Miesięczne archiwum: maj 2004

jeszcze 2 dni

i spadowa z PP.

dni znow zlaly sie w jedna calosc, znow mniej pisze – tzn pisze ale nie wrzucam, to samo ze zdjeciami – ixus sluzy jako maupa imprezowa, d60 nie ruszam (musze wymienic migawke po poworcie a ogole to moze ktos jest zainteresowany aparatem z historia?) – jade na rollei – dwa ostatnie dni spedzone na moto – dziwne okolice, szemrane bary – mysle jednak ze to juz koniec – zbliza sie wielkimi krokami.

ajt.

Opublikowano common life | Otagowano

wciaz deszcz

jak zaczal padac pare dni temu to nie moze przestac do dzis – i to ponoc jeszcze nie jest wlasciwa pora deszczowa, ktora zaczyna sie w czerwcu.

nie ma wiec slonca, plazy i lezenia na piasku – jest za to pare innych rownie ciekawych rzeczy do robienia.

czas nieublaganie pedzi. juz mysle o powrocie. i co dalej?

nie zrobie paru rzeczy ktore chcialem tu zdzialac – innym razem.

Opublikowano common life | Otagowano

idzie monsum wielkimi krokami.

spadl deszcz, kurz opadl, slonce nie doprowadza juz do bialej goraczki. blogie lenistwo w Blue Frog.

dzis wyruszylem na mala przejazdzke mopedem Solo do portu w SihaoukVille. pare odrapanych budynkow, ulice tona w blocie, dzieciaki kopia pilke-szmate, powoli omijam dziury i wyrobiska, czasem przyhamuje przed ciezarowka. mam jeszcze 35 film srednioformatowych – ale cos nie bylo kiedy je wypstrykac w ostatnich dniach. wlasciwie pstrykam juz tylko abstrakcje nie uganiam sie dookola – zdjecia leza na ulicy – wystarczy sie schylic…

wiem ze wkrotce do domu – w koncu wzielo mnie na tesknote za krajem – wiec jeszcze 2 tygodnie i koniec tego rozdzialu.

Opublikowano travel | Otagowano

sihanoukville

chatka nad Zatoka Syjamska. mrowki na bialej zapiaszczonej podlodze. idzie pora deszczowa a moze juz jest. dzeszcz pada bardzo regularnie, znak nadchodzacego monsumu. powietrze juz nie tak bardzo zakurzone jak ostatnim razem. jest wiosennie – czy raczej jesiennie – wlasciwie 30 stopni..

mam motocykl przed chatka i caly dzien jezdze po okolicy.

jest dziwnie tak naprawde -totalne wyciszenie.

jestem wciaz sam

Opublikowano travel | Otagowano

back to phnom penh

rzadkie turblencje nie zaszkodzily mojemu snu. odpadlem bardzo szybko. wczesniej jeszcze przezucenie sterty gazet, sniadanio-lunch i komar.

po 2 godzinach ukazala sie Kambodza. bardzo dziwnie jest tu wracac – wbili mi wize za 20$. Tym samym mam tylko 4 wlone strony w paszporcie – mysle ze powinni wydawac specjalne paszport – megapaszporty – 3-4 grubsze niz zwyczajne . Kazdy co bardziej ambitny kraj, zafascynowany burrokracja kaze ci wypelniac milion papierow, zalaczac zdjecia a nawet w przypadku niektorych krajow nawet pobieranie odciskow palcow. Wkroce zaczna ci pobierac krew i robic skanowanie DNA. Zmierzamy do Matrixa.

Phnom Penh. Spowite mgla, w deszczu przebijam sie przez dziki ale przewidywalny tlum – nikt nie pedzi na zlamanie karkow – ale wszyscy lamia generalnie przepisy ruchu drogowego – ale zaraz zero wypadkow – w polsce tez to bedzie wkrotce – nalezy tylko ograniczyc predkosc do 30 km/h i nie budowac wiecej drog. Bardzo tanie rozwiazanie. W lecie modocykle a w zimie skutery sniezne (oczywiscie oszczedzamy tez na odsniezaniu drog).

Number 9. Jeszcze spi, krople uderzaja o dach, witam sie z zaloga z guesthousu, dostaje pokoj i teraz pora relaksu…

2 godziny pozniej deszcz przestal padac, i mimo zachmurzonego nieba nadszedl skwar – pot sie leje, na ulicy bagno. Ludzie leza, spia, snuja sie, z radioodbiorikow i tv cieknie leniwa muza – khmer romantic chill czy cos takiego…

jezioro zaroslo krzaczorami, teraz zamiast brudnego koloru jest zielone – gdzie niegdzie plamy wody

ze stolu bilardowego zniknely bile, teraz czerwona to biala i gra sie tylko czterema.

ponoc w no9 sa jeszcze typy ktorych widzialem tu 2 miesiace temu – trudno w to uwierzyc ale tak jest – chris, simon, barry etc.

