Slovakia, Budapest, Donau.

To jest pejzaż prowizorycznej wieczności. Nic nie trwa, ale wszystko zostaje w pamięci jak zapach spalonego lata. Ostatni tydzień wakacji. Tradycyjnie Słowacja.

Prawie 40C. Rezygnuję z roweru, ten sobie spokojnie leży w bagażniku. Komarom, Komarno, zderzenie granic na Dunaju. Kilometrami ciągną się zarośnięte tereny przemysłowe, jakieś budynki z cegły. Skruszony czas.

Przejeżdżam ze słowackiej strony na węgierską. Tesco, most, Langosz, bloki, katedry i plaże. I pozostałości przepięknej architektury. To wszystko zbudowane 100 lat temu zachwyca, większość potem zasmuca. Szczególnie lata 90te i 00we.

Ciężko zjeżdżać nad rzekę, czasem udaje mi się skręcić. Na zakolu Dunaju, koło Wyszehradu, siadam na moment na kamienistej plaży, motorówki, faceci w gaciach, ktoś leży na kamieniach, ktoś łowi ryby, podgoleni duzi goście w teslach i golfach siedzą w klimie, na odpalonych silnikach. Totalny wdupizm. Jadę dalej.

Budapeszt. Kiedyś w 88, potem jedna noc na dworcu w 1997, inna noc na wzgórzu Gellerta z @bedur jadąc autostopem/pociągami/busami do Syrii w 1999. I to chyba tyle. Nigdy nic więcej zawsze coś przelotem. Tym razem tak samo krótko ale w zupełnie innym odbiorze, tonący w słońcu, wyspa w orbaniźmie, mega architektura. 5 godzin łażenia. Nic poza tym nie wiem, ale na pewno wrócę.

I jeszcze tak sobie myślę, że spokojnie Madziary mogli mieć dodatkowo inny alfabet, jakieś runy to już by na maxa udziwniłoby tą równoległą rzeczywistość.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii common life. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.