Archiwum kategorii: americana

American Roadtrip 2025

DENVER

Jak zwykle obiecuje sam sobie, że zrobię zapiski z tego, co widzę. Reality bites, wiadomo – i właściwie nie było kiedy. Albo jechałem, albo łaziłem, robiłem zdjęcia, a w międzyczasie spałem. Więc sporo tych „złotych myśli”, które wpadły mi do głowy, już gdzieś się rozmyło – rozpuściły się w intensywnych dniach, gdzie jedno miejsce wchodziło w drugie, wybory w Polsce mieszały się z demonstracjami w USA. Akurat ruszyły w dzień moich 49. urodzin.

Zacznę od Denver, bo odkopuję właśnie zdjęcia. Od Kolorado też dawno temu zaczęła się moja przygoda w USA. I raczej będzie tu o obrazkach, nie o polityce – bo na tym się nie znam. Choć, każdy widzi jak jest.

Ameryka dryfuje w stronę monarchistycznej militarnej dyktatury pomarańczowego klauna. Serio, największa bananowa republika obu Ameryk. A D. „Chaos” Trump chyba inaczej nie umie. Daje ICE jakieś matematyczne zadania w stylu „3000 zatrzymanych nielegalnych dziennie”. Przypomina mi się ten film „Un día sin mexicanos” – nie jest to wybitne kino, ale wbija jedną rzecz: co by się stało, gdyby z dnia na dzień zniknęli wszyscy Latynosi z Kalifornii.

Ameryka jest zbudowana na emigrantach – i teraz odcina te cegły, które ją w ogóle trzymają. Zabija własne fundamenty. Ale dobra – są mądrzejsi ode mnie, nie będę tu się rozwodzić.

Tylko zostawię to jako notatkę: alt-right to chaos zbudowany na supremacji białych, zalany kościelnym, ortodoksyjnym sosem. I tak sobie myślę, że wystarczy wypowiedzieć te nazwiska jak zaklęcia: Trump, Le Pen, Putin, Orban, PiS, Netanjahu… i już wiadomo, w jakim świecie się budzimy.

COLORADO

Było to właściwie robienie zdjęć przez okno, typowa fotografia samochodowa, mój ulubiony rodzaj obok fotografii rowerowej, znanej też jako kolarstwo romantyczne.

Lepsze od streetu, bo szybciej się ucieka.

Najwięcej mam prostej drogi utopionej w amerykańskim landszafcie. Potem dużo przez boczne okno. Część z latającego statywu, zwanego dronem – nim też uczyniłem parę zdjęć globusów. Do tego jeden analog, długa lufa 70–200 i średni format z ringflashem. Czyli znów inna konfiguracja aparatów i obiektywów niż ostatnio.

Colorado. Trochę jakbym wrócił na stare śmieci. Zasuwam najpierw Interstate 70, przepiękną, wielopasmową autostradą, która wspina się, i w pewnym momencie wjeżdżam do tunelu Eisenhower–Johnson Memorial, w którym wciąż jadę pod górę. I w środku tego tunelu położony jest najwyższy punkt autostrady – na 3400 m n.p.m.

Rzadkie powietrze, śnieg na przełęczach, meksykański obiad w Leadville – najwyżej położonym miasteczku w USA. Stopklatki, wspomnienia, Crosby, Stills, Nash & Young, Fleetwood Mac & Woodie Guthrie. Robię pętlę przez góry – dalej do Aspen, a potem powolny zjazd w stronę Grand Junction. Nagle znikają świerki, a zaczyna się dolina rzeki Colorado.

I kolejny świat. Temperatura skacze z 4°C do 37°C.

Pustynia.

UTAH

Pomimo że USA coraz bardziej zamienia się w plan filmowy „Civil War”, widoczki wciąż wspaniałe, auta coraz większe (przynajmniej w tych bardziej westernowych częściach kraju), benzyna droższa, a filtr polaryzacyjny kręci na pół cały kontynent.
Utah dalej wygląda jak ta Ameryka z tych cool starych filmów, takich jak „This Is No Country for Old Men” czy „Natural Born Killers”, a nie dystopii o końcu świata czy szalonych dyktatorach przejmujących sterowanie globem. Wystarczy dobra ścieżka dźwiękowa. Pomimo eSIM z Holafly dostarcza mi nielimitowany internet, żeby sobie swobodnie gadać, słuchać muzy czy podcastów, to i tak przez większość pustyni, przez którą jadę, poza autostradami nie ma zasięgu. Na szczęście można pisać SMS przez satelitę w razie czego, kiedy wędrujesz zadupiami. Ta usługa jest darmowa w USA, Meksyku i w Kanadzie.

