Miesięczne archiwum: Luty 2006

utila / bay islands

w koncu wyspy, raj na ziemi, jutro zaczynam kurs PADI / 4 dni teorii i nurkowanie w jednym z najlepszych miejsc na ziemi…

potem wiecej nastukawszy


 Chandler Jones Womens Jersey

Otagowano

z sunzal do la palma

Sunzal

?a?uj? jednej rzeczy – ?e nie zacz??em surfowa? b?d?c brzd?cem. Oczywi?cie nie mogłem zacz??, bo niby gdzie, nie urodzi?em się na Hawajach czy w Kalifornii lecz w K?odzku – stamt?d jestem i b?d?. Nie mog? powiedzie?, że jestem z Warszawy, bo to tylko kolejny z przystanków. Oprócz pi?ciu tygodni w Ekwadorze w 2001 roku, gdzie ledwie lizn??em klimatu i fali, nie miałem pó?niej okazji odda? się ?ywio?owi oceanu. Wybrze?e Salwadoru obfituje w zajebiste miejsca do surfingu. Zatrzymałem się w Surfer’s Inn – przyjemny pokój, ogromny ogród z wielkimi drzewami i hamakami pomi?dzy nimi. Przyjacielscy w?a?ciele, dwóch surferów z Europy – jeden z Holandii drugi z Niemiec. Pokój można wynaj?? na miesiąc za sto dolaresów, albo za 8 dolców na dzie?.

Niedziela w Sunzal. Na weekend zjecha?o się t?umy ze stolicy. Oko?o 20 surferów walczy o s?ab? fal? – có? sezon przyjdzie dopiero za 1,5 miesiąca, teraz jest tak sobie. Cho? w sam raz dla początkuj?cych. Po?yczy?em boogieboard (nazywany jest te? bodyboard) od w?a?cicieli hostalu. Boogieboard to krótka deska z pianki z elastyczn? link? któr? przytwierdza się na rzep do r?ki. Zamiast surfowa? na stoj?co zasuwasz na brzuchu (cho? widzia?em typków kl?cz?cych i wiruj?cych woko?o w?asnej osi podczas surfowania na boogieboard). Generalnie to namiastka prawdziwego surfingu, ale co robi?. Za pierwszym razem pope?niam b??d nie zabieraj?c z sob? ma?ych p?etw – musia?em się wi?c nie?le napracowa? aby wyp?yn?? w miejsce gdzie fale prze?amuj? si?. Potem już jako? posz?o – cho? za pierwszym razem jak porwa?a mnie fala to w par? sekund znów znalazłem się przy brzegu – kolejny b??d, trzeba surfowa? wzd?u? fali a nie z ni?. W wodzie czekaj?c na fal? zapominam o wszystkim. Jedyne o czym my?l? – za?apa? się na odpowiedni? fal?. Uwa?am na innych, ?atwo straci? g?ow? – w przeno?ni i dos?ownie – ostre kraw?dzie desek innych surferów mog? obci?? ci g?ow?, og?uszy? i tym samym tracisz przytomno?? pod wod?. Wszystko się mo?e zdarzy?, nawet na tak ma?ych falach. Strach pomy?le? jak to jest gdy surfuje się na ogromnych falach, gdzie? na Thaiti czy Hawajach. Skateboarding czy snowboarding odró?nia to od surfingu, że tam masz powierzchni?, która się nie zmienia – są góry, muldy, chodnik, kraw?zniki, rampy, ulica, pipe – po tym się je?dzi i tyle. W wodzie wszystko jest wzgl?dne – nie ma jednakowej fali – wszystko się ca?y czas zmienia – wiatr, pr?dy morskie, przyp?yw i odp?yw. Oprócz tego fale zale?? od ukszta?towania pla?y i zatoki, podwodnych ska? i raf.

Sunzal po?o?one jest przy drodze CA-2. Pe?no tu ogromnych ameryka?skich ci??arówek przewo??cych drewno opa?owe, s?ycha? je z daleka,. Autobusy z i do La Libertad pojawiaj? się cz?sto wyrzucaj?c kolejnych pasa?erów i zabieraj?c nast?pnych. W paru niewielkich „knajpkach” można przek?si? to i owo – przede wszystkim pupusy – nale?niki z nadzieniem z fasoli, sera i mi?sa – tanie, smaczne i po?ywne. Za dwa dolary masz 4 pupusy, kaw? i sok ze ?wie?ych pomara?czy.

Suchitoto

Po czterech dniach zmykam na pó?noc kraju do Suchitoto. Ostatnia k?piel w oceanie, szybkie ?niadanie w pupuseri i wbitka w autobus do La Libertad, gdzie przesiadam się w chickenbusa do stolicy. Tam wybiórka kasy z bankomatu, autobus miejski na dworzec. Pó? godzinki czekania na i chwilę potem jad? w góry do Suchitoto. Poruszanie po Salwadorze jest bardzo ?atwe – tanie autobusy, jest ich du?o, ka?da trasa ma swoj? unikatow? numeracj? – nie sposób się zgubi? a odleg?o?ci są ?adne. Poza tym ca?y czas film przed oczami. Kobiety z towarem przenoszonym w plastikowych miskach na g?owie, wsiadaj? na ty? autobusu, na ka?dym przystanku pojawiaj? się sprzedawcy jedzenia, lodów, kurczaków, owoców a tak?e dupereli od d?ugopisów, baterii, ?adowarek, etui do komórek sko?czywszy na lekarstwach, ma?ciach i innych medykamentach „uzdrawiaj?cych”. Czasem wskoczy akwizytor, komiwoja?er, który dono?nym g?osem zachwala? b?dzie produkt. Pojawiaj? się te? autobusowi kaznodzieje – zbieraj?cy kas? na ko?ció?. Zreszt? religia ma wielkie znaczenie w Salwadorze. Wielokrotnie przechodzi?em obok ko?cio?a a czasem zwyk?ego baraku czy betonowego budynku sk?d dochodzi? ?piew wiernych a kto? grzmi?cym g?osem nakazywa? ludziom co robi? aby pój?? do nieba.

