak w first class) za 20 zeta. Jest spoko.

aaaaa jezu glowe mi rozsadzaja mysli. potem je pozbieram, bo na razie leza na brudnej posadzce w knajpie netowej.

aloha compadres

Opublikowano common life | Otagowano ,

na poludnie w strone kuala lumpur

dziennikarstwo sie konczy albo dopiero zaczyna. nie lepiej wpuscic do iraku czy do afganistanu zolnierzy fotografow z ganami i granatami w kamizelkach i aparatach cyfrowych wszczepionych w oczy ( jak w „neuromancerze” williama gibsona) ?

zreszta samo sie juz to dzieje. zdjecia z iraku zrobione cyfrakami przez zoladkow rozwalily caly porzadek swiata – zreszta jaki porzadek ??

zyjemy w ciekawych czasach, bylo tak za pewne zawsze (wyobrazic sobie mozna fotobloga z drugiej wojny swiatowej albo z tego dnia gdy ukrzyzowano dzizasa) – ale teraz dzieki technologii mamy podane wszystko na cacytacy. na internecie swobonie mozemy opluwac innych, komentowac do woli co nam impulsy z mozgu na palce dloni przeniosa.

zolnierze amerykanscy bez skrupolow pokazuja na swoich fotoblogach prowadzonych w iraku bez skrupolow pokazuja cale to gowno – jaka kara ze strony rzadu georgie boya ich czeka? nie wiadomo – cenzura ich dopadnie wczesniej czy pozniej – to nie jest istotne – to co pokazuja to cos wewnatrz (z drugiej strony mamy oczywiscie blogi prowadzone przez takich typow jak Salam Pax). nie sa nam potrzebne CNN i BBC czy onet czy gazeta – zdjecia z linii frontu, z imprez urzadzanych w palacach saddama czy tez zabaw z wiezniami irackimi mowia swoje – interpretacja nalezy do CIEBIE – nie do tomasza lisa czy innych siedzacych w szklanych ekranach.

jak podczas rozmowy z adomasem wczoraj – jezeli Bog istnieje, musi byc niezle wkurwiony i za pewne jestesmy tylko jednym wielkim eksperymentem, pewnie istnieje jakas planeta i stworzenia zyjace na niej, gdzie nie ma bledow, wojen i innego gowna.

tylko musi byc tam okropnie nudno.

bialo czarne rejestracje jak za dawnych czasow (w penang czuje sie jak w poznaniu a w kuala lumpur zapewne jak w katowicach) oraz wartosc lokalnej waluty ( ringgit) w stosunku do dolara to jedyne analogie do polski.

jade zaraz do KL – to ponoc miasto przyszlosci w azji – sie zobaczy jak ona wyglada.


mialem niejasne mysli a propos zamkniecia bloga w cholere – fuck it – co by sie nie dzialo trza pisac

 

Opublikowano travel | Otagowano

odnalezione w pamietniku odnalezionym w garbie

rozdygotany, zmeczony, zadowolony lecz pelen niejasnych mysli, i swiadom braku kompetentnej wiedzy, przemieszczam sie z miasta na wies, z dzungli w inna, w betonowa.

przez miesiac pobytu w laosie nie napisalem ani slowa. ilekroc siadalem przed kompem, moja glowa byla zajeta kompletnie czym innym. sprawdzanie maili, odpisywanie na nie, gadusradu, wrzucanie zdjec. i czym predzej uciekalem.

duzo sie dzialo. za duzo. wciaz nowi ludzie, zdarzenia, sytuacje, potega natury, moc piwa i ziol, wschody i zachody slonca. i wciaz w drodze.

brudny hotel, pare slow w obcym jezyku, w ktorym jedno slowo ma wiele znaczen – gdy intonowane w inny sposob, autobus, ciezarowka, taksowka, zdarte sandaly za 5 dolcow z odklejona podeszwa, ktore zostawilem gdzies na bocznej soi w bangkoku

travellerskie zycie. nie wiem w dalszym ciagu jak sie do tego odniesc. latwo mi bylo sie w to wkrecic, ale mam mieszane uczucia. nie widze wlaciwie innej mozliwosci. bez znajomosci lokalnego jezyka, kultury, mieszkancow, historii danego kraju, z polska morda, w sandalach, w przepoconej koszulce i workowatych szarych spod niach nie ma, NIE MA, mozliwosci aby przeniknac odrobine do mozgow i serc azjatow. jestes FARANGIEM. po prostu. slowo to nie ma zadnego pejoratywnego odniesienia. po prostu slyszysz je nonstopkolor. nawet nie odnosza sie bezposrednio do ciebie. po prostu w jednym wielkim potoku slow jaki plynie zwykla ulica
bangkoku, kuala lumpur, vientaine czy phnom penh – biala morda = zdziwnie, zaciekawienie, oburzenie czy cokolwiek.

