Miesięczne archiwum: Grudzień 2005

trinidad y havana fotas

 Griffin Reinhart Jersey

Otagowano ,

Najpiękniejsza kurwa na świecie.

Hawana jest jak stara kurwa. Kiedy? pi?kna, seksownie ubrana, z wdzi?kiem poruszaj?ca się ulicami, z niez?ym ty?eczkiem i stercz?cymi cycuszkami. Po??dana przez wszystkich. Dzi? pod grub? warstw? makija?u na?o?onego niedawno, kusi, mami, przyci?ga, k?amie, oszukuje, wci?? ?wiadoma swojego pi?kna. Które jednak przemin??o. Wci?? się ceni, cho? wie, że koniec bliski.

Desperackie próby ratowania wydaj? się by? syzyfow? prac?. Miasto wygl?da tak jakby właśnie sko?czy?a się tu jaka? wojna. Jakby właśnie zamilk?y dzia?a z okr?tów wojennych stoj?cych w zatoce. Jakby właśnie piraci spalili i spl?drowali pó? miasta a ameryka?skie lotnictwo właśnie zako?czy?o naloty dywanowe. Psikus historii – Hawana właściwie nigdy nie ucierpia?a powa?nie podczas ró?nych wojen. Malecon – s?ynna promenada prawdopodbnie wzi??a na siebie pierwszy ogie?. Architektoniczne mi?so armatnie. Potem grzyb zjad? miasto. Tropikalne powietrze, brak remontów, pozoranctwo i prowizorka, brak kasy, no i chyba jeszcze ci?gn?ca się legenda miasta grzechu, gdzie ludzie poprzedniego systemu wraz z Ameryka?sk? mafi? bawili się na ca?ego – miasto grzechu jako symbol tamtej epoki mia?o by? zniszczone. Historia zatoczy?a ko?o. Jest tak samo, same same but different. Zamiast mafii, mamy skorumpowany rz?d pobieraj?cy straszn? kas? od kanadyjskich, hiszpa?skich i niemieckich inwestorów. „Teraz wszystko jest pod kontrol?” – jedno z wi?kszych k?amstw. Dziwki znów wyleg?y na ulic?, pojawi?y się te? dzieciaki, które za loda z copelii zrobi? innego loda niemieckiemu tury?cie.

Pod r?k?, w parach, w grupach, w oklarach przeciws?oneczych, dobrych butach lub sanda?ach, w strojach wyj?ciowych na kolacj? za 30$, gdzie nie ma tych barba?y?ców sprzedaj?cych cygara. Tury?ci kontempluj?, podziwiaj?, grzej? pyszczki w s?o?cu na Plaza Vieja, wzdychaj? ach i och. Pe?en romantyzm i hajlajf. Cz??? starej Hawany b?yszczy. Dos?ownie część. Kawal?tek. Wieczorow? por? jest naprawd? przepi?knie, jakby nie spogl?dn?? czasem w podwórko to można nie mie? ?wiadomo?ci totalnego rozpadu. Wystarczy jednak 10 minut piechot? na zachód b?d? po?udnie, aby trafi? do innego ?wiata. Tam widzimy prawdziw? Hawan?. Rozsypa?y się puzzle, teraz trudno je pozbiera?. Ka?dego roku oko?o 300 budynków obraca się w ruin?. W wielu miejscach widzia?em robotników siedz?cych na kupie kamieni. Za nimi stercza?y kikuty znakomitych niegdy? przyk?adów architektury kolonialnej. Wycieczki z Verdaro wpadaj? tutaj na jeden dzień i dos?ownie widz? to co maj? zobaczy?. Przewodnik nie poka?e im syfu innych dzielnic. Poprowadzi ich wzd?uz Obispo, na jeden z tych wspania?ych odrestaurowanych placyków gdzie kapele zarzynaj? materia? z Buena Vista Social Club. Ile razy s?ysza?em wczorajszego wieczoru Chan Chan albo Dos Gardenias?

Rozmawiam z Gladys u której mieszkam w Hawanie (nielegalna casa particular, dzięki czemu p?ac? mniej). Jest muzykiem, a ?ciany jej domu wype?niaj? dziesi?tki obrazów ró?nych lokalnych artystów. Siedz? przy stol? wraz z jej rodzin? (nie b?d? wchodzi? w szczegó?y, nie chcia?bym robi? im problemów, na Kubie nie wolno przyjmowa? turystów w domach prywatnych nie maj?c odpowiedniej licencji, bez bulenia rz?dowi). Namiary dosta?em Carmen z Anglii, Gladys go?ci tylko ludzi z polecenia, par? dni w miesiącu, aby nie robi? sobie k?opotów. Zawsze jest z tego dodatkowa kasa (oprócz tego co przysylaj? jej synowie mieszkaj?cy w USA). Otwarcie krytykuje Fidela i ca?y ten burdel – zreszt? w Hawanie nie trudno spotka? takich ludzi. Jednego wieczoru siedz?c w Cafe Paris spotykam Roberto – b?bniarza w kapelce. Zwiedzi? pó? ?wiata, bzykn?? kobiety wszelkich narodowo?ci (czym od razu mi się pochwali? – typowy macho-chacho), widzia? Czes?awa Niemena w 1982 roku, mieszka? w Dubaju. Teraz jest nauczycielem perkusji i jako? z tego ?yje. Bez zahamowa? nawija? o systemie i jego s?abo?ciach. I oczywiście nie wie co b?dzie dalej. Cho? oczyw?cie wspomnia? coś o Jankesach, tych przebrzyd?ych kar?ach kapitalimu co najprawdopodbniej b?d? panoszy? się wsz?dzie. I tak ?le i tak niedobrze.