W ci?gu 3 godzin znalazłem się w górach, w niewielkim bardzo przyjemnym kolonialnym miasteczku. Suchitoto to Antigua, ale jakie? 15-20 lat temu. S? góry, jezioro, brukowane uliczki, cisza, spokój. Jestem jedynym go?ciem w hostelu Dos Gardenias. Stary dom, z ogrodem, poro?niety krzakami, jest bar, wygodne sofy i pianino. Puste uliczki o?ywaj? pod wieczór. Dni są bardzo s?oneczne i gor?ce – wtedy ?ycie toczy się pod dachami domostw. Kobiety robi? pranie, rozwieszaj? na sznurkach, do wieczora wyschnie. M??czy?ni jak wsz?dzie, wydaje si?, że nic nie robi? siedz?c na chodniku, pij?c piwo i rozprawiaj?? o Bóg wie czym. Uliczki ci?gn? się w dó? i gór? – przy kraw??niku rosn? palmy, kolorowe kwiaty, chwasty. Sielanka.

Kr?t? uliczk? zszed?em do jeziora. Upa? straszliwy. Szukam cienia, azylu. Tego brak. Okoliczne wzgórza ?yse, wr?cz pustynne, kiedy? ros?y tu drzewa, wyci?to je jednak, nie sadz?cych nowych. W Salwadorze to jeden z problemów. Deforestacja. Na ?ysych wzgórzach pas? się suche krowy, nad brzegiem jeziora stare ?odzie gnij?, bezu?ytecznie. Dzieje się NIC.

La Palma

Podró? autobusem do La Palmy to czysta przyjemność. Jedziemy w gór?, coraz bardziej na pó?noc, w stron? granicy z Hondurasem. To ostatnie miejsce w którym zatrzymuje się podczas pobytu w Salwadorze. Jest akurat weekend i trwaj? przygotowania do fiesty. W tym momencie gdy pisz? te s?owa w przytulnym hoteliku, gdzie? obok wybuchaj? sztuczne ognie, ludzie wypijaj? hektolitry piwa bawi?c się przy wiejskiej muzie i regetonie. Nie mam ochoty na zabaw? – zreszt? te klimaty to nie moja jazda. W dzień ludzie zajadali się ró?ow? wat? cukrow?, pupusami, t?ustymi, zimnymi frytkami i gotowan? kukurydz?. Ca?e rodziny chodzi?y w kó?ko bez sensu, wyrostki stercza?y pod ?cianami, ?uj?c gume i rozbieraj?c wzrokiem nastoletnie dziewczyny przechadzaj?ce się pod r?k? po ulicach. Wielki festyn ludyczny. W niedziel? wielki ludyczny kac. Zw?oki pijaków le?a?y pod ?cianami a czasem nawet na ulicy. Wiatr przerzuca? sterty ?mieci z jednego k?ta w drugi. Karuzela kr?ci?a w szalonym tempie się a diabelski m?yn sprawia?, że wielu poczu?o się nie za dobrze. Generalnie straszny syf ale wida?, że salwadorczycy bawili się przednio.

Z zapisków

Ciekawa rzecz – mimo tak ma?ych wydawa?o by się ró?nic pomi?dzy Ameryk? ?aci?sk?, która wydaje się znacznie bli?ej do Europy ni? taka Azja (okre?lam Azj? jako ogó?, cho? wiem, że to b??d, ale upraszczam aby by? bardziej zrozumia?ym) czuj? się wci?? jak ufolud, obcy, nieprzystosowany i g?upi. W Salwadorze gdzie tak ma?o turystów ludzie milkn? w mojej obecno?ci, rozpoznaj? we mnie obcego w sekund?. „O gringo z Ameryki” – wiem ?e to pierwsza my?l jaka im do g?owy przychodzi. Nie jestem szcz??liwy z tego powodu, co by tu nie mówi?. Ale co robi?: asi es la vida.

Nie jestem zadowolony i zadaj? sobie pytanie właściwie po co to wszystko. Nie nale?y ogl?da? się wstecz, trzeba ewaluowa? do przodu. Ale jak? Cała ta gonitwa przez ?wiata jest niez?? po?ywk? dla mózgu, cho? niszczy mnie to od ?rodka – ?ycie niszczy, na ?ycie się umiera, zatruwam się tlenem, wra?eniami, obrazami, dźwiękami, s?owami. ?ycie jest narkotykiem, podró?e uzale?niaj?, ale widz? wielk? potrzeb? zmian. One nadejd? i to szybciej ni? zdaj? sobie z tego spraw?. Tu i teraz.

Ostatnio robienie zdjęć przychodzi mi z trudem. Znów wypali?em si?. Potrzebuj? zmian, oddechu, nowych sytuacji, nic mnie nie zaskakuje, kolejne miejsce jest tak bardzo podobne do poprzedniego, że szybko trac? zapa?. Od początku pobytu w Salwadorze nie zrobiłem ani jednego dobrego zdjęcia. Czym te? jest „dobre zdjęcie”? Pytanie bez odpowiedzi. Przegl?dam zdjęcia które wygra?y w ostatniej edycji World Press Photo. Jak zawsze to samo – wojna, ?mier?, choroby, katastrofy, epidemie – brak radości ?ycia, brak u?miechu, nie ma nadziei, że kiedy? b?dzie dobrze. Oczywi??ie wa?ne są te obrazy – wydaje si?, że przede wszystkim skierowane dla nas – ?yj?cych w wzgl?dnym dostatku i bezpiecze?stwie. Kolejki przed wystaw? WPP. Wpadamy tam w mi?dzyczasie, tak jak do kina czy na kaw?. Bo?e to straszne, okropne, jak ludzie mog? tak ?y? – ogl?damy ten hardkor potem wpadamy do pizzyhut czy do kawiarni, komentuj?c to co widzieli?my. Ulga. U nas nie tak ?le.

Na WPP po raz pi?ty nagrod? dostaje Gudzowaty – na forach dyskusyjnych znów g?osy „jakbym by? tak boaty jak on i mia? taki sprz?t i takie mo?liwo?ci to te? bym zrobi? takie zdjęcia”. Bzdura. Oczywi?cie jasn? spraw? jest, że pieni?dz pomaga, ale my?l?, że Gudzowaty nie pracuje sam. Prawdopodobnie ma ca?y sztab ludzi – szukaj?cych tematów. Nie ma problemów ze sprz?tem, mo?e polecie? w ka?de miejsce na ziemi i zrobi? materia?. Ewidentnie op?aca ludzi, aby dosta? się w miejsce, gdzie „co? się dzieje” – no ale to tyle – reszta to talent i basta.