Czyli jestem zupełnie online i jadę sobie z nawigacją, i bez żadnych problemów skręcam sobie, gdzie mi się podoba – swoboda działania w zniewoleniu byciu w sieci cały czas. Kiedyś, żeby z tych Stanów zadzwonić do Polski, to była taka możliwość dzięki prepaid cards sprzedawanym pod koniec lat 90. właściwie wszędzie. W sklepie kupowało się kartę za 5, 10, 20 dolarów. Na odwrocie był PIN, a z przodu obietnica: „Tanie rozmowy do Polski”. W domu dzwoniło się na numer dostępowy, wbijało kod, potem numer do kraju: 0048 i dalej. Automat mówił, ile masz minut, i jazda. Głos często przerywany, czasem echo, ale za 10 dolców rozmawiałem z rodzicami przez godzinę. To było tanie, bo calling cards omijały standardowe taryfy operatorów i wykorzystywały hurtowe trasy połączeń – least cost routing. Tak się łączyło świat w latach 90.

Jechałem sobie przez porzucone miasteczka poza trasą parków narodowych. Takie „Wristcutters” na podstawie książki Kereta. Świat wyprany z kolorów, kurz, słońce, prawie 40°C. Śpię w Moab, oazie na pustyni. Przyjemne miejsce, mekka outdoorowych klimatów. Na drugi dzień kręcę się po okolicy, a potem przez Helper – stare kolejowe miasteczko – i melduję się wieczorem w Vernal. Poczucie pustki, Dinosaur Inn, wielkie betonowe dinozaury gapią się na przejeżdżające pickupy.

SALT LAKE CITY

Pięć dni z widokiem na ogromny parking, który zajmował prawie całe okno na wprost. Chyba że leżałem – wtedy widziałem Kapitol, wieżowce i świątynie Mormonów. Salt Lake City. Pierwszy raz byłem tu w październiku 1998, jadąc autobusem z Seattle przez Idaho i SLC do Flagstaff. Autobus miał godzinną przerwę na stacji Greyhound (dziś to wspólna sieć z Flixbusem), więc mogłem przejść się po mieście. Mam tylko jedno dziwne zdjęcie z białą, strzelistą wieżą świątyni Mormonów. I niewiele więcej. Chyba wtedy przetrwanie i dotarcie do celu były dla mnie ważniejsze – miałem ze sobą cztery filmy i starą Minoltę X-300s.

Chyba wtedy to miasto mnie nie wzruszyło. Potem przyjechałem tu po latach robić zdjęcia – i też na pierwszy rzut oka nie było efektu „wow”. Ale na to miasto trzeba spojrzeć z góry. Przepięknie ulokowane na skraju pustyni, między zaśnieżonymi szczytami pasma Wasatch a Górami Oquirrh, tuż obok słonego oceanu – Wielkiego Słonego Jeziora. Warto pojeździć po dzielnicach złożonych z samych małych domów, zjeść śniadanie w Park Café, wyskoczyć do Park City, polizać jezioro, pośmigać hulajnogą po centrum.

Kilka tematów i miasto nagle wydaje się wspaniałe – i całkiem spoko do życia. Sprawia też wrażenie bezpiecznego – choć statystyki pokazują, że przestępczość jest tu wyższa od średniej krajowej. Poza tym SLC rządzone jest przez ekipę oficjalnie bezpartyjną, choć raczej powiązaną z demokratami. Trochę taka wyspa w morzu mormońskich rednecków – bo reszta stanu Utah to dość twarda konserwa.

A samo SLC to też świetna baza wypadowa w góry. Śnieg długo tu zalega – znika tylko na chwilę w sierpniu, by we wrześniu czy październiku znów przykryć szczyty. Generalnie: przylatujesz do Denver albo Las Vegas, robisz road trip do SLC przez parki i inne klimaty niż w Nowym Jorku czy LA – i zaczynasz patrzeć na USA trochę inaczej.