Ostatni dzień roku. 1 stycznia kolejna rocznica zwyci?stwa nad dyktatur? Batisty. Rewolucja ma się pono? dobrze – z billboardów spogl?da Fidelito „Vamos Bien” – pono? jest wzrost gospodarczy, ludzie nie g?oduj? i jest wi?cej w sklepach. To fakt – ludzie na pewno nie g?oduj?. Jedz? w sam raz zapewne i nie grozi im ?mier? z przejedzenia jak w USA czy innych krajach Mc?wiata. Zrobi?em ze 20 kilometrów na piechot? – ca?y Malecon, potem w stron? Uniwersytetu i powrót przez Centro Habana do Habana Vieja. Padam ze zm?czenia. Hawana – miasto ze snów, jedno z najciekawszych, najpi?kniejszych, najbardziej fotogenicznych jakie w ?yciu widzia?em – najpi?kniejsza kurwa na ?wiecie.

No i zbli?aj?c się ku ko?cowi kuba?skiej przygody – tak podsumowuj?c – warto by?o. Na Kubie nic nie jest czarne albo bia?e. Jak 50% spo?ecze?stwa to mulaci czyli mixtura czarnego i bia?ego w ró?nych proporcjach – wszystko tutaj to jeden wielki melan?. Mix ekonomiczny i spo?eczny. ?wiat warto?ci nie jest jeden, wszystko jest wielopoziomowe, skomplikowane i niejednorodne. Miesi?c to za ma?o. To właściwie nic. Je?eli kto? polecia? do Veradero i mówi ?e by? na Kubie to się po prostu myli. Obserwuj?c innych podró?nych – my?l?, że rowerem przez Kub? to by?by strza? w dziesi?tk?. Na pewno potrzeba czasu na początku na przyzwyczajenie się do realiów. J?zyk na pewno te? pomaga. No i chyba nie można się ba? ludzi – w tym przypadku na Kubie ?atwo wpa?? w skrajno?ci. Od natr?tnych typów z którymi ma się do czynienia już pierwszego dnia po wspania?ych bezinteresownych ludzi – którzy oczywiście narzekaj?, że nie jest ?atwo – ale dobrze się czuj? we w?asnej skórze i wida?, że potrafi? się nie?le zabawi?.

 Austin Ekeler Authentic Jersey

Otagowano ,

swieta w trinidad

Sko?czy?y się ?wi?ta na Kubie. Nieoficjalnie można je obchodzi? na Kubie od 1998 roku, czyli mniej wi?cej od wizyty papie?a. Przed rewolucj? oko?o 85% Kuba?czyków nale?a?o do ko?cio?a katolickiego, lecz oko?o 10% regularnie chodzi?o do ko?cio?a. Po 1959 roku rzeczy przybra?y inny obrót. W?adze ko?cielne mocno zwi?zane z poprzednim re?imem i klas? ?redni? opu?ci?y Kub?. Na wyspie pozostali ksi??a protestantcy, bardziej zwi?zani z biedot?. Przez ca?e lata rz?d Castro wspiera?, lub w inaczej ujmuj?c, nie przeszkadza? w praktykowaniu Santerii – która jest mieszank? starych, tradycyjnych wierze? z Zachodniej Afryki (gdzie Hiszpanie mieli ?ród?o niewolników) i religii katolickiej. Przez lata czarni niewolnicy podk?adali swoich bogów pod ?wi?tych katolickich, podobnie jak czynili to Haita?czycy (voodoo) czy te? Indianie w Ameryce Po?udniowej. Siermi??ny katolicyzm chyba im do gustu nie przypad?, wi?c zgrabnie go wymiksowali, dodaj?c tam trochę rytmu, serca, krwi i czarów.

W 1985 roku brazylijski ksi?dz przeprowadza wywiad z Castro z którego wykluwa się ksi??ka „Fidel i religia”, co jest kolejnym krokiem w post?puj?cych zmianach. 13 lat pó?niej wizyta papie?a (co Castro bardzo sprytnie wykorzysta? – powo?uj?c się w przemówieniach na papie?a, który pot?pi? oczywiście blokad? Kuby). Oczywi?cie z okazji wizyty Castro wypu?ci? z pierdla wi??niów politycznych (aby potem zamkn?? kolejnych). Dosta?em emaila od siostry, która w telewizji widzia?a relacj? z obchodów ?wi?t na ca?ym ?wiecie. W migawce z Kuby pad?o stwierdzenie, że ?wi?t się nie obchodzi. Kolejna bzdura. Podobnie? jak w artykule pani Bikont w GW, gdzie do wielu rzeczy można się przyczepi?. Mi?dzy innymi do tego, że nie da się p?aci? w pesos cubanos, że internet nie istnieje lub nie da się korzysta?, że nie da się je?dzi? autostopem, móg?bym z ?atwo?ci? poda? przyk?ady nie tylko moje, ale tak?e mieszkaj?cych tu Kuba?czyków, które w 100% podwa?aj? to co napisa?a pani Bikont. Mam wra?enie, że ona to tego pierdla koniecznie trafi? chcia?a, robi?c wi?cej reklamy samej sobie i GW (lubi? bardzo Wyborcz? i jest to jedyny dziennik jaki czytam w Polsce, ale czasem przesadzaj?) a z drugiej strony narobi?a problemów ludziom z którymi się kontaktowa?a. Nie wydaje mi się aby tak naprawd? by?y trudno?ci z literatur? na Kubie – poza tym ludzie maj? w dupie ksi??ki, b?d?my szczerzy – im brakuje wolnej telewizji, radia i internetu, a ksi??ek to swoj? drog?. A tak naprawd? to kluczem do wszystkiego jest szybki, tani i niezale?ny Internet (i ten laptop za 100$ z wifi, o którym ostatnio było g?o?no). Telewizja zawsze b?dzie stronnicza, poza tym TV się ko?czy – Internet, Internet, Internet – w tym najwi?ksza szansa. Ale trzeba czasu. Cała ta walka o wolno??, o demokracj?. Sam nie wiem. Wydaje mi się to wr?cz nie mo?liwe w Ameryce ?aci?skiej. Historia się powtarza i jak tylko padnie legenda Castro wraz z jego ?mierci? najbardziej strac? i tak ci którzy rewolucj? najbardziej poparli – czyli biedni, czarnoskórzy, bezrobotni, ch?opi – przede wszystkim ci ze wschodu Kuby. Ci co kombinuj? już teraz, poradz? sobie znakomicie na wolnym rynku. Jednocze?nie powstan? ogromne ró?nice w spo?ecze?stwie, jak we wszystkich innych krajach Ameryki ?aci?skiej.