Opublikowano travel | Otagowano

travellersi

nie gadam.

z nimi.

robie sobie 2 tygodnie przerwy. czas spedzam z samym soba i w nedznych knajpkach tudziez mcdonaldach pelnych tubylcow. czytam lokalne gazety, siedze na ulicy. nie gadam z travellersami.

zreszta nie za wiele ich tutaj.

jest paru dziwnych typow w Coral. jeden caly czas spi. jest lysy gruby i lezy w sali zbiorowej pomrukujac groznie gdy tylko ktos popelni jakis wiekszy szelest. drugi typek porusza sie z predkoscia jeden krok na 10 sekund. nie wiem czy jest chory, czy taki ma stajl, w kazdym razie jest dziwnie. sa jeszcze ludzie z azji, siedza w pokojach jedynkach w 5-6 osob, w sarongach wokol bioder, pala szlugi i czytaja chinskie gazety.

gadam bardziej z Hussajnem taksiarzem co ma jakis interes w coralu, jutro ma dla mnie prace, zdjecia Coralu do publikacji – trza bedzie zczardzowac misia.

co jeszcze?

aha. oglada zdjecia tych idiotow, tzw zolnierzykow co do iraku pojechali w imie pokoju – a tam saddomacho uprawiaja. nie wiem. sam nie wiem co ludzi pcha do takich czynow. 666 ?

Opublikowano travel | Otagowano

penang georgetown

pojechalem do kina w nocy. ogromne centrum handlowe gdzie zdazylem sie zgubic parokrotnie. Secret Window z Johnny Deppem – mam nadzieje ze nie skoncze jak on

stary chinczyk bez jednego buta splunal w rynsztok pelen kup

mloda malezyjka w chuscie na glowie o pieknych oczach otarla pot z twarzy spogladajac z ukasa

3 ogromnych ziomow mierzylo ubania w Big + Tall

5 nastoletnich chinek pozabijalo sie w Queka w centrum handlowym

w sklepie ze srubkami nie mieli akurat takich srubek jakich potrzebowalem do mojego MD

sniadanie skladalo sie z 2 chapati i 3 miseczek pelnych smakolykow. god saves the indian food

w hinduskim bookstore znalazlem polskie ksiazki. sama kicha niestety. nie gustuje w szmacianej fantastyce ani w szpiegowskich szmirach wydanych masowo w 1991 w polsce

czas zmienic migawke w aparacie (po raz drugi)

wciaz znajduje ziarenka piasku z plazy

„2 zlodziei zdolalo uciec 150 metrow ze sklepu z telefonami komorkowymi w KL. na 151 metrze stracili dlonie – obciete przez superszybkiego sprzedawce”

– za Star – people’s paper

bilet do Phnom Penh 220$

chodze naspidowany kawa i redbullami

hinduski golibroda prawie zlamal mi kark dokonujac skomplikowanej operacji masazu

jest sobota. 3pm. niebo zachmurzone, czasem pojawia sie slonce. niechybnie nadchodzi monsum.

Opublikowano travel | Otagowano ,

indie w malezji karmacoma jamaica an’ roma

dzi, obudzilem sie ze strasznym sloniowym kacem (piwo chang – chang to slon po tajsku) po imprezie w Hat Yai w klubie West Side – w stylu westernowym. Wlasciwie znalazlem sie najpierw na necie poprzedniej nocy, potem dorwalem calkiem spoko pokoj w chinskim hotelu i poszedlem do 7/11 zakupic co nieco wody i chrupkow. W drodze powrotnej skrecilem wiedziony muza do lokalu o ktorym wspominam wczesniej. piwko jakies zanim do muzulmanskiej malezji wjade – pomyyslalem. miejsce jak miejsce. lekko burdelowato – farangi z brzuchami, malezyjscy biznesmeni oblapiajacy laseczki, generalnie wciaz tajlandia, pomimo ze poludnie jest bardziej konserwatywne i muzulmanskie – ale to tylko pozory. Na scenie zespol gral genialne przeboje z lat 80tych (zapodajcie sobie „one night in bangkok”) a wokalistka wyczyniala cuda – a potem sie z nia upilem – dobrze ze musiala wracac do domu, bo jej mama przyjechala, inaczej bardzo bym zgrzeszyl ghehhe…

rano wbitka w busa i opuszczam tajlandie

granica bez problemu i w koncu malezja

po 4 godzinach jazdy przejechalismy Penang.

Pinang czy Penang – to wyspa na morzu polaczona z ladem najdluzszym mostem w Azji. Jej glowne miasto to Georgetown i jest to jeden wielki tygiel kulturowy.

Pobiegalem troche z calym dobytkiem po ulicach aby w koncu odnalezc Coral Hostel w Little India.

Indie. Zapachy, kolorowe sari, niesamowita kuchnia, hinduski pop i przeboje z bollywood. Tutaj wszystko w jednej malej dzielnicy. Za 2 dolary zapodalem sobie najwiekszy posilek jaki moje oczy widzialy w ostatnich 3 miesiacach. W spelunce pelnej hinduskich zulikow, wasaty kelner rzucil na stol ogromny zielony lisc palmowy a na to ogromna kupe ryzowa, sabzi, czapati, dal – zgodnie z regula prawej dloni pochlonalem zaledwie polowe.

pare dni tutaj potem zmykam na poludnie do KL


dopiero na gg powiedzieli mi o milewiczu. brak slow

Opublikowano travel | Otagowano ,