SLC – DEATH VALLEY

Parę dni „business meetings” w SLC i znów w drogę. Ambitnie ustalona trasa właściwie kazała nam siedzieć w aucie i jechać każdego dnia od rana do nocy. Ruszyliśmy rano dobrą ekipą: @ababinek, @panmaciekczarnecki, @wojtekbuczek.

W okolicach Provo szybko odbijamy z I-15 na 89. Przejechanie przez Utah, zatrzymując się tylko na chwilę – czasem na siku, zdjęcie, taco, kawę – to zbrodnia. Wszystko na wschód od I-15 to niekończące się możliwości: nieprawdopodobne formacje skalne, kaniony, małe miasteczka. Spokojnie można jechać dwa tygodnie i nie mieć dość. Bryce, Zion, Capitol Reef, Snow Canyon.

W tych dniach czytam „Głębokie Południe” Paula Theroux, który powoli jeździ po południowych stanach, odwiedza stare plantacje i stacje benzynowe, snuje rozmowy w miejscowych knajpkach i salonach fryzjerskich. Ogrom pracy i czasu poświęcony na niespieszne rozmowy o bardzo trudnych tematach. My z nikim rozmów nie snujemy – chyba że między sobą. Nie ma przestrzeni na big talk, tylko small talk przy kupowaniu kawy albo burrito.

Golden hour to wjazd do Las Vegas. Absurdalny betonowy wytwór na środku pustyni. „Las Vegas” – czyli „łąki” – kawałek zielonej oazy na pustyni Mojave, dość szybko stał się przystankiem w drodze z SLC i Wschodu USA do Los Angeles. Ropa, pociągi, woda, wielka tama na rzece Kolorado, tysiące ludzi w poszukiwaniu pracy, a potem i rozrywki. W ciągu 40 lat – z niczego i pod wpływem wielkiego kryzysu, prohibicji, a potem popkultury, Elvisa, Sinatry, neonów, szybkich ślubów, mafii i hazardu – LV staje się potworem hedonizmu na skalę światową.

Odstawiamy @wojtekbuczek do hotelu w LV i w składzie trzyosobowym dojeżdżamy już po ciemku do Shoshone – wioski na skraju Doliny Śmierci.

DEATH VALLEY

Droga pusta, popękana, wijąca się przez krajobraz, który wydaje się bardziej snem niż rzeczywistością. Światło mleczne, miękkie, zakurzone. Tablica przy drodze informuje beznadziejnie, że next services 72 Miles.

Zabriskie Point. Furnace Creek. Badwater. Miejsca jak z filmu, w którym nikt nie gra. Przyczepy, które zostały na zawsze. Stare auta z otwartymi drzwiami, zaparkowane jakby ktoś wysiadł tylko na chwilę. Niewielu turystów, temperatura rośnie szybko powyżej 40C.

Wyjeżdżając z Doliny Śmierci, wyrasta mur szczytów pokrytych śniegiem wyrastających na 3000 mnpm. W linii prostej do Sequoia National Park jest ponad 100km. Niestety góry Sierra Nevada są nieprzejezdne – trzeba jechać dookoła, nadłożyć setki kilometrów, aby zobaczyć największe drzewa na ziemi.

SEQUOIA NATIONAL PARK

W końcu. Nigdy wcześniej nie było mi dane zobaczyć ten prastary las największych drzew na ziemi. Wcześniej drogi zamknięte, pokryte lodem, albo brak czasu. Tym razem się udało.

Ruch, szmer języków, ludzie z całego świata. Wydeptana trasa prowadzi w dól. Co chwila ktoś się zatrzymuje, robi zdjęcie, rozkłada ramiona, próbuje wirtualnie objąć pień, który ma ponad 11 metrów średnicy.

General Sherman nie jest najwyższe. Nie jest najstarsze. Ale jeśli zsumować wysokość, obwód i objętość drewna – to właśnie ono jest największe. Żyje od około 2200 lat. Rośnie nadal.

Wokół inne sekwoje. Nieco mniejsze, ale też olbrzymie. Spalone od dołu, niektóre puste w środku, jak katedry po pożarze.