moto drivers dalej zuja wykalaczki i probuja cie namowic na przejazdzke lub pada sakramentalna sekwencja 'szmok gandzia szmok gandzia’

tak naprawde nie zmienilo sie nic

choc za pewne tak wiele

czas plynie leniwie – dzis nie robie nic, dzis mam niedziele w poniedzialek

Opublikowano travel | Otagowano ,

Melaka – KL Airport

Jake jest duzy. Bardzo duzy. W highschool w Toronto rozbijal sobie puszki z piwem na glowie, gral w rugby i w hokeja – moze bez przerwy rozmawiac o hokeju, wystarczylo ze wspomnialem op niejakim Czerkawskim. Zreszta zaden temat nie jest dla niego nowoscia. Rzezbi jak moze i nawet gdy blefuje i on wie ze ja wiem ze on wkreca, wciska mi kit bez mrugniecia okiem. Jego rodzina pochodzi z Ukrainy (dziadek, papa) wiec oczywiscie rozmowa schodzi na Czernobyl – co z tego ze Jake mial wtedy roczek – rozprawia na temat skazenia jakby to on przyjmowal jod w budzie a nie ja. W Traveller’s Lodge spotykam innych typow – w tym Shari i jej chlopaka (wczesniej spotkalem ich w Phnom Penh). Sa tez dwaj spring chickens z Anglii, gap year – podrozuja dookola swiata – kolesie w typie kolesi co sluchaja White Stripes – nju jork ouwergrand – czapki siatkowe, dlugie wlosy, wychudzeni, metny wzrok, dawkuja slowa bardzo powoli.

Przy kawie z rana spotykam Zulfitri Nasutiona z Indonezji. Oczywiscie gadka schodzi na Irak, Izrael, Saddama, wojne, muzulmanow. On wie swoje, ja wiem swoje. Tak naprawde nie wiemy nic.

Wlasciwie nie mialem ochoty gadac z innymi travellersami, ale miejsce bylo mile wiec czemu nie – pizza, piwko, pierdupierdu.

Melaka jest nudna i sssplywa potem. Wlasciwie nie mam ochoty nic innego robic jak siedziec w centrum handlowym w klimie – wiem ze to profanacja mojego czasu, ale taki lajf.

Probuje zrobic jakies zdjecia – w dzien nie wychodzi – tlumy ludzi, przeciskaja sie ulicami starego-nowego miasta (wszystko w remoncie – na cacy). Wlasciwie Melaka jako najslynniejszy port przed paroma wiekami znajduje sie nad morzem – ale cala linia brzegowa zanikla – wlasciwie jest tylko autostrada za autostrada krzaki, beton, a za nimi rzedy nowiutkich budynkow pelnych apartamentow dla nowych Malajow.

Czytam zbior opowiadan Dicka. Tak mocno sie wkrecam ze nie moge dobrze spac i sni mi sie ze jestem robotem. Straszny koszmar. Jest 5 rano – ide robic zdjecia. Pstrykam pare RAWow ale nuda okropna – wiec zmykam do hotelu – wschod slonca obserwowany z dachu, pakowanie, net, sniadanie (indian cuisine , a jakze).

Upal coraz wiekszy. Topie sie we wlasnym sosie-pocie. Zmykam na stacje autobusowa. Za 4 zeta bilet do …. hm… jezu zapomnialem – w kazdym razie w tym miescie dokad pojechalem z Melaki wskakuje w lokalny bus i jestem na lotnisku w KL (70km od centrum miasta). Bardzo dobrze wkrecilem sie w s/f Dicka – to istna przyszlosc.

Bedzie jeszcze wiecej o Malezji. Ide znalezc miejsce do spania – lotnisko stworzone wrecz do tego – cicho czysto – mam boarding pass i 11 godzin przed soba. Jutro Phnom Penh. Bardzo dziwnie bedzie tam wrocic – ale jest pare rzeczy do zrobienia i napisania.

1.00 am

Spotykam a raczej podsluchuje przybyszow z Polandii – tour asia zapewne czy cos takiego – 3 pary, lat 30-40, kazdy z nich mini-kapelusik zbieracza ryzu dyndajacy na karku – jezu nie wiem jak to jest ale z daleka rozpracowalem ich narodowosc (zanim uslyszalem sakramenckie 'kurwa’ ) – oczywiscie rozmowa toczyla sie tylko i wylacznie ile co kosztuje ile na co wydalem i dlaczego wlasnie tyle i czy dobrze stoimy i czy samolot poleci tam gdzie poleci. mowa trawa. bardzo przerzedzona. sorryy ale juz jestem zmeczony.

7.30 am

zmarzlem jak pies. podkrecili klime do takiego stopnia, ze obudzilem sie o 7 rano szczekajac zebami. mala gimnastyka i znow net aby zabic czas do odlotu.

Lotnisko pelne elegancko ubranych ludzi ktorzy ciagna za soba samsonajty skrzypiac butami od gucciego (akurat pisze gucci, ale pewnie sie nie znam, musza byc bardziej wyrafinowane firmy)

Wydalem wszystkie ringgity. Mam nadzieje ze sniadanie w samolocie bedzie zjadliwe.

Chyba tyle.

Opublikowano common life | Otagowano , ,

16-05-04 5 48

Opublikowano common life | Otagowano

melaka @ night

Opublikowano common life | Otagowano

melaka @ night

Opublikowano common life | Otagowano

melaka – travellers lodge

Opublikowano common life | Otagowano