Wracaj?c do ?wi?t. Otó? choinki stoj?, msza w ko?ciele się odby?a, ludzie mieli dzień wolny od pracy, sklepy wype?ni?y się bardziej ni? zwykle towarami (tym samym d?u?sze kolejki). Tak naprawd? to wa?niejsze dni dla Kuba?czyków to 16 grudnia – dzień ?wi?tego Lazaro (czyli Babayu Ale). O Santerii chcia?bym napisa? wi?cej, ale chyba już brak czasu, aby zrobi? materia?. Wybra?em się do Regli (promem za pesiaka na drug? stron? zatoki). Tam rz?dz? babalao, do których ludzie udaj? się po porad?. Niestety bez kontaktów jak mówi? nic nie zdzia?a?em. Odwiedzi?em tylko ko?ció? – klimat voodoo zaiste – czarna Madonna, portrety czarownic, lalki, o?tarzyki, niesamowita rzecz.

Jeszcze jedna rzecz. Ca?y ten szum zwi?zany ze ?wi?tami. Tak naprawd? ?wi?ta dla mnie to dobry czas aby się spikn?? z rodzink? i nic nie robi? a najlepiej to gdzie? wyjecha? olewaj?c cal? t? skomercjalizowan? tradycj?. Jeszcze jeden pretekst aby jeszcze wi?cej kupi? niepotrzebnych rzeczy. Plastikowe Miko?aje, elektroniczne Jezusiki, nerwówka, korki w mie?cie, umieranie z przejedzenia, w kó?ko co roku powtarzane te same czcze ?yczenia, morze wódki i 12 potraw lub 66 jak kto woli. Wszystko pi?knie ale ja się na to nie za?apuj?. Cho? ?awo mi pisa?, st?d, z tropików, z wysp morza Karaibskiego. No tak ale kto nie lubi prezentów?

Wigili? jak i ca?e ?wi?ta sp?dzi?em w Trinidad. By?o dobrze. Du?o rumu, dobre jedzenie w domu u Julia, towarzystwo Beth, Fiony, Carmen a potem do??czy?o jeszcze par? osób – zrobi?a się mi?dzynarodowa ekipa. Wieczory w Casa de la Musica i w?drówki po mie?cie. To by?y dziwaczne ?wieta, ale dobry czas. Ciekawe jak b?dzie wygl?da? Sylwester?

 Shaquem Griffin Authentic Jersey

Otagowano ,

trinidad foto

pare fotek wyskoczylo z wczorajszego lazenia po miescie… jutro zmykam do hawany. aloha


 Montee Ball Jersey

Otagowano ,

swiatecznie z trindad

dzieki wszystkim za zyczenia i na lamach strony rowniez wzajemnie i w ogole wszystkiego dobrego … co tu duzo mowic…

ja na swietach w trinidad. jest dobrze. a nawet lepiej.

ciao
 Sean Couturier Jersey

Otagowano ,

trinidad

Trinidad. Czyli Trójca. Tylu turystów na Kubie w jednym miejscu nie widzia?em. Nic się właściwie nie dzieje. Miasto zawalone zdjęciami Che, na uliczkach sprzedaje się kapelusze i fatalaszki, wypasieni i wypakowani murzyni sprzedaj? fa?szywe cygara, inni próbuj? pchn?? monety i banknoty z Che (te same dostaniesz w banku jak sie postarasz). Starsze kobiety, dzieciaki, pomarszczeni faceci prosz? o jedno peso (ma się rozumie?, że convertible).

Wieczorem znów polaz?em do Casa de la Musica. Cepelia kuba?ska dla bia?asów, w kó?ko r?ni?te kawa?ki z Buena Vista, wykonane w stylu: „jeste?my kuba?ska kapela wi?c nie wa?ne, że rz?zimy, turysta i tak to ?yknie”. Siedz? na brukowanych schodach, mnóstwo ludzi, wycieczek, par identycznie ubranych w zestawy podró?nicze Columbia albo NorthFace. Cz??? karko?omnie próbuje wdro?y? w ta?cu to co się w dzień w szko?ach salsy nauczyli. Chrzanie szko?y ta?ca. Za 30 dolców nawet mnie nikt nie nauczy. Taniec trzeba mie? we krwi, a ja nie mam (wol? rytmy bujaj?ce i chilluj?ce). Kuba?ska muza do s?uchania miszcz, ale to ta?ca ja nie czuj?. Za szybko, za du?o techniki i mniej swobody. Krok, w kó?eczko, gibas i wygibas. TO CO? maj? mieszka?cy wyspy od urodzenia. Oni ta?cz? nawet w kolejkach. A nie biali co przez 3 dni się uczyli. Bo tak wypada. Bo się jest na Kubie. A Kuba to taniec. Bo tamto i siamto.

We wszystkich knajpach cepeliowe misterium. Na scenie poc? się murzyni, biali przy stolikach klaszcz? i kupuję super drogie mojito (które równie dobrze można sprzedawa? za grosze, ale wsz?dzie cena 2$). Gdy przysiada się do mnie jeden Kanadyjczyk z Quebecu i zaczyna nawija? o raju na ziemi i o tym jak tu wspaniale. Kole? przyje?d?a do co roku na 6 miesiący. Kocha Kub?, bo Kuba to nie Mc?wiat. No i wchodzimy w konflikt. Jak zaczynam prostestowa?, że to nie tak, że to wszytsko na odwrót. On wyzywa mnie od ameryka?skich kapitalistów. Wi?kszo?? turystów najch?tniej wszystko by zatrzyma?a tak jak jest. Kole? mówi, że tu powinno tak by? zawsze, bo przecie? to najbardziej kr?ci zachodniego czy kanadyjskiego turyst?. Wyspa skansen. Bardzo egoistyczne podej?cie do sprawy. Cho? ubawi? mnie jednym. „Kosztuj synu, kosztuj, bo tego nie b?dziesz mia? nigdzie”. No i mo?e racja. Nie jestem tu aby walczy? o co?, ale aby wkr?ca? klimat i dobrze się bawi? (chocia? tak sobie się bawi?, bez dobrego towarzystwa nie ma zabawy). A wychodzenie na si?? gdzie? po imprezach gdzie wydajesz fortun? na to aby się totalne zwarzy? wydaje mi się by? nie na miejscu.