Zapada zmrok. Zasuwamy samochodem krętymi drogami w kierunku Fresno. Jeszcze wcześniej próbujemy ogarnąć nocleg w parku. Brak miejsc. Podejmujemy decyzje, że pociśniemy te 350 km do Monterey. Nad Pacyfik dojeżdżamy o północy.

Na drugi dzień ciśniemy przez Big Sur, HWY 1 przepiękną trasą nad oceanem. Mgła, tropikalna roślinność i … zamknięta droga. Musimy się wycofać i wrócić na główną autostradę i objechać Big Sur od wschodu. Lecimy do Santa Barbara gdzie mamy ostatni nocleg w USA.

CALIFORNIA

Wyszła mi trochę relacja z podróży — właściwie nie miałem takiej intencji na początku, ale jakoś się do kupy zebrało. 13 dni w USA to chyba mój najdłuższy wyjazd od roadtripa po Florydzie w 2012 roku. Patrząc na dzisiejszą sytuację na świecie, podróż po USA w czerwcu 2025 to trochę jak podróżowanie po Bawarii w 1933 roku. Piękne góry, dobre piwo i takie tam. Ciekawe, jak długo w PL będziemy się jeszcze na to wszystko gapić, wcinając popcorn. Chyba tylko rewolucja w Iranie, USA, Rosji, zamach na dyktaturę w Korei i obalenie partii komunistycznej w Chinach, sfinalizowane sceną samobójstwa Netanjahu w kiblu na weselu swojego syna, może nas uratować. I ponowne przeliczenie głosów.

Jedzie Stańko, From the Green Hill, a ja nadal gapię się w piksele. Bo to naprawdę przenosi gdzie indziej, jak się wyłączyć z tych newsów, które tak naprawdę mają znaczenie dla tego, jak wygląda nasze życie. A, kurwa, tego się już nie odzobaczy.

A może tak naprawdę po prostu będzie tak, jak będzie — ale inaczej.

Wrzucam ostatnie 20 zdjęć z USA — Kalifornia w locie, przez okna samochodu, szybki spacer nad oceanem, ostatni wieczór w Santa Barbara w meksykańskiej knajpie — i sayonara, U S and A.

Opublikowano americana, travel | Otagowano , , , , , , ,

! B R A S I L !

Pusty, betonowy sambodrom. Tu co roku podczas karnawału przemieszczają się szkoły samby, biorące udział w konkursie na najlepszą. O tej porze roku (lipiec-sierpień to w Brazylii zima) miejsce to wygląda na opuszczone. Ogromne i puste, szare trybuny widoczne są aż z Corcovado.

Poraża wielkością. Prawie 1,5 kilometra betonu. Spokój, upał, słońce i kurz. Tylko czasem spod trybun wypada gumowa piłka. To dzieciaki z pobliskich szkół grające tu w piłkę. Mają 7-10 lat. Uganiają się za szmacianką tam i z powrotem, wierząc, że wyrosną na następców Pelego, Ronaldo czy Rivaldo.

Opieram się o mur i patrzę, robiąc od czasu do czasu zdjęcia. Te dzieciaki cieszą się grą – tak jak cieszyłem się, będąc w ich wieku. Ale z ich gry emanuje jakaś determinacja. Jako bramki służą im łuki podpierające trybuny. Spostrzegają mnie i za chwilę pozują do zdjęcia jako PIERWSZA DRUŻYNA BRAZYLII – w środku kapitan (ciemnoskóry 7-latek bez koszulki) opiera nogę na flakowatej piłce.

Sambodrom znajduje się w biednej i zniszczonej dzielnicy. Zmienia się on nie do poznania tylko raz w roku. Podczas karnawału. Teraz wszystko jest zaniedbane, a wkoło na wzgórzach szczerzą się favele, dzielnice nędzy. Tam rodzą się mistrzowie piłki. Rodzą się. Jeden na milion…

Obchodzę jeszcze raz całe miejsce. Odgłosy gry milkną – chłopaki wrócili do szkoły – chyba nieświadomie zdają sobie sprawę, że jeśli nie będą mistrzami – zostaje im normalne życie – ale muszą coś umieć.