Andrzej Wajda odebra? nagrod?. Kolejn? za ca?okszta?t. Z ca?ym szacunkiem panie Wajda to wspania?e, ale o ile mnie pami?? nie myli nie zrobi? pan nic godnego uwagi od kilkudziesi?ciu lat. Wajda u?miecha się nowymi z?bami, filmowo, holi?ódzko na zdjęciach z Berlina. Yeah!

Na szczescie sa tacy ludzie jak Baginski, ktory odebral nagrode w Wielkiej Brytanii za najlepszy film animowany… rispekt…

Ka?dego dnia czytam te? co dzieje się w Polsce i na ?wiecie. Bez komentarza…

Salwador

Wiele osób omija Salwador. Niewiele niby tu to zobaczenia, brak spektakularnych miejscówek „must-see”. Niektórzy po prostu przeje?d?aj? przez kraj w dwa dni – wyrabiaj?c sobie wyobra?enie, które można okre?li? jednym s?owem – „dziura”. Jako, że nie za bardzo jestem zainteresowany fotografowaniem krajobrazów (a te są genialne w Salwadorze) – to nie wiele miałem tu do roboty. Ale nie ?a?uj?. Par? rzeczy przysz?o mi do g?owy, miałem wi?cej czasu na my?lenie, pisanie i czytanie – z dala od utartego backpackerskiego szlaku. Z ca?? pewno?ci? Salwador wart jest g??bszego zbadania, a to wymaga znajomo?ci, kontaktów – mieszkanie w hotelach ogranicza bardzo – nie jeste? w stanie przebi? się przez skorup? ludzk?. Aby wywie?? warto?ciowy materia? zdjęciowy trzeba się zag??bi?, po?wi?ci? trochę wi?cej czasu, nie tak jak ja – po ?ebkach.

Chcia?em napisa? wi?cej o sytuacji w Salwadorze, historii, o tym co dzia?o się tu przez ostatnie kilkadziesi?t lat. Mo?e b?dzie jeszcze czas w najbli?szych tygodniach. Wymordowanie wi?kszo?ci Indian, przewroty polityczne, g?ód w latach siedemdziesi?tych, wojna (futbolowa) z Hondurasem, potem wojna domowa trwaj?ca do końca lat osiemdziesi?tych. To zbyt wiele jak na takimały kraj, gdzie mieszka zaledwie 6 milionów ludzi. Zreszt? tak było wsz?dzie w Ameryce Centralnej. My w Europie Wschodniej mieli?my ZSRR a Ameryka ?aci?ska jest wci?? pod wielk? presj? Stanów Zjednoczonych. Có? – Amerykanie przez swoj? polityk? nie są tu zbyt kochani. To zreszt? temat rzeka…

Zainteresowanych odsy?am do czytania i oglądania filmów które powsta?y w ostatnich latach. O samym Salwadorze – „Salwador” w re?yserii O. Stona, „Niewinne g?osy” – meksyka?ski film z 2004, historia wojny domowej z punktu widzenia 11 letniego ch?opca – mistrzostwo ?wiata. Z ksi??ek „Wojna futbolowa” Kapu?ci?skiego, „Gor?czka po?udniowo ameryka?ska” Artura Domos?awskiego – to co ostatnio po?kn??em z zapartym tchem. Jest tego wi?cej – ale sam się jeszcze nie za bardzo zabra?em – to po powrocie do domu.

Nadesz?a noc. Pora na kolejn? porcj? chlorochinowych snów.

 Sam Mills Jersey

Otagowano ,

el salvador foto


Granica Gwatemali z Salwadorem


San Salvador


San Salvador


San Salvador


San Salvador


San Salvador


Sunzal


Sunzal


Sunzal


La Libertad


Suchitoto


Suchitoto


Suchitoto


Suchitoto


Suchitoto


Suchitoto


Suchitoto


La Palma


La Palma


La Palma


La Palma


La Palma
 Nellie Fox Jersey

Otagowano ,

Zapiski z Salwadoru.

Granica w La Hachadura. Szybko i sprawnie przechodz? kontrol? paszportow?. Na granicy gwatemalskiej klasycznie próbuj? wy?udzi? ode mnie dolca. Wykpi?em się z bakszyszu, podobnie jak podczas wjazdu do Gwatemali. W takim wypadku nale?y za??da? oficjalnej, urz?dowej informacji o takiej op?acie na papierze – oczywiście nie mieli czego? takiego wi?c typek zrezygnowany machn?? na mnie r?k?. Niby dolar czy dwa to niby pestka ale w imi? zasad. Przechodz? na piechot? most i jestem w Salwadorze. Tutaj nie ma problemów z kontrol? paszportów – hola, buenos tardes, Polonia?, bach i piecz?tka z pozwoleniem na 90 dni pojawia się w moim paszporcie. Granica jak granica – pod?a, brudna dziura, z sza?asami w których sprzedaje się pupusy, piwo i nachos. Robi się pó?no. W kieszeni mam zaledwie 25 dolców wi?c na pewno muszę kierowa? się do jakiego? większego miasta, zamiast do Sunzal, wioski nad pacyfikiem, raju dla surferów. Na klepisku, gdzie pas? się trzy kozy stoi „chickenbus” do Sonsonate. Za 83 centy dojecha?em tam?e aby wsi??? do wygodnego autobusu do stolicy kraju. Salwador to najmniejsze pa?stwo w Ameryce ?rodkowej wi?c w 3 godziny przejecha?em pól kraju.