Rano postanowi?em coś zmieni? w swojej sytuacji. Potrzebowa?em lepszego miejsca do pracy i relaksu. Mój pokój to cela z ma?ym niewygodnym ?ó?kiem. Za 15$ można mie? z ca?? pewno?ci? coś lepszego. W Trinidad mnóstwo miejscówek, wi?c po ?niadaniu wybra?em się w poszukiwaniu lepszej chaty. Trinidad pe?ne jest starych domów, z ogromnymi pomieszczeniami, tarasami na dachu, patios. Wlaz?em do paru – ale to nie było to. W końcu jest. W?a?ciciel jest malarzem i fotografem. Albo by? kiedy?. Dom przepi?kny. Mam pokój na poddaszu, z ogromnym ?ó?kiem. Dom pe?en zakamarków, jest ogród. No i mam 3 s?siadki z boku, z którymi się na rumowy wieczór na dachu umówi?em.

Zostan? tu par? dni. Po?yczy?em rower i zabior? się za eksploracj? okolicy. Obudzi?em się w pod?ym nastroju – teraz już znacznie lepiej. Pogoda się lekko popsu?a. G?ste, szarobure chmury wisz? nad miastem. Oby w końcu spad? deszcz.


Cocojambo.


Z tego chyba już się nie da nic wyci?gn??.


Szkolny apel. Tego naprawd? niecierpia?em w podstawówce. Ale z ca?ym szacunkiem dla moich szkolny kole?anek, one wtedy nie nosi?y takich spódniczek.


„Kiedy to się sko?czy…”

 Sherrick McManis Authentic Jersey

Otagowano ,

camaguey foto

Weso?ych Swiat – od Che i Mickey Mouse.

Restauracja w której nic się nie serwuje. Mogambo.

Necropolis w Camaguey.

Necropolis w Camaguey.

„mi amor, zrobie ci lask? tu i teraz za 10 $” (tu i teraz to park w którym roi się od turystów, ludzi, policji i innych jineteras).

 Adrian Gonzalez Authentic Jersey

Otagowano ,

Z Camaguey do Trinidadu.

Z braku po??cze? i czasu zdecydowa?em się wyda? wi?cej kasy i w ci?gu 12 godzin przejecha? z Baracoa do Camaguey. Chyba się odwodni?em. Nie zabra?em z sob? wystarczaj?cej ilo?ci wody a po drodze nie było gdzie jej kupi?. Na przystankach autobusowych wody w butelkach nie kupisz, jedynie refresco w szklance, a to tylko wtedy jak masz fuksa. Człowiek na b??dach się uczy. S?ucha?em muzyki, czyta?em ksi??k?, gapi?em się przez okno kontempluj?c widoki. W busie było wystarczaj?co du?o miejsca, aby wygodnie się roz?o?y?, lecz nie mogłem spa?. Zapad?em w drzemk? dopiero na pó? godziny przed przyjazdem na miejsce. O 2.10 rano dojecha?em do Camaguey.

– Bartolo? – zapyta? człowiek nikczemnego wzrostu
– Si – odpowiedzialem ledwo przytomny, wyci?gajac plecak z baga?nika autobusu
– Vamos.

Wsiad?em do rozpadaj?cego się moskwicza koloru taksówkowego (w?ciek?a ?ó??). Kierowca, równie nieprzytomny jak ja, ruszy? na pe?nym gazie, aby par? minut pó?niej zatrzyma? się z piskiem opon w pod kamienic? w centrum miasta. Przez ten czas zd??y?em zarejestrowa? szerokie i czyste ulice, wspania?? architektur? i mnóstwo ludzi wracaj?cych z sobotniej bibki.

Casa particular na ulicy Independencia to ogromne mieszkanie, z sufitem na wysoko?ci 5 metrów. Ogromne drzwi, mozaikowa posadzka, ?uki, trochę kiczowaty wystrój nawo?uj?cy do secesji, jakie? lalki z drewna i szmatek, fotele, zwierciad?a w rze?bionych, drewnianych ramach. Czas się na chwilę zatrzyma?. Nie mam okna w pokoju, jest natomiast niewielki ?wietlik. Kamienica zosta?a zbudowana w po?owie XIX wieku – informuje mnie Senora Dalgis – korpulentna kobiecina, z krótkimi rudymi w?osami, taka ciocia, gada jak naj?ta i dodaje, że 15$ to specjalna cena jak dla mnie (wcze?niej dzwoni?a do niej Maria z Baracoa) i oczywiście mog? się tu ?ywi?. Testem jest ?niadanie, które zawsze zamawiam w casa particular, dobrego ?niadania nie zjesz na mie?cie za cen? 2 dolców. Je?eli wi?c ?niadanko jest dobre – zamawiam równie? kolacj?.

Dwa dobre posi?ki dziennie. W czasie dnia przek?sz? coś na mie?cie p?ac?c szmacianymi i niechcianymi przez nikogo peso – pizza za 7-10 peso, bu?ka z serem i szynk? za 5 peso a do tego refresco (napój orze?wiaj?cy) za pesiaka. Za domow? obiadokolacj? trzeba zap?aci? od 4 do 7 $. Z regu?y jest zupa z fasoli, br?zowy ry? z czarn? fasolk? (czasem bia?y dla odmiany), sa?atka (pomidory, kawa?ki rzodkiewki, posiekana kapusta, ogórki), danie g?ówne to kurczak, ryba, czasem krewetki lub te? wieprzowina (kurczak i ?winka kosztuj? mniej). Do ca?o?ci dochodz? chipsy bananowe (czasem cieniutkie jak prawdziwe sztuczne komercyjne chipsy a czasem grube jak ziemniaki). Na deser sa?atka owocowa (nie?miertelne banany i ananas). W ogóle nie brakuje mi gastrofazoli (czekoladki, orzeszki, cukierki, gumy do ?ucia) – no hay la mota no tengo gastrofaza. Je?eli chodzi o restauracje to te naprawde dobre są bardzo drogie a innymi nie warto zawraca? sobie g?owy, już lepiej wsuwa? pizz? i owoce, które są tanie (cho? takie sobie – nie du?y wybór, zgni?e banany, mandarynki z pestkami, no ale przynajmniej naturalne). Ale są jeszcze paladores – prywatne knajpki dzia?aj?cej na podobnej zasadzie co casas particulares – czyli domowe jedzenie za peso convertible, czasem udaje mi się jednak p?aci? w moneda nacional (na przyk?ad za 50 peso niez?a kolacja w La restaurante Cubanita w Guantanamo). Codziennie p?ac? za jedzenie i spanie prawie dwa razy wi?cej ni? wynosi przeci?tna i oficjalna pensja Kuba?czyka. I jako, że jestem obcokrajowcem właściwie taniej mi ?y? nie mo?na. Co innego jakby ca?? kas? brali moi gospodarze. W rzeczywisto?ci wi?kszo?? tej kasy trafia w końcu do rz?du.