Taka mała zajawka z mojej strony… w końcu Brazylia jest mistrzem :)

Opublikowano americana, travel | Otagowano , ,

coney island photo

dzieki Ivo Redli?ska :)))) za pstryknieciemi tych foteczek w majowy poranek na Coney Island

subway

verde2

coney1

breakfast_queens

verde

coney2

 Justin Evans Womens Jersey

Opublikowano americana | Otagowano , ,

NYC JUNE

podziekowania: iwo, piotrek, ravs, kufel, oskar, max i spiacy na stacji Union Sq

szlug

made_in_japan

iwo_red4

union_sq_night1

iwo_red3

you_can_do_time

ravs_iwo

kufel2

union_sq_night2

union_sq_night5

union_sq_night6

union_sq_night3

red2

samuel

kufel1

kufel3

puerto_rico

chinska_knajpa1

kloszard1

red_ravs

ravs5

oskar_fucka

kufel4

max1

ravs2

iwo_red1

ravs1

red1

iwo_red2

kufel5

wisielec

ravs3

ravs4

 Johnny Gaudreau Womens Jersey

Opublikowano americana | Otagowano , ,

life goes on

Odlaczylem swoj mozg z sieci. Tzn. sam sie odlaczyl bo odlaczyly sie platnosci za domene, Moj Osobisty Admin byl na wakacjach, karta Visa zablokowana znow. Dobrze mi to wlasciwie zrobilo bo nie siedzialem jak ten klocek 2 godzin dziennie w sieci na 42 ulicy.

Jeszcze 4 lata do 30tki. A potem jeszcze troche lat do 40 tki etc. Az zejde. Ale teraz, life goes on…. i to jak.

W poniedzialek bylo dobrze. Jedlismy zupe grzybowa, pistacje i pampkinsy, bulki z maslem o 6 rano na 1 ave. Wczesniej z buta przez Williamsburg Bridge. No i mial byc final szczesliwy w klubie Europa na GReepoincie. Niestety tak sie nie zdarzylo. Jak mialem dziesiec lat widzialem ostatni mecz Polski z Brazylia. 0:4. We wtorek bylo 0:2. Eh….

 Tomas Plekanec Jersey

Opublikowano americana | Otagowano , ,

7 dni

Chinska dzielnica, wietnamska knajpa, krewetki i brokuly, zar ulicy i chinskie piwo. Robimy wizytowki do RAKIETY i snujemy sie po miescie. Wczoraj mialem dym z biletem powrotnym, dzis byl jeszcze wiekszy, ale na szczescie wszystko zakonczylo sie inaczej. Dobrze. Wylat w piatek za tydzien. Rano bede calowal brudna glebe na Okeciu. Tymczasem jeszcze zycie w NYC sie niezle toczy. Naprawde niezle ;)

Opublikowano americana | Otagowano , ,

Day Dreamin’

Juz 4 dzien na miescie. Tzn. spiac gdzie popadnie, na podlodze, na materacach, lub nie spiac wcale, chyba ze w metrze. Sobota, impreza, finlandia, mota, impreza u piotrka, koncert na dachu – czyli Bestie Boys w postaci kufla, ravsA i mojej. Dobrze ze sasiedzi wyrozumiali. wiec policja nas nie odwiedzila.

Niedziela. Poniedzialek. I juz wtorek.

Portfolio. Ksiazka. Zdjecia. Drukuje i w koncu to prawie skonczylem. MAC, epson skaner i drukara, papier foto i godziny spedzone na przygotowywaniu tego wszystkiego. Stracilem rachube czasu. Kapiel w zimnym oceanie o 6 rano na mglistej COney Island, zdjecia, metro, upalny poniedzialek i 7 kaw. Nie spie juz nie wiem ile, i wprowadza mnie to w narkotyczny stan, ale mam energie, mam sile, moc i checi. Zycie do przodu sie pcha i jest swietnie.

Dzieki iwo za wszystko, mlodsza :)

Lauryn Hill i jej UNpluged z MTV – sila, slowa, emocje, glos i gitara akustyczna, 2 cd na MD nagrane i sluchane na okraglo. Lauryn jest PRAWDZIWA.

Palma odbija Polakom. Szczegolnie ze im sie cos wydaje ze cos sie im udalo, przypisujac zaslugi jednostki, calemu narodowi, karmiac slabego tchorzliwego potwora zwanego DUMA NARODOWA.