San Salvador. Z dworca autobusowego Terminal de Occidente wsiadam w taxi na Boulevard de los Heroes gdzie za 8 dolców wynajmuje pokój. Osiem dolaresów to wcale nie tak ma?o – ale to i tak najta?sze miejsce w stolicy. Super hiper markety, centra handlowe, kina, pizza hut, wendy’s, mac’s, blockbluster i inne twory ameryka?skiej cywilizacji. Tutaj nie wiele osób chodzi, wszyscy w samochodach, tak jak w USA, z parkingu na parking. Drive Thru. Utykam tam?e na 3 dni, ogl?daj?c pirackie DVD na laptopie, bezcelowo b??dz?c po okolicy. Ostatniego dnia opuszczam bogate rejony Boulevard de los Heroes. Autobus z numerem 30 przebi? się do centrum miasta. Jeden wielki bazar. Czytaj?c nieliczne relacje ze stolicy Salwadoru, jakie znalazłem w sieci, nie zauwa?y?em ?adnych pochlebnych opinii o mie?cie. No ale jakby mog?y by? jak nie ma tu ?adnych typowych „atrakcji” turystycznych. „Lepiej nie bra? ?adnych toreb” „Nie wyci?ga? aparatu” „Nie robi? zdj??” „?adnych zegraków i bi?uterii” – có? mogłem zadba? tylko o ostatni? porad? – zegarka nie nosz? od lat a bi?uterii nie lubi?. Centrum pe?ne szemranych typków, blaszanych bud, sklepów, sklepików, wsz?dzie sprzedaj? pirackie CD i DVD. Pono? są jakie? ko?cio?y i muzea ale te mnie nie obchodz?. Smog, upa?, kurz, brud, ha?as, smród – to mi się podoba – chodz? wi?c w kó?ko przez par? godzin – nie robi? jednak zdjęć – po prostu delektuj? się atmosfer? ogólnego rozk?adu.

Obserwuj?c miasto a potem par? innych mie?cin w Salwadorze, dochodz? do wniosku, że wszystkie te g?osy o przemocy, z?odziejach, gangach to kolejna paranoiczna plotka. Miasto jak miasto. Pa?stwo jak pa?stwo. Warszawa, Londyn, Pekin czy Koluszki wcale nie są bezpieczniejsze. Boimy się nieznanego, obcego – oczywiście gangi dzia?a?y mocno w stolicy, dopóki prawicowy rz?d (ARENA) nie zrobi? porz?dku, post?pili jak Giuliani w NYC, z tym, że bardziej do rzeczy się przy?o?yli. ?apanki na „odmie?ców” z tatua?ami, polowanie na subkultury, czyszczenie miasta z grafitowych esówfloresów, karanie za najmniejsze wykroczenia – ucierpia?o wiele niewinnych ludzi (na co w?ciek?a się lewa strona, polityczne skrzyd?o by?ej lewackiej partyzantki FMLN). Ale o polityce jeszcze b?dzie (to za par? dni jak przepisz? z notesu). Poza tym gangi miejscowe zosta?y wyparte przez wyrzuconych z USA salwadorskich gangsterów z Kalifornii i wschodniego wybrze?a Stanów. Administracja ?or?a B. post?pi?a tutaj podobnie jak w przypadku khmerskich emigrantów, którzy pope?nili przest?pstwo. Ka?dy przy?apany nielegalny emigranty musia? pakowa? się i wraca? tam sk?d przyjecha?.

Teraz przed ka?dym mniejszym butikiem, budk? z hotdogami, bankiem, czy sklepem z pralkami stoi uzbrojony stra?nik z obrzynem (shotgunem). Taka spluwa robi du?o ha?asu, wygl?da imponuj?co i ma niez?y rozrzut. Ma?o precyzyjne, lecz swoje zrobi. Z bliska trafisz ka?dego, nie wa?ne jak celujesz.

 Carlos Dunlap Jersey

Otagowano ,

ocean

plaza, w koncu ocean
juz dosc duzego miasta
i dziwnego guesthousu
pelnego amerykanskich peace corps
siedzacych przez caly dzien przed TV

rano wbitka w bus 44
przeoczylem Terminal Occidental
na dobre mi wyszlo bo wyjechalem na sama autostrade i nie musialem przez korki sie przebijac

stamtad bus 102 i pol godziny pozniej
pacyfik, piasek, deska, fale i slonce

 Ben Gedeon Jersey

Otagowano

antigua foto

Antigua straci?a swój urok. Znów mi się w??cza gadanie podró?nika emeryta, któremu zdaje si?, że widzia? wszystko, cho? tak naprawd? wielkie G. No ale tak jest. Chyba wszystkie kolonialne miasteczka straci?y w moich oczach. Pe?ne turystów i ?atwych rzeczy – internetu, kawiarni, dobrych restauracji.
Antigua to stara stolica małego niewa?nego pa?stewka gdzie? na końcu ?wiata. Smutek tropików wyziera się z ko?cio?ów zniszczonych przez czas i trz?sienia ziemi. Teraz jest milutko i turystycznie. Slicznie i kolorowo. Ale jako? nieprawdziwie. Brukowane uliczki przeznaczone dla powozów konnych zakorkowane przez niezliczone metalowe potwory wydychaj?ce chmury szaroczarnego dymu. Jest romantycznie i powabnie. I kosmopolitycznie. Nocne kluby wype?niaj? się szybko m?odziakami z ca?ego ?wiata, którzy pod pretekstem nauki hiszpa?skiego bawi? się na ca?ego. No i dobrze. Przecie? ?ycie to nie tylko praca i piel?gnowanie garba. Dzieciaki puszczaj? ba?ki mydlane w Parku Centralnym, w środku którego stoi fontanna – rze?bione kobiety sikaj? wod? z betonowych cycków. Czasem natura beznami?tnie niszczy?a to co ludzie zbudowali. Antigua zalewana by?a strumienami gor?cej lawy wulkanicznej. Czasem ziemia się rozst?pywa?a a w powstałej dziurze znika?y ?mieci cywilizacji. Do dzi? jeden z wulkanów jest aktywny – El Fuego wyniesiony na prawie 4000 metrów ?wieci w nocy czerwon? po?wiat? rozgrzanej lawy a czasem wyrzuca z siebie k??by dymu.

Antigua by?a kiedy? stolic? Gwatemali zanim przeniesiono j? do Guatemala City – obecnie ogromnej metropolii z ulicami i rz?dami bardzo podobnych do siebie domów, brudnym i zakurzonym centrum i przedmie?ciami ogrodzonymi drutem kolczastym. Tam mieszkaj? bogaci. Lecz zaraz obok – slumsy – tam trafia wi?kszo?? przyjezdnych z prowincji, tych, którzy szukaj? szcz??cia w wielkim mie?cie.