Spotykam rodze?stwo ze Szwecji. Rum, tucola (podróbka cocacoli), plastikowy stolik w taniej lokalnej knajpce. S? m?odzi i bardzo ciekawi ?wiata. Sabina (23) przejecha?a właśnie przez Ameryk? Po?udniow?, a swoje ostatnie dwa tygodnie sp?dzi?a ze swoim bratem Marcusem (22) na Kubie. Wyspa jak wulkan gor?ca do gustu jej jednak nie przypad?a. Nie mo?e znie?? tego, że Kuba?czycy są napastliwi – tu budzi się w niej twarda kobieta, cho? jest jeszcze dziewczynk?, ale nie cierpi jak się na ni? gwi?d?e i cmoka – hm… jest zreszt? na co ;). Nawet jak dla Szwedów ceny są kosmiczne – właściwie nie ma swobodnego i taniego je?d?enia tak jak robi?a to w Gwatemali czy Boliwii. Kompletnie nie rozumiej? tego systemu. W końcu dogadali?my si?, że je?eli by przenie?? Kub? na pó?noc Szwecji, to ca?y ten system by się rozpieprzy? w drobny mak. Trochę w tym prawdy – klimat, tropiki, ciep?o, muzyka, taniec – to jako? trzyma ludzi. W pó?nocnym klimacie, jakby ludzie umierali z zimna (bo brak pr?du i zero ogrzewania) nie było by już tak weso?o. Nie można by było siedzie? na ulicy ca?ymi godzinami, roprawiaj?c z s?siadami. Poza tym jeszcze jedna rzecz. Bzykanie. Je?eli nie ma mieszka? (pono? brakuje 150 tysi?cy mieszka? na Kubie) i nie ma te? bezdomnych, to oznacza, że niby ka?dy ma dach nad g?ow?. Inna sprawa – ile tak naprawd? tych g?ów pod jednym dachem się mie?ci. Przez to pono? na Kubie jest najwi?kszy odsetek rozwodów. Ca?e pokolenia gnie?d?? się w jednym mieszkaniu – nie ma prywaty. Aby kocha? się trzeba ucieka? w krzaki, w pol?, na kamping, na pla??. To teraz wyobra?my sobie Kub? na pó?nocy Szwecji. No i mamy kontr-rewolucj?. Nie tylko seksualn?.

Niedziela w mie?cie. Puste ulice. Bardzo gor?co, bezlitosne s?o?ce daje mi się we znaki. Naprawd? nic się nie dzieje. Spaceruj? oganiaj?c się od bici-taxi – taksówki rowerowe – coś w stylu hinduskich czy po?udniow-azjatyckich ryksz. Ró?nica taka, że te tutaj maj? grube ko?a z motocykli i okr?g?e samochodowe kierownice. Z jednej strony takie ko?a mog? wytrzyma? wi?kszy ci??ar, z drugiej strony peda?owanie i kierowanie czym? tak ci?zkim wymaga nie lada wysi?ku. Camaguey to rowerowe miasto. Kiedy? je?dzi?y tu tramwaje (podobnie jak w Santiago) – pozosta?o?ci? po nich są szyny tramwajowe w wielu cz?sciach starego miasta. Teraz niewiele samochodów i autobusów komunikacji miejskiej. Wszyscy zasuwaj? na rowerach – jak w Chinach. Napotykam te? ca?? mas? warsztatów gdzie można zreperowa? bicykla. Niestety nie uda?o mi się ?adnego wynaj??. Na pytanie o wynajem roweru – m?? Senory Dalgis zrobi? g?upi? min? i powiedzia?, że to niemo?liwe. Robi? wi?c sporo kilometrów na piechot?. W Camaguey ?atwo się zgubi? w pl?taninie uliczek. Labirynt nie jest jednak tak skomplikowany, wsz?dzie drogowskazy i je?eli zawczasu zna się rozk?ad miasta nie sposób się zgubi?.

W poniedziałek ulice pe?ne ludzi. Szukam internetu – niestety w ?adnym z czterech miejsc nie ma ??czno?ci z sieci?. Kupuj? kart? za 10$ – dzwoni? do domu. Udaje mi się porozmawia? z mam? i sister 2 minuty i 10 sekund. Co za idiotyzm – przecie? produkcja takiej karty to koszt, plastik z chipem, a tu dwie minuty i do ?mieci. Nie lepiej zarabia? kas? na rozmowa? przez ??cza internetowe (pc-to-phone), tak jak to się robi w Indiach czy Azji? W ogóle wi?kszo?? us?ug teleinformatycznych dost?pnych jest jedynie w Etecsie. Faxowanie, skanowanie, maile, karty telefoniczne i telefonów, kable, przej?ciówki. ?eby skorzysta? z netu muszę kupi? kart? z kredytem minut (60 minut). Jest to karta zdrapka – razem z ni? mam login i has?o. Tym samym mog? skorzysta? z netu przez na przyk?ad 5 minut. Nastepnym razem jak się po??cz? – zostanie mi 55 minut etc. Ostatnio przypadkowo znalazłem sposób na omijanie systemu. Po prostu zawiesi?em komputer i nast?pnym razem miałem znów 60 minut (sesja się nie zapisa?a i tyle). Kombinuj? równie? panie z obs?ugi. Czasem nie sprzedaj? kart tylko pytaj? się ile czasu chcia?bym sp?dzi? w sieci. Ja p?ac? gotówk? a one maj? jaki? kod który omija logowanie i tyle. 6 euro idzie do ich kieszeni.