Polanski dostal Zlota Palme. Nie POLSKA ja dostala tylko on. Pieprzone kompleksy – kurwa w naszym kraju zawsze bedzie zle, jak bedziemy walic gruche jak jakis ciec bedzie odbieral oskara, nobla, czy inne cos tam, jak jakis czy skoczek skoczy czy biegacz pobiegnie. Narod wali gruche i kladzie sie spac spokojnie, bo wtedy wie ze POTRAFI, mimo ze nic nie robi, bo robia to jednostki – za wszystkich. Polacy nie wspieraja sie, Polak Polakowi wilkolakiem, zazdrosc o wszystko – ale jak sie komus uda to przez chwile jest jedno wielkie walenie gruchy. Polanski jest zajebistym rezyserem ale ta nagroda jest dla niego i dla SZPILMANA.

Nie dla narodu – tak jakby cale Stany cieszyly sie ze AMERYKANIE dostali 100 oskarow tego roku. Austarlia dostala w tym roku 18 oskarow. Niemcy wygraly NObla. A Szwecja …. blablabla…

To nie narod, to jednostki. Chyba ze caly kraj, panstwo walnie przyczynia sie do rozwoju jednostki. Inwestuje kase w dobrych nauczycieli, szkoly, kasuje cieciow (zlych nauczycieli), wprowadza swietny system szkolnictwa i dobrze placi tym co ksztalca jednostki. Tym co wiedza jak w danej osobie znalezc to COS, jak nie zmarnowac talentu.

takie sobie luzne mysli….

Nie mam jeszcze biletu do POlski, nie mam cyfraka d60 – ale wiem ze wracam na weekend 8-10 czerwiec do Polski.

 Sammie Coates Jersey

Opublikowano americana | Otagowano , ,

City Surfin’

Wczoraj zar lal sie z nieba, na ktorym nawet sokolim nie wypatrzysz chumrki. Gorace powietrze zamkniete w asfaltowej klatce ulic wielkiego miasta. Na ulice wylegli pakistancy sprzedawcy lodow i napojow. Ja tymczasem pojawilem sie w Parku Centralnym. Ja i deska. Bebel Giberto i jaj mama i tata plus Beastie Boys (ze skladanki maaraaasa). Jedziem. Las w srodku miasta, skaly, zameczki, jeziora, ogromne przestrzenie boisk bejsbolowych, pol nagie ciala smazace sie w promieniach rakotworczego slonca, rolki, deski, rowery. Brakuje tylko waty cukrowej, po ktorej masz slodko lepiace dlonie. Jedziem. W dol i w gore. Zasuwam pomiedzy ludzmi. Surfing. Po 2 godzinach jezdzenia po calym parku wracam na ulice.

Lexington Ave., Park Ave. Od 87 zaczyna sie fajny zjazd w dol. Do 57. 30 ulic. 20 ulic to okolo 1.6 mili. Zdejmuje sluchawk, skupiam sie na jezdzie. Staram sie zalapac na ZIELONA FALE aby zadne czerwone swiatlo nie zatrzymalo mnie. SURFING. DOkladnie to jest to. Jak na oceanie. Tez czekasz na fale, na dobra fale, ktora dlugo cie poniesie. Musisz uwazac na innych surfujacych i ewentualne rekiny, co biora cie za smakowitego zolwia. Na ulicach miasta sa taksiarze, kierwocy autobusow, gliniarze, przechodnie i dziury w jezdni.

To byl dobry dzien. Wrocilem do domu i zszedlem. Miala byc impreza. Ale zaczalem ogladac „Mexican” z Pittem i Roberts i zasnalem.

Opublikowano americana | Otagowano , ,

glupia szmata

Miałem wstać o 6 rano. Wstałem, ale poszedłem spać znowu, aby wymknąć się o 11 i nie słyszeć kłótni gospodarzy domu, w którym pomieszkuję.

Głowa mi pękała po ostatniej imprezie, po tzw. wieczorku filmowym. Oglądaliśmy „Taken” z Bartkiem i „Patrzę na ciebie, Marysiu” – było sympatycznie. Była ekipa z Polski (Bartczyk i Maja O.), było szwędanie się po ulicach, ale nie było spożywania alkoholu, bo nie wchodził. Kasa się skończyła, jak zwykle. Jestem totalnie nieodpowiedzialną osobą, jeśli chodzi o mamonę, i za często się spłukuję do grosza. Potem chodzę głodny i psioczę na samego siebie.