Co wieczór wspólne gotowanie i preparowanie drinków w mixerze. Stary plastikowy mixer co noc budzi? się do ?ycia. Arbuzy, banany, pomara?cze, ananasy miksowane wraz z rumem – znakomita napitka w której nie czu? okropnego smaku taniego gwatemalskiego rumu. W Hostelu Los Amigos (prowadzony przez Sergio i jego ?on?, dobrych ludzi) oprócz miksu owocowego jest tak?e miks narodowy. To lubi?. Jest Rafa?, Polak z Torunia, który wyjecha? wraz z rodzin? do Niemiec w wieku lat 10. Jest te? On i Oshrat z Izraela – mama Ona pochodzi z Indonezji, tato z Rumunii. Oshrat te? ma korzenie polskie a tak?e rumu?skie, a jej matka urodzi?a się w Chicago. Pojawi? się te? Gabriel, którego ojciec wyjecha? z Warszawy do Izraela w latach pi?dziesi?tych. Spotykam równie? Szwedk? z ameryka?skim paszportem. W rogu w k?cie siedzi Ruen z kraju Basków, rozprawiaj?c z dziewczyn? z Argentyny i jej przyjacielem z Kostaryki. Wieczorem pojawia się ma?o sympatyczny wypakowany Amerykanin, surfer o twarzy aktora z czasów kina niemego, jedyny typ którego niestrawi?em od samego początku. Ludzie pojawiaj? się i znikaj?. I czasem dochodzi do przep?ywów pozytywnych wibracji, ale aby do tego dosz?o trzeba przebi? się przez g?szcz klasycznych pyta? i odpowiedzi – sk?d, dok?d, jak d?ugo i po co. No ale tak już musi by?.

Przebimba?em trzy dni w Antigua, spakowa?em graty i ruszy?em na po?udnie w stron? granicy z Salwadorem.


 Chris Godwin Womens Jersey

Otagowano

san salvador

Druty kolczaste i hipermarkety, spluwy i bezdomni, drogie samochody i stare chickenbusy, w portfelu plik dolarow (w Salwadorze pozbyli sie waluty wlasnej w 2000 roku), zero zdjec, dziwna atmosfera i brak planow gdzie co i jak…

no i nowy imydz


 Bob Feller Jersey

Otagowano ,

do salwadoru

doslownie 2 minuty i zaraz spadam do salwadoru… chyba nad ocean, sprobuje raz jeszcze surfingu
hasta pronto
PS.
dzieki ludziska za przysylanie ksiazeczek
 Jacob Josefson Womens Jersey

Otagowano ,

Antigua

Teraz w Antigua. Par? dni i ruszam do Salwadoru. Ole!

PS.
Sko?czy?a mi się literatura – mam wi?c pro?b? – ma kto? jakie? interesuj?ce ebooki, przede wszystkim polskich autorow, bo angielskich ksiazek mam pod dostatkiem, a polskiego slowa zawsze w drodze mi brak. prosz? o kontakt,. grazie
 Frank Vatrano Authentic Jersey

Otagowano

Z Meksyku do Gwatemali.

San Cristobal de las Casas. Chiapas, Meksyk.

W nocy ch?od. Gdyby nie cztery grube koce to przeklina?bym sam siebie za w?asn? g?upot? – nie wzi??em ?piwora, który zazwyczaj jest niepotrzebnym balastem w niewielkim plecaku. Magic Hostal to dobre miejsce. Przestronne patio, woko?o rozwieszone hamaki, pod ?cianami sofy nakryte ciep?ymi kocami i stertami poduszek. Jest te? w kuchnia z kominkiem, w zimne noce sama tequila nie rozgrzeje. Nocleg kosztuje 50 peso (5$) w sali wieloosobowej. Z g?o?ników przez ca?y dzień p?yn? dźwięki z laptopa Luisa – dobre bity, muza, której wcze?niej nie s?ysza?em. Nic się nie powtarza, muzycznie podró?ujemy od Meksyku, po Brazyli?, stamt?d skok przez ocean do Afryki aby zupe?nie nielegalne znale?? się na Ba?kanach, stamt?d Luis zabiera nas w klimaty zupe?nie inne – delikatne dźwięki fortepianu, Chopin – gdzie on to dorwa?? I tak przez ca?y w Cristobal. Luis pochodzi ze stanu Oaxaca, teraz pracuje w tym hotelu, właściwie jest wspó?w?a?cicielem. Wcze?niej mieszka? w Stanach, ohajta? si?, aby się szybko rozwie??, uczy? hiszpa?skiego w szkole w Bostonie, a potem pracowa? na budowie przez par? miesiący. Wróci? do Meksyku i nie zamierza st?d wyje?d?a?. Dobrze się czuje na starych ?mieciach, ma laptopa z muz? z ca?ego ?wiata, niewielkiego pieska wabi?cego się Maya, który za dwa lata b?dzie ca?kiem sporym pitbullem.

Po wioskach i miasteczkach Chiapas miota się duch rewolucji. Widmo Che Guevary w postaci „pop” pojawia się w ka?dym miejscu. Na koszulkach, murach, ?cianach knajp. W 1994 roku pojawi? się nowy bohater w tej historii. Człowiek w masce, wspó?czesny Zorro i Che w jednym – subkomendante Marcos, nieformalny przywódca lewackiej partyzantki walcz?cej o prawa Indian. I nie tylko. To z pewno?ci? coś wi?cej.

Podczas mojej pierwszej wizyty w Chiapas w 1998 roku wci?? widoczne by?y ?lady wojny domowej, która wybuch?a 1 stycznia 1994 roku. Obl??enie San Cristobal nie trwa?o d?ugo, EZLN (Ejercito Zapatista de Liberacion Nacional) czyli po prostu Zapaty?ci musieli wycofa? się w góry pod naporem wojsk rz?dowych. A? do 2002 roku Marcos by? najbardziej poszukiwanym człowiekiem w Meksyku. Gdy PRI po raz pierwszy od 70 lat straci?a w?adz?, a prezydentem zosta? inny Zorro, z w?sami i w kowbojkach (Vincente Fox, by?y prezes meksyka?skiego oddzia?u Coca-Coli; Fox i Zorro oznacza odpowiednio po angielsku i hiszpa?sku lisa), Marcos sta? się wr?cz postaci? po??dan? w ca?ym kraju. Nikt go nie ?ciga?, i nie przeszkadza? odby? rajd przez ca?y kraj a? na Zocalo w Mexico City, gdzie przywita? go wielotysi?czny t?um.