Przed sklepami pe?no ludzi. Wszyscy stoj? w kolejkach. To kto pracuje, je?eli wszyscy w godzinach pracy czekaj? na towar na kartki, ci bogatsi na towary bardziej luksusowe. Wystawy sklepowe z czasów po?nego PRL – widz? wie?? z CD, która w Polsce w hipermarkecie nie kosztuje nawet 200 zyli, tutaj za 249$. Podobnie z innymi rzeczami. Komputer, laptop, iPod, wszystkie te elektroniczne gad?ety to przedmioty po??dania. Szczególnie w?ród m?odych ludzi. „Jak to jest, że taki turysta ma aparat a ja nie, ja chc? to samo” – my?l? tysi?ce dzieciaków na wyspie. To te? nakr?ca ró?nego rodzaju zachowania. Nie wierz? w dawanie d?ugopisów dzieciom i drobnych monet ludziom. Rozkr?ca się przez to ?ebractwo. Nie w tym droga. Cho? zdaj? sobie spraw?, że codziennie za ka?dym razem p?ac?c za co?, wspieram rz?d, który ma w dupie ludzi. Jak to jest, że za transakcj? kart? p?atniczn? muszę zap?aci? 11% prowizji ???!!!

Nie wiem jakie są metody rozwi?zania tych problemów. Wolny rynek b?dzie szokiem dla wi?kszo?ci. Spotykam na targowisku człowieka. Sprzedaje czosnek i zagaduje mnie. Nic jednak nie chce mi sprzeda?, ani ode mnie wyci?gn?? (oczywi?cie wi?kszo?? Kuba?czyków taka jest, ale jako turysta ma się cz??ciej do czynienia z tymi co chcieliby ci? w jakim? stopniu wykorzysta?), jest po prostu ciekawy co ja tu robi?. By? w Polsce w 1984 roku. Nie do końca wiem po co, ale my?l?, że szkoli? się w kopalniach na Górnym ?l?sku, potem pracowa? w kopalniach w Moa, na zachodzie Kuby. „A jak teraz w Polsce? Lepiej?” – „Si, mejor” odpowiadam. Wielu Kuba?czyków których spotykam pyta mnie jak w Polsce, jak za granic?. My?l?, że oni po prostu nie wiele wiedz?. Ich wiedza jest szkolna, kontrolowalna, wybiórcza a mózgi wyprane. Pokazuj? na laptopie swoje zdjęcia z ostatniego roku. W casach w Santiago a potem w Baracoa. Moi gospodarze ogl?dali to z du?ym zainteresowaniem – ale pada?y takie stwierdzenia – „o w tych Indiach tacy biedni ci ludzie” „o w tej Japonii to musi by? bardzo niebezpiecznie”. Kuba Kub? – a co s?dzi? o takiej Korei Pó?nocnej? To jest dopiero dramat. Cho? nie wiemy co tam się tak właściwie dzieje. Przeciekaj? stamt?d informacje mro??ce krew w ?y?ach – ale traktujemy to jako przerywnik pomi?dzy informacj? o procesie Michaela Jacksona, politycznych sporach w Polsce a ciekawostk? ile w?osów ro?nie na g?owie człowieka i dlaczego czekolada jest szkodliwa a mo?e jednak nie jest.

Mam koszmary. Naprawd? chore sny. Rozmawiam o tym z Anouk z Holandii. Przypadkowo rozwineli?my temat problemów ze snem. Anouk ma to samo. Nigdy, przenigdy nie mia?a koszmarów w Holandii – a tutaj codziennie. Moje są wyj?tkowo realistyczne – i pojawiaj? się w nich w?tki voodoo, kanibalizmu, zabijania, mordowania, znajomi z Polski, by?e dziewczyny, Kuba, Azja (przede wszystkim Kambod?a) – wszystko to miesza się jeden d?ugi serial – mroczny i ?mieszny zarazem, czasem nie mog? się od tego oderwa? i naprawd? du?o ?pi?. Nie b?d? tu nikogo m?czy? opisami tych snów, a móg?bym to robi?, bo o dziwo wszystkie pami?tam. Nie wiem od czego to zale?y – podobny klimat miałem w Maroku. Wi?za?bym to z ilo?ci? s?o?ca i miejscami w których ?pi?. Nie są to domy z betonu – to stare kolonialne domy – w których wiele osób przysz?o na ?wiat i wielu z niego zesz?o.

Ostatni wieczór w Camaguey sp?dzam właśnie w towarzystwie Anouk i Basa z Holandii. Wcze?niej spotkałem ich w Baracoa. Kolejni przemili ludzie. Spo?ywamy klasycznie butl? rumu i nawijamy o czym popadnie. Czasem rw? się do cudzoziemców, aby chwilę porozmawia? po angielsku – ca?e dni jednak jestem sam albo nawijam po hiszpa?sku z Kuba?czykami – ale wi?kszo?? rozmów jednak ko?czy się na tym „mo?e przyjacielu by? mi pomóg?, kupi?, da?” albo „mi amor, zrobie ci lask? tu i teraz za 10 $” (tu i teraz to park w którym roi się od turystów, ludzi, policji i innych jineteras). Ju? mi się nie chce o tym pisa?. Ile? mo?na. Wkurwiam się jednak, że tak jest. I wiem, że to wcale nie jest ich wina. Bo to wina tych przekl?tych cyklistów… (oraz masonów, ?ydów, komuchów, peda?ów, astronautów i w ogóle wszystkich innych co maj? krzywy nos i wi?cej szcz??cia ni? rozumu).