Jest piątek. Jest gorąco. Krótkie gacie i długi longboard. Idę do Central Parku poszaleć. W tę i we w tę.

Miałem coś więcej napisać. Miałem napisać tekst, ale nie chce mi się, a moja wena schowała się tak, że nie mogę jej znaleźć… głupia szmata.

W ubiegłym roku z przepracowania zmarła rekordowa liczba osób w Japonii – 143 – wynika z najnowszego raportu rządu.

To o 68% więcej niż rok wcześniej. Jest to też najwyższa liczba od 1987 roku, gdy zaczęto odnotowywać takie przypadki (wtedy odnotowano 21 takich zgonów). Najczęściej umierają pracownicy fabryczni, lekarze i taksówkarze. Japończycy pracują jednak mniej niż kiedyś. W 1955 roku przeciętny Japończyk przepracował 2356 godzin, a w 2001 roku już tylko 1843 godziny.

To pewnie dlatego mój aparat tak długo robią. Właśnie przełożyli mi datę wysyłki na 23/6. Liczba zamówień i osób w kolejce do Canona D60 wzrasta, a Japończycy w Canonie obijają się – obciąć im wakacje!

Opublikowano americana | Otagowano , ,

Todo es mentira en este Mundo

Wez to wszystko. Miej otwarte oczy i chlonny mozg. Ogladaj TV, czytaj gazety, sluchaj pana prezydenta i wszystkich jego premierow i zony, miej 3 telewizory – na jednym CNN, na drugim wiadomosci Arabskiej Agencji Informacyjnej plus rosyjska telewizja. Oczywiscie stale lacze do netu i prenumerate wszelkich gazet. Naucz sie arabskiego i chinskiego. Badz przygotowany. I sprobuj to wszystko przesaczyc przez filtry w mozgu.

Sie nie da.

Nie da sie przetrawic.

Szkoda zycia.

Tego jedynego co masz.

Jezeli bedzie sie mialo cos stac to sie stanie.

Wlasnie sie przed chwila dowiedzialem ze sa jakies kontrole w NYC. Bo niby to genialny amerykanski wywiad podlsuchal majaki jakiegos Taliba w Guantanamo, koles mial zle sny i snil o tym jak wjezdza ciezarowka pelna TNT na mosk brooklinski a potem przenosi sie do Allaha. Z kolei drugiemu snilo sie ze malym samolocikiem, dajmy na to Cesna, wpierdala sie z impetem w Statue Wolnosci pelna izraeleskich turystow.

No wiec wczoraj czy dzis gazety sa pelne apokaliptycznych wizji. Jakos nie zauwazylem nic. Lezalem pol dnia na trawie w parku na Fresh Pond, jezdzilem na desce i bawilem sie kamera. Potem zjadlem super obiad – zupa warzywna i brokuly z miesem krowim (na pewno musialo byc zarazone choroba tych krow szalonych), wypilem pare szklan wody i gatorade i uderzylem na Manhattan. Nic. Spokoj. 25 stopni i wiaterek. Ludzie laza i nic.

Mam wrazenie ze dzienikarze najwiecej panikuja. Wkladaja wam shit do uszu i oczu a wy w to wierzycie.

Dziennikarz – powinien byc BAJKOPISARZ. Nie ma prawidziwych informacji – nie ma wolnej prasy, nie ma. Kasa, polityka. Nie wierze w teorie spiskowe ale nie chce mi sie juz sluchac newsow i glowic sie nad klamstwami ktore slysze w TV. Dziennikarze szukaja wszedzie sensacji, aby miec o czym pisac w tych durnych gazetach, ktore sie MOZE lepiej wtedy sprzedadza, bo ludzie sa uzaleznieni od „niesamowitych” indormacji, skandali i sensacji – bo ich zycie jest proste jak wlos Mongola i nudne jak wiadro budyniu…

Todo es mentira en este Mundo – zaspiewa Manu na koncercie w Warszawie – na ktorym mnie nie bedzie. Nie ma prawdy na tym swiecie. Wszystko to jeden wielki KIT.

Opublikowano americana | Otagowano , ,