Lata p?yn? – Marcos i Zapaty?ci to teraz znacz?ca si?a w Meksyku. Wkrótce nowe wybory na urz?d prezydenta. Ludzie są zawiedzeni Foxem (zreszt? tak jak ka?dym jego poprzednikiem). Prawdopodobnie teraz prezydentem zostanie kto? z lewej strony (tak jak to się sta?o w Boliwii, Brazylii czy Wenezueli). Marcos nie popiera nikogo. M?odzi z Europy Zachodniej i bogatszych cz?sci Meksyku przyje?d?aj? do Chiapas przyci?gani magi? rewolucji. Nie wierz? w to wszystko, cho? znacznie bli?ej mi lewej strony, prawa mi nie robi dobrze w g?owie. Jednak tak jak pisa?em wcze?niej o Kubie, nic tu nie jest czarne i bia?e. Zachodnia m?odzie? odrzuca zachodni? cywilizacj?, przynajmniej stara się j? negowa?. Czytaj? ksi??ki, buszuj? w necie, chodz? na spotkania zapatystów. A ja wiem, że to jest na chwilę na moment, na miesiąc, dwa a potem powrót do kraju aby oddawa? się wszelkim konsumpcyjnym uciechom. Czy tak naprawd? pozbyliby?my się tego wszystkiego co przynosi nam zachodnia cywilizacja? Tak naprawd?? W?tpi?. Zachodnia cywilizacja sama się sko?czy.

A Marcos? Jest teraz prawdziw? pop-rewolucjn? gwiazd? z t-shirtów która prawdopodobnie w przysz?o?ci, za 5-10 lat zostanie prezydentem Meksyku. No tak… Historia go rozgrzeszy. Mam nadziej?, że coś dobrego z tego wyjdzie. I pytanie – czy Marcos zdejmie wtedy swoj? kominiark??

Gwatemala.

W końcu opuszczam San Cristobal. 8 dni w jednym miejscu, Gwatemala wzywa?a. Do granicy dotar?em troszk? zbyt pó?no, przez co musia?em nocowa? w smutnej dziurze Huehuetenango, zamiast od razu uderzy? do Todos Santos.

U?miechni?te twarze, mieszka?cy pozdrawiaj? się wzajemnie, „hola” „buenos dias” „que tal?”. Na pierwszy rzut oka można odnie?? wra?enie, że owszem jest się w biednym kraju, jak?e innym od krajów pó?nocy i przez to tak ciekawym i „egzotycznym” a ludzie wygl?daj? na szcz??lwych, u?miechaj? się od ucha do ucha srebrnymi b?d? z?otymi z?bami i pozdrawiaj? nieznajomego „gringo”. Jeziora, wulkany, d?ungla, góry, zaginione miasta Majów, dost?p do do Karaibów i Pacyfiku, kawowe plantacje, grupa przyjaznych ludzi w oko?o, dobre hostele, zabytki, jaskinie i szko?y hiszpa?skiego. Trudno uwierzy?, że jeszcze ca?kiem niedawno, kilkana?cie lat temu, w kraju tym mia?y miejsce krwawe i zupe?nie przedziwne wydarzenia – tak?e tutaj, jak zreszt? w wi?kszo?ci krajów Ameryki ?aci?skiej – ludzie robili sobie nawzajem niefajne rzeczy. Gwatemala przez prawie 40 lat to kraj targany wszelakimi konfliktami w których g?ówn? rol? odgrywa?o par? czynników: nierówno?ci spo?eczne maj?ce swoje korzenie w kolonizacji kraju, rozwarstwienie spo?ecze?stwa, tzw. caudillos – czyli latynoscy dyktatorzy, du?a rola USA i CIA we wspieraniu re?ymu i dyskryminacja Indian. Niby w 1996 roku odby?y się pierwsze demokratyczne wybory od 40 lat to wcale nie jest stabilnie i spokojnie. W stolicy kraju Guatemala City, największej metropolii w Ameryce Centralnej, nie ma nocy i dnia bez trupów. Drobni z?odziejaszkowie napadaj? na autobusy pe?ne turystów, wspinaj?c się ma?o ucz?szczan? tras? na jeden z wulkanów Gwate te? trzeba by? ostro?nym. Ale tak to już jest. Wsz?dzie mo?e ci? spotka? coś z?ego. „Kraje bezpieczne” to po prostu „nudne kraje”. Zreszta jaki kraj jest bezpieczny? Ameryka ?aci?ska jednak na pewno ró?ni się w tej sprawie od Azji. Violencia, gor?ca krew, koka, macho latino, religia, seks, wymieszanie kultur (starodawnych Majów, Azteków czy Inków, przychodz?cych po z?oto z krzy?em, ogniem i mieczem Hiszpan i Portugalczyków, odrobiny Francji, Anglii i Holandii, no i Stanów Zjednoczonych plus Afryki w postaci niewolników, gdy wszyscy Indianie zdolni do pracy umarli).

Todos Santos Cuchumatan.

Odleg?o?? pomi?dzy Huehuetenango a Todos Santos Cuchumatan nie jest mo?e imponuj?ca – zaledwie 40 kilometrów – natomiast czas jaki trzeba po?wieci? aby tu dojecha? to oko?o 3 godzin. „Chicken bus” czyli przerobiony na ?rodek transportu publicznego ameryka?ski autobus, który wcze?nie przewozi? przez d?ugie lata jankeskie dzieciaki do szkó? z trudem pi?? się pod gór?. Im wy?ej nad poziom morza tym wi?cej osób zapada?o w sen. Dotar?em do Tres Caminos. Tu ko?czy?a się dobra, asfaltowa szosa. Autbus skr?ci? na lewo i przez godzin? jechali?my po niez?ych wertepach. Dobrze, że tak krótko, cho? szczerze mówi?c bardzo lubi? „chicken busy” (nazwa pochodzi o tego, że oprócz przewozu ludzi i towarów czasem pasa?erem jest kurczaczek, albo obci?ta g?owa prosiaczka tudzie? ca?kiem ?ywa becz?ca koza).

Na miejscu okazuje si?, że Todos Santos to ca?kiem spora wioseczka. Par? hoteli, dwie szko?y hiszpa?skiego, internet, comedores (czyli niewielkie restauracje prowadzone przez miejscowe kobiety – m??czy?ni są w Ameryce i w pocie czo?a na nielegalu pomykaj? po kilkana?cie godzin dziennie za gar?? dolarów).