Gubi? przewodnik lonely planet. No i dobrze. Stek bzudr. Strasznie uproszczona wizja ?wiata. W tych przewodnikach to dobre są tylko mapy. Szkoda kasy – lepiej ?ci?gn?? sobi? trochę info z sieci, sp?dzi? par? wieczorów przed wyjazdem, poszuka?, wydrukowa? ma?? czcionk? na paru kartkach papieru, kupi? ksi??k? historyczn? o danym miejscu i zaopatrze? się w dobr? map?. Przewodnik robi to tylko kolejne gramy w plecaku.

O 1.10 w nocy wskoczy?em w bci-taxi i uda?em się na dworzec, aby wsi??? w ten sam autobus, którym przyjecha?em do Camaguey.

– Bartolo? – oto znów pojawi? się człowiek nikczemnego wzrostu
– Si? Como estas amigo?
– Suerte, buen viaje – i klepn? mnie w plery z moc? o jak? bym go nie podejrzewa?

Zasna?em tym razem bez problemu. Nad ranem dojecha?em do Trinidad.

 Derek Wolfe Womens Jersey

Otagowano ,

baracoa foto

a ja tymczasem jestem juz w Trinidad…

potem wrzuce pare slow i zdjec

zblizaja sie swieta – dobrych wiec zycze . sciskam
 Jaromir Jagr Authentic Jersey

Otagowano ,

Baracoa

S?owa. Pisa? ka?dego dnia. M?czarnia. Nie cierpi? pustego ekranu komputera ani czystej kartki papieru. Nie wiem co gorsze – rozpadaj?ca się klawiatura w laptopie czy stary d?ugopis zastawiaj?cy ciemne plamy na s?siednych stronach w notesie. Jednak przelanie na no?nik wszystkich my?li by?oby wielkim b?edem, bo rozum nie s?uga, swoimi regu?ami się kieruje.

Obrazy. Wiem, że ka?ego dnia co by się nie dzia?o, nie wa?ne jakbym się czu?, muszę pój?? robi? zdjęcia. 200 zdjęć dziennie, wybieraj?c z ca?o?ci 20. I te? się z tym m?cz?. Cyfrakiem robi? jak zawsze, poluj?c na chwil?. Odpuszczam sobie scenografi?, cho? na pewno jest ona jednym ze sk?adników dobrego zdjęcia. W?a?ciwie kr??? w kó?ko tymi samymi uliczkami, czasem zbaczaj?c, aby powróci? w to samo miejsce, przyzwyczaj?j?c otoczenie do swojej osoby. Czasem zapami?tuj? sytuacj? i dekoracje, aby wróci? tam ze ?rednim formatem. Bardzo trudno jest wyj?? poza ograne rzeczy fotografuj?c na Kubie. Pstrykaj?c mamiy? 6×7 centymetrów skupiam się na rzeczy – negatyw jest bardziej wymagaj?cy – trzeba naprawd? się stara? i oszcz?dza? materia?. Jak czuj? się dobrze w danym miejscu to robi? ze dwa filmy dziennie – ale tylko pod wieczór, w samo po?udnie s?o?ce jest za ostre. 10 zdjęć na jednej kliszy. 20 zdjęć dziennie. Wielka rado?? wroci? do filmu. Szlachetna to bestia a na efekty trzeba b?dzie poczeka? – przechowa?, przewie??, lotniska, x-ray, mo?liwo?? prze?wietlenia, zgubienia, potem kto? mo?e spartoli? robot? wywo?uj?c filmy. Obróbka, skrawanie. Ca?y ten szajs.

Przesiaduj? pó? dnia w starym domu na przeciw Hotelu la Rusa (zbudowanego przez Rosjank? Magdalen? Rowieskuj?, która zainspirowa?a Aleyo Carpentiera podczas pisania ksi??ki „La Consagracion de la Primavera”, hotel ten mia? wielu znakomitych go?ci – Fidel, Che, Eroll Flynn). Teraz codziennie kupuję tam browary (Bucanero) wieczorkiem na kolacj?, prze?a??c boso przez ulic?. Mieszkam w casa particular u Marii i jej córek (m?odsza jest s?odka, ale sie strasznie wstydzi, a starsza właśnie sko?czy?a histori? na uniwerku w Santiago i ca?kiem do rzeczy z niej kobitka). Maria i jej córki na zmian? zn?caj? się nad iPodem (po?yczonym od Łukasza). Maria od dwóch dni bezustannie nuci kawa?ek Manu Chao „Me Gustas Tu” – a m?odsze katuj? Orishas, Marleya, Van Van i Vavamuffin.

Maria z dnia na dzień coraz bardziej rozkr?ca się opowiadaj?c rzeczy o sobie, o Kubie, o systemie. Co lepsze? Nie ma odpowiedzi. Nie ma systemu doskonałego – wszystkie opinie są bardzo subiektywne a to za czym kto się opowiada zale?y od sytuacji zastanej. Rewolucji dokonuj? jednostki a ca?a reszta to ludzka masa. Basta. Maria mówi, że jest lepiej teraz. Pytam – lepiej ni? kiedy? – No, lepiej ni? przed 1959 rokiem. Maria osobi?cie nie pami?ta tych czasów, mia?a wtedy par? lat, ale wie, że teraz jest lepiej. Fidel jest dobry, cho? jako istota ludzka ma prawo się myli?, mówi spogl?daj?c przez okno na dzieciaki bawi?ce się na ulicy. Co b?dzie potem? Maria odpowiada, że nie wie. Zreszt? jak ka?dy Kuba?czyk z którym o tym rozmawiam. Niektórzy mówi?, że b?dzie du?o gorzej ni? jest teraz. Par? razy s?ysza?em stwierdzenie, że koleje rzeczy po ?mierci Brodacza zosta?y ustawione zawczasu. Wiem jedno – ta ma?a wysepka po ?mierci Castro b?dzie na ustach wszystkich przez d?ugie miesiące. Jak to jest, że takmały kawa?ek ?wiata wzbudza tyle emocji wsz?dzie na ?wiecie? Ludzie nie pami?taj? o Kambod?y, Wschodnim Timorze, awanturach na Sri Lance, zadymach w Afryce (kto spami?ta wszystkie konflikty w Sudanie, Runadzie, Somalii?). Nasza pamie? jest wybiórcza i bardzo fotograficzna. Symbole. Obrazy. Szum informacyjny. Popkultura. We?my s?ynna fotografi? zrobion? przez Alberto Kord? – Che patrzy się gdzie? w bok, uwieczniona na milionach grafitti, koszulkach, p?ytach, zegarkach Swatcha. ?yjemy w epoce symboli – nie ka?dy zna histori? Guevary (teraz dorzu?my m?odego Che w filmie Waltera Sallesa), nie za bardzo wiemy o czym mówi?, pisa?, my?la?. Jest ten jeden Che. Który umar? m?odo z karabinem w r?ku i inhalatorem w kieszeni.

