Archiwum kategorii: project

encounters

enounters czyli trochę kosmosu, odrobin? krzaków – wspólny projekt Siski i mój – do 23 listopada do zobaczenia w Bratys?awie w Pisztoryho palac na ulicy Štefánikovej 25.


 Lee Smith Authentic Jersey

Opublikowano exhibition, project | Otagowano , ,

¡ vacaciones en varsovia !

 Vonn Bell Authentic Jersey

Opublikowano ¡ vacaciones en varsovia !, project | Otagowano ,

AS IF THERE WAS NO TOMORROW

As if there was no tomorrow is a project about a place which creates a feeling of temporality, place with short past and unsure future. It is a place where everything looks like a movie set built from recycled materials, place which gives you feeling of something very ephemeral and short lasting. But in this place there are living people who have desire to live a life without constant questioning, people who are creative, full of ideas, full of live and passion. They live their lives in contrast to their surroundings, they live for the moment with great energy, they live as if there was no tomorrow.

[ This is our common project – Silvia and Bart Pogoda ]

 Ben Roethlisberger Jersey

Opublikowano project | Otagowano ,

baltic

baltic Chris Jones Womens Jersey

Opublikowano project | Otagowano , ,

Identity Paranoia

in cooperation with Siska

 Derek Dorsett Jersey

Opublikowano project |

Identity Paranoia

project by Siska and Bart

img src

 Oliver Kylington Womens Jersey

Opublikowano project | Otagowano

mongolia ciąg dalszy

Wci?? nie sko?czy?em ogarnia? Mongolii – wygl?da na to, że b?d? musia? tam jeszcze powróci?.

I haven’t finished my Mongolia project yet – it looks like I will have to come back there… Victor Mete Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano

gasthaus

 Brice Butler Womens Jersey

Opublikowano project | Otagowano , ,

City Nomads – Mongolia

 Carter Verhaeghe Jersey

Opublikowano project, reportage, travel | Otagowano , , ,

Centralna Mongolia

?roda wieczor

Granica pomi?dzy Gobi a Ovorkhangai

Jedziemy jeszcze z 20 kilometrów za Bogd. Doje?d?amy do zagrody z kozami, aby zapyta? o drog?. Dwóch jezdzcow bez siodel wyja?ni?o nam ze jad?c 80 km na pó?noc nie ma już ?adnych rodzin i zaprosili nas do siebie. Pognali rado?nie krzycz?c, ze b?d? mieli jeszcze wi?cej go?ci. Chwil? potem zrozumieli?my o co chodzi.

Akurat zako?czy?a sie ceremonia postrzyzyn – daakhi urgeekh. Jurta pe?na ludzi. Trzy letni chlopczyk podawany jest z r?k do r?k, ka?dy daje mu banknot i ca?uje w ?ysa g?ówk?, z tylu g?owymały spleciony kosmyk w?osów które pozostaly.

W jurcie gwarno, gospodyni podaje pocz?stunek – przepyszny ser byaslak i jeszcze jeden bialego koloru aaruul. Chleb smarujemy swiezym maslem urum.

Dashwaa – stary człowiek o ?ywych smiejacych się oczach zacz?? opowiada? swoj? histori?. Najpierw okaza?o sie, ze zna ojca Tserena z dawnych czasów gdy by? kierowca ci??arówki ( tak jak tato Tserena ).

Jego zona umar?a bardzo wcze?nie. Pozna? ja na pó?nocy kraju w krainie jezior i lasów. Przenie?li się na po?udnie Gobi i tam za?o?yli rodzin?. Urodzila mu dziesiecioro dzieci i wkrótce potem umar?a na raka. Dashwaa uwa?a ze przyczyn? by?a zatruta woda. Starzec jest równie? my?liwym. Wspomina jak za czasów komunizmu pomaga? polowa? grupie Amerykanow. Zdziwiony pytam czy to na pewno byli Amerykanie, przecie? to by?y czasy Zelaznej Kurtyny. Dashwaa potwierdza w pe?ni przekonany. Bayarmaa – m?odsza córka – podaje mu kolejna czarke z woda ognista. Oczy m??czyzny robi? się szklane.

Kubeczek z wódka kr??y po jurcie, nie mam ochoty pi?, cho? muszę przynajmniej zamoczyc usta.

Dashwaa, Gansukh i Tseren wdaja się w nostalgiczna dyskusje o dawnych, dobrych czasach. Tseren opowiada o Filatovej zonie szefa partii z lat 70tych. Ze to dobra kobieta by?a. Budowa?a szpitale dla dzieci, kina teatry, muzea. Mówi? Seke ze równocze?nie rusyfikowala naród niszcz?c tradycyjna kultur?, zwyczaje i my?lenie.

Tseren Potem, który z bohaterów „czterech pancernych i psa” by? moim ulubionym. Ja mówi? ze szarik a on nasladujac owijanie gwo?dzia wokó? palca wskazuje na Gustlika.

Potem chc? sie koniecznie silowac na r?k?. Nierobiłem tego od 7 klasy podstawówki ale ku mojemu zdziwieniu wygrywam dwa razy z Barem (jest wstrzasniety zupelnie wi?c musi się znowu napi? ) i raz z Tserenem. Potem już nie mam si?y i Baysgalan ( gospodarz) zalatwia mnie w sekund?. Dobrze ze nie wpadli na pomys? zapasów w b?ocie, ?niegu i konskim gownie.

W końcu gospodyni Ulzii poda?a zup? i przyznam ze by?a to najlepsza zupa jaka jad?em w mongolii, nie odmówi?em dokladki. Tseren wydoby? z kieszeni korea?ski ostry sos. Genialne. Pyszne.

Jeste?my na pograniczu pustynii i stepów – deszcz pada coraz bardziej – jutro b?dziemy w stolicy prowincji

Bar (po mongolsku Tygrys) mój równolatek tylko ze z lipca. ?mieje sie ze ja te? tygrys plus T.

