Miesięczne archiwum: październik 2025

Slovakia, Budapest, Donau.

To jest pejzaż prowizorycznej wieczności. Nic nie trwa, ale wszystko zostaje w pamięci jak zapach spalonego lata. Ostatni tydzień wakacji. Tradycyjnie Słowacja.

Prawie 40C. Rezygnuję z roweru, ten sobie spokojnie leży w bagażniku. Komarom, Komarno, zderzenie granic na Dunaju. Kilometrami ciągną się zarośnięte tereny przemysłowe, jakieś budynki z cegły. Skruszony czas.

Przejeżdżam ze słowackiej strony na węgierską. Tesco, most, Langosz, bloki, katedry i plaże. I pozostałości przepięknej architektury. To wszystko zbudowane 100 lat temu zachwyca, większość potem zasmuca. Szczególnie lata 90te i 00we.

Ciężko zjeżdżać nad rzekę, czasem udaje mi się skręcić. Na zakolu Dunaju, koło Wyszehradu, siadam na moment na kamienistej plaży, motorówki, faceci w gaciach, ktoś leży na kamieniach, ktoś łowi ryby, podgoleni duzi goście w teslach i golfach siedzą w klimie, na odpalonych silnikach. Totalny wdupizm. Jadę dalej.

Budapeszt. Kiedyś w 88, potem jedna noc na dworcu w 1997, inna noc na wzgórzu Gellerta z @bedur jadąc autostopem/pociągami/busami do Syrii w 1999. I to chyba tyle. Nigdy nic więcej zawsze coś przelotem. Tym razem tak samo krótko ale w zupełnie innym odbiorze, tonący w słońcu, wyspa w orbaniźmie, mega architektura. 5 godzin łażenia. Nic poza tym nie wiem, ale na pewno wrócę.

I jeszcze tak sobie myślę, że spokojnie Madziary mogli mieć dodatkowo inny alfabet, jakieś runy to już by na maxa udziwniłoby tą równoległą rzeczywistość.

 

Opublikowano common life |

Dalmacja. Lato 25

Dalmacja. Znów fotografowane porzucone auta, rośliny przebijające się przez papkę asfaltowo-betonową na opuszczonym boisku do piłki.

Jadę do Splitu. Nie znajduję tego, czego szukałem, i przez 55 minut stoję w korkach wypłowiałego miasta – najbardziej wakacyjnych blokowisk, jakie widziałem. Bo blokowiska w wakacje mają swój nostalgiczny klimat, pachnący papą i grzybem. Parę postaci przewija się na chodnikach, reszta siedzi w klimatyzowanych samochodach, poruszając się 2 km/h. 37°C – o wiele za wiele. A może to jedno z ostatnich takich chłodnych lat.

Wracam przez góry, dookoła. Celowo omijam zatłoczoną drogę do Trogiru i jadę przez te nieodwiedzane, zarośnięte krzakami: Prapatnicę, Bristavicę. Zatrzymuję się na zdjęcie w Blizna Donja i przez Podorljak wjeżdżam wijącą się, mega wąską drogą przez półwysep.

Uciekam z książką w cień, najlepiej do ciemnego pokoju, w którym słyszę jedynie whitenoise z działającej klimy.

Potem wsiadam na rower i powoli wspinam się drogą w górę, aż dojadę do punktu, gdzie na horyzoncie widać Kornati.

adąc autem na około do Riboli albo Plodine po superwąskich pokrytych kamieniami i dziurawym asfaltem bocznych drogach przeklikuję skalę FM. Jest trochę gadania, włoskich radiostacji gdzie jeszcze więcej gadania, sporo szumu i trzasków, słabiutki hiphop i jedna stacja klasyczna ale przede wszystkim zabavna glazba czyli muzyka rozrywkowa.

Tęsknią w tych kawałkach, przy akompaniamencie pompatycznych elektronicznych klawiszy i mandoliny. Zawodzą za morzem, słońcem, wiatrem, opiewają piękno i smutnie nostalgicznie wspominają dni których już nie ma. Są i tacy co o wojnie śpiewają. Ale też tęskno im za ojczyzną bo wyjechali do Niemiec albo Australii i Dalmacja im się śni. Ta z dzieciństwa. Ta bez airbnb i apartmani. Ta prawdziwa.

Wieczorem wracam na te same podrzędnie drogi ale na gravelu, który nie jest już rowerem, tylko statywem na kółkach. Chrzęszczą kamyki, asfalt odłazi jak stara farba, podjeżdżam, zjeżdżam, podjeżdżam, zjeżdżam – tu nie ma płasko, jest tylko decyzja, w którą stronę chcesz się zmęczyć. Albo płuca palą, albo hamulce wyją.

Przemierzam rowerem i kiedy tylko mogę, zjeżdżam z asfaltu. 10 kilometrów wgłąb dalmackiego interioru i robi się naprawdę pusto.

Powoli wędruję do takich miejsc – cichych, trochę zapomnianych, zupełnie nieturystycznych. Uwielbiam fotografować samotne krzesełka w upalne popołudnie. Ktoś pewnie usiądzie na nich wieczorem, ktoś zagra w balote, teraz wszyscy pochowani w domach, za okiennicami, z wentylatorem. Jeżeli w ogóle tam są.

Chorwacja w wakacje nie musi być przepełniona. Tłumy są tam, gdzie mają być, w Splicie, w Makarskiej, w Dubrowniku. Ale wystarczy zboczyć z trasy. Tu wszystko się rozprasza. Tysiące wysp, górskie wioski, odludne zatoczki. Nie ma wielkich hoteli, nie ma masowego all-inclusive. Kraj jest rozciągnięty, niepozorny, i jeśli się chce można mieć ciszę, Adriatyk i świerszcze tylko dla siebie.

Czasem wystarczy 10 kilometrów, by zniknąć. #croatia #dalmatia

Opublikowano travel | Otagowano ,