To wszystko za trudne – komunizm, socjalizm, liberalizm, neoliberalizm, kapitalizm, -izm, -izm, -izm. ?yjemy w czasach izmów. I nic na to nie poradzimy.

Baracoa to dobre miejsce. Jakby odci?te od reszty ?wiata. Fale rozbijaj? się o betonowy brzeg promenady. Wzd?u? morza nie ma ?adnych hoteli (oprócz wcze?niej wspomnianego La Rusa) – na Maleconie stoj? tylko fotogenicznie zniszczone przez czas i sól morsk? budynki mieszkalne, szko?a, par? knajpek. Pla?y jako takiej nie ma – tylko skalisty brzeg.

?ycie w miasteczku koncentruje się woko?o parku – jest par? sklepów w których nic nie ma ale stoj? przed nimi wieczne kolejki. Jest tak?e sklep w którym wszystko jest (pralki, lodówki, telewizory) ale nie ma przed nim ?ywej duszy. S? restauracje dla turystów i bogatszych Kuba?czyków, z cenami w peso convertible. Tam tak?e niewiele osób, czasem starsze ma??e?stwo z Niemiec, turysta z Francji i jineteros. Lokalni pij? tani rum nad brzegiem morza, graj?c w domino lub szachy. Ludzie (szczególnie strasi) siedz? w domach. Ich oknem na ?wiat jest telewizor z 3 programami telewizji publicznej, czasem rzuc? okiem przez otwarte na o?cierz drzwi. Wieczorem ca?e rodziny jak zahipnotyzowane skupiaj? się woko?o telewizora – ten obrazek zobaczysz w ka?dy kraju ?wiata o tej porze dnia. W domu gdzie mieszkam, par? miesiący temu wysiad? telewizor (korea?ski, Daewoo), jest za to mnóstwo ksi??ek, wi?c kobiety siedz? i czytaj?. Znalaz?em na pó?ce wszystkie dzie?a Lenina, Marqueza, Llose, Guevar? i setki innych. To jedna z rzeczy która odró?nia Kub? od innych krajów – wykszta?cenie. Wszyscy chodz? do szko?y, potrafi? czyta? i pisa?. Nawet z kurwami mo?esz porozmawia? o teorii wszystkiego, literaturze i fizyce kwantowej.

Nie wiem natomiast co się dzieje rano. O tej porze ?pi?. Przez sen s?ysz? g?osy ulicy. Dzieciaki id? do szko?y, jakie? kobiety g?o?no rozprawiaj?. Maria rozwiesza pranie na dachu. Wstaj? ko?o godziny 11 aby zje?? ?niadanie. Godzin? pó?niej zaczyna się sjesta – część urz?dów jest zamkni?ta, mieszka?cy miasta udaj? się na le?akowanie. Czasem widz? jednego czy dwóch innych podró?nych, lecz dopiero wczoraj po raz pierwszy od ponad tygodnia zagada?em do jakiego? obcokrajowca. Na ulicy Coliseo, sk?d doskonale wida? zatok? i zardzewia?y duch starego statku, strasz?cy z lazurowych wód morza Karaibskiego, spotykam Xaviera i Monik? z Katalonii. Ma??e?stwo z Girony, on pracuje w Vodafone, ona jest farmaceutk?. Przemierzaj? wysp? na starych dziesi?cioletnich rowerach górskich. Zanim poszli spa? (rano mieli wyruszy? do Moa) wypili?my przy Casa de la Trova par? mojito rozmawiaj?c o ?yciu (bo o czym innym można rozprawiaja? przy dźwiękiach muzyki na ?ywo i deszczu uderzaj?cym o plastikowy daszek knajpki z tanim alkoholem).

Czy nie lepiej było by by? Kuba?czykiem? Co z tego, że taki system, że koledzy my?l? jakby tu zbudowa? tratw? i pop?yn?c na Floryd?. Na miejscu jest rum, cygara, genialna muza, ciep?o ca?y rok, najpi?kniejsze kobiety kr?c? ty?eczkami na ulicach wszystkich miast i wioseczek, rz?d gwarantuje ci wielkie nic ale za to jakie, są symbole w które wierzysz, mo?esz te? na nie ponarzeka?, w telewizji nie ma reklam i ca?ego tego ch?amu, familiady, klanów, mcdonaldow i ca?ej masy rzeczy o których po prostu nie masz poj?cia, że są i mog?by ci się przyda?. Samochody? Po jakiego grzyba ci najnowszy model czego?tam, je?eli masz tu takie furki – i co z tego, że się ca?y czas psuj? – jest o czym pogada? z kumplami, poza tym co to musi by? za frajda je?dzi? cabrio chevroletem z 1954 roku promenad? w Havanie. Poza tym zawsze można naci?gn?? paru g?upich turystów z Niemiec czy Holandii, ubranych w spodnie ze specjalnego oddychaj?cego materia?u, co rozpierdalaj? w ci?gu jednej noc dziesi?ciokrotno?? twojej pensji. Zreszt? oni zaraz i tak wróc? do domów i b?dzie można wróci? do gry w domino.

A tak naprawd? to sam nie wiem. Czasem po prostu popadam w odr?twienie jak na to wszystko patrz?. Pi?knie jest… ale czy naprawd??

Id? ?wieta. Za oknem kto? maniakalnie puszcza na pozytwce Cich? Noc.

[pó?noc, za oknem ujadanie psów, b?bny, muzyka, pi?tkowa noc, Baracoa]

 Curley Culp Authentic Jersey

Otagowano ,