Dzie? w Todos Santos ko?czy się szybko. S?o?ce zachodzi o 18 i właściwie nie ma co robi?. Zamykam się wtedy w pokoju i czytam. Za oknem zaczynaj? ujada? psy. Dziesi?tki psów. Skoml?, szczekaj?, walcz? ze sob?, bzykaj? si?, biegaj? po blaszanych dachach okolicznych domów. Czasem z do?u s?ysz? fa?szywe dźwięki z elektronicznych organów Casio. W?a?ciciele hotelu są ewangelikami i próbuj? przed nabo?e?stwem. Gospel made in Guatemala.

Przez cztery dni szlifowa?em swój hiszpa?ski. Za 320 quetzali (120 zeta) wzi??em 10 godzin lekcji w szkole Hispanomaya. Oprócz poszerzania wiedzy j?zykowej, mój nauczyciel Polo dostarcza? mi codziennie historyjki z Todos Santos i Gwatemali. Codziennie zacz??em czyta? g?ówny dziennik Gwatemali, właściwie aby skuma? co się dzieje tutaj na miejscu. Czasem w szkole pojawia się z wyk?adem Fortunato, szef wioski. Prowadzi niewielkie muzem Todos Santos, mieszka tu od lat i nie jedno widzia?y jego oczy.

Potem przyby? „Logan de la Frontera”. Z Arizony, mieszkaj?cy na samej granicy z Meksykiem. I ma w tej sprawie du?o do powiedzenia (www.dirtyverbs.com) i chyba daleko odbiega od stereotypu mieszka?ca „Imperium z?a”. Ciekawa sprawa z Amerykanami. W ostatnich latach wydaje się jakby ich raczej mniej kochali. Niewielu Amerykanów je?dzi z plecakiem, a ci co już je?d?? mówi?, że są z Kanady (kr??? historie o Amerykanach co przyszywaj? kanadyjskie flagi do swych monstrualnych plecaków, aby ludzie nie brali ich za Jankesów). Zacz?li to robi? sami Kanadyjczycy jaki? czas temu, aby odró?ni? się jako? od po?udniowych s?siadów. Tak się te? zdarzy?o, że par? dni potem w San Pedro nad jeziorem siedzia?em w grupce Kanadyjczyków – ci przyznali, że tak naprawd? odró?nia ich ta flaga, ale styl ?ycia maj? taki sam. Ale i tak nienawidz? Ameryki. Well, blame Canada.

Z Todos Santos do Coban

Cierpienie le?y w naturze człowieka. Istniejemy po to aby się zadr?cza?. Aby zasmakowa? odrobin? przyjemno?ci, trzeba się pom?czy?. Tak właśnie jest w drodze. Ten idiotyczny pomys? aby przejecha? nieprzeje?d?aln? teoretycznie drog? z Todos Santos do Coban wpad? mi właściwie podczas kartkowania Lonely Planet. Natkn??em się na rozdzia? o trasie z Huehue do Coban – ?e to jest najlepszy offroad odcinek w Gwatemali. Niestety (albo stety) właśnie k?ad? asfalt na tym odcinku wi?c droga jest znacznie ?atwiejsza. A ja przecie? chcia?em hardkore.

Mieli?my wyruszy? z rana. A las cinco de la manana. Tak wczesna pora wydawa?a się bardzo naturalnym rozwi?zaniem. Chcieli?my tego dnia dotrze? do San Mateo. Plany pokrzy?owa? histeryczny deszcz i wichura która rozp?tala się pó?no w nocy. W ciemno?ci i w deszczu jazda przez góry odpada?a. W końcu wyruszyli?my dopiero oko?o po?udnia, gdy przesta?o pada? (a potem zacz??o znów i nie przesta?o pada? przez nast?pne 4 dni).

Surowy krajobraz. Kamieniste wzgórza, osnute mg??. Autobus nie jedzie szybciej ni? 20 kilosów na godzin?, pn?c się pod gór? aby za chwilę zje?d?a? w dó?, w epileptycznym transie. Ten autobus się rozpada ale kierowca i pasa?erowie są pod opiek? plastikowej Matki Boskiej u?miechaj?cej się promieni?cie zza przedniej szyby. Mamy naprawd? g??bok? wiar? w ten rozklekotany kawa?ek metalu na kó?kach z 1966 roku. Jest zimno, mo?e 5 stopni celsiusza, w?ciek?y deszcz wpada przez niedomkni?te zapsute okna chicken busa. T?ok. Indianie jad? do domów, w interesach, odwiedzinach. Kobiety karmi? dzieciaki chipsami a czasem dadz? possa? cyca. ?mierdzi mleczn? kup? niemowl?cia. Nie przeszkadza mi nic. Od??czam umys? od niewygód drogi za pomoc? dwóch tabletek ?rodka w rodzaju „aviomarin”. Czas jako? leci. Mg?a taka, że przez okno podziwiam jedynie kamienist? i wyboist? drog?, krzaczory, kar?owate drzewka i kaktusy. Czasem z mg?y wynurz? się betonowe budynki – wida? ?e w ostatnich latach wybudowane przez powracaj?cych z Ameryki. Gwatemalskie gargamele, pa?acyki z betonu i pr?tów – jak to jest, że jak ludzie zarobi? szybko pieni?dze to pierwsze na co wydadz? kas? to brzydki pa?acyk i du?a bryczka.

Jad? sam z ca?ym dobytkiem moim i Ameryka?ca, który wyskoczy? z autobusu, bo zostawi? w hotelu pod materacem ca?? kas? i paszport. Umówili?my się w Tres Caminos. Wy?adowa?em się z dwoma plecakami, moj? torb? i gitar? na rozwidleniu dróg. Podrepta?em na drug? stron? ulicy, w kierunku miasta Solola. Comedor Maria wyda? się mi?ym miejscem, aby poczeka? na Logana i wypyta? o po??czenia na pó?noc. Z innych autobusów wytoczy?y się grupki m??czyzn w takich samych pasiastych spodniach jakie nosz? mieszka?cy Todos Santos. Wszyscy pijani, zacz?li oddawa? mocz na autobus, w krzaki, pod murem i po drugiej stronie ulicy. Potem zebrali się znów w grupki, część uderzy?a do sklepiku aby ustawi? się w kolejce po wi?cej „Gallo” (moje ulubione piwko w Guate). Jeden z nich o poci?tej twarzy, z lekko zezuj?cym pijanym wzrokiem u?miechn? się kolorem srebrnym i zagai? po ameryka?sku „whassup”. Pedro, bo tak mia? na imi? ów człowiek pi? od tygodni. Pi? odk?d wróci? z pó?nocy kontynentu. Po dwu i pó? roku w Stanach, wróci? na stare ?mieci, buduje gargamela, kupuje bryczke, ale teraz jeszcze na razie pije. W końcu go sta?.

Przechadzaj?c się po Todos Santos uderza w oczy brak m??czyzn w wieku 18-35. Jak na wojnie. W wiosce zosta?y dzieci, kobiety i starcy. Wi?kszo?? me?czyzn odbywa podró? na pó?noc. A? do granicy meksyka?sko – ameryka?skiej. Pedro mówi, że p?aci się w zale?no?ci od ukladu sum? 1500-2500 dolarów za przeprowadzenie do Stanów i namiary na robot? – cho? te nie potrzebne wszyscy je?d?? w te same miejscówki, w kupie innych todos santeros ra?niej. „Coyotes” czyli przemytnicy masy latynoskiej mieszkaj? równie? w Todos Santos i innych wioskach i miasteczkach tej cz??ci Gwatemali. Polo (ten od hiszpa?skiego) opowiada? mi, że miejscowi Coyotes jad? ca?? grup? przez Meksyk tam przebijaj? się przez granic? do Stanów. Ch?tni nie muszę p?aci? od razu. Czasem tylko część a reszt? po pierwszej wyp?acie już w Stanach. Wielu idzie na taki uk?ad. Wszystko jest „na g?b?” ale tu wszyscy się znaj?.

W końcu przyje?d?a Logan nast?pnym autobusem z Todos Santos. Chwil? jeszcze czekamy na autobus do Sololi, która okazuje się straszn? dziur?. Deszcz, mg?a, błoto, betonowe budynki, dziwne typki, drogi hotel z kartonowymi ?cianami i epileptyczn? kablówk?. Mnóstwo miejsc oferuje tanie rozmowy ze Stanami. Western Union i banki na ka?dym kroku. Wida? lepsze, terenowe i du?e samochody. Miejscówka na końcu ?wiata. Potem widzieli?my par? podobnych miasteczek. Jemy kolacje w fastfoodzie, ogl?daj?c kablówk? na której pokazywano telenovele na przemian z pora?aj?cymi newsami z ca?ego ?wiata. Meksyka?ska spikerka i pani od pogody mia?y ogromne stercz?ce piersi.

Rano wskakujemy w autobus do Barillas. Tutaj asfaltowa droga znów się ko?czy. Ko?czy się wszystko. Jedziemy w mglistym mleku, nie wiem jak kierowca widzi cokolwiek. Bo ja nic nie widz?. Rezygnujemy z San Mateo, które uton??o w wodzie. W autobusie jedzie par? osób, niezbyt du?o, mo?emy zaj?? ca?e miejsce, cho? przy braku amortyzatorów to i tak wszystko jedno. W Barillas mieli?my już do?? jazdy na dzi?, ale trafi?a się okazja – pó?ci??arówka Toyota Landcruiser do Playa Grande. W Barillas zd??y?em się odla?, kupi? par? owoców i wod?. Znów trzeba było jecha?. Tym razem mia?o by? jeszcze gorzej. St?oczeni pod plastikow? plandek? stanowili?my grup? jedyn? w swoim rodzaju: paru rolników, dzieciaki wracaj?ce z rancza, lekarz, typek pracuj?cy w jakie? organizacji pa?stwowej, ubrany na czarno, b?yskaj?cy z?otym siekaczem, kobieta w spódnicy z koca, z pomara?czami i kogutem, mi?y człowiek z dwiema ma?ymi córeczkami, staruszek w kowbojskim kapelusz z dwoma tylko przednimi z?bami ale za to jeden srebrny, dwóch gringos, ja i Logan. Sk?ad osobowy zmienia? się co kilkana?cie kilosów. Gdy przesta? pada? deszcz, odkryli?my plandek?. Teraz jazda zamieni?a się w przyjemność – na stoj?co, bez obijania sobie ty?ka i kolan, wiaterek wieje, ciep?e tropikalne powietrze, znacznie przyjemniejsze od ostrego górskiego powietrza. Zapach gnoju, siana, krów i kawy. Wiochy, zielone wzgórza, ogromne drzewa Ceiba których się nie ?cina, pola kukurydzy (któr? sieje się dwa razy w roku, tak rzy?ne są ziemi? w tych okolicach). Wraz z popraw? pogody, poprawi? się humor kierowcy, ze zgroz? zauwa?yli?my wypadaj?ce z szoferki puste puszki po Gallo. Kierowca zreszt? cz?sto na siusiu się musia? zatrzyma?. Có?, b?dzie dobrze, pomy?la?em.

Playa Grande. Hehe – witamy na szlaku gwatemalskich dziur. Uwielbiam takie miejsca, jak w westernach. Jedna ulica, na niej wszystko co do ?ycia potrzebne. Miasto pogranicza i mrocznych interesów. Gdzie? tu podobno jest jaka? przepi?kna laguna, ale znów zaczyna pada?. Trzeba spada? na po?udnie. Trzeciego dnia podró?y znów witamy w d?ungli. Tym razem st?oczeni w mikrobusie. Rze?nia. Przez dwie godziny, potem z ulg? powitali?my asfaltow? drog? do Coban.

Od czasu gdy opu?ci?em Kub? nie napisa?em nic sensownego. Ko?czy się miesiąc, dwa tygodnie sp?dzi?em w Meksyku aby tydzień temu pojawi? się w Gwatemali. Pla?a, wyspa, ruiny, d?ungla, góry, rewolucja, backpackersi, autobusy, dobre chwile i s?odkie nicnierobienie. Móg?bym napisa? poradnik „Jak nic nie robi? aby wszyscy my?leli, że jednak coś robisz”. Trzydziestka na karku. Musz? par? rzeczy zmieni?, uporz?dkowa?, aby nie zgin?? w tym ba?aganie. To wiem na pewno, tak samo jak ?wiadomy jestem, że istniej?, ?yj? i oddycham tlenem tej przekl?tej planety. Liczy się dzisiaj, a nie jutro czy wczoraj. Jak zwykle banalny zapis, ale tak właśnie czuj?. Bardziej ni? kiedykolwiek.

 Nick Bonino Womens Jersey

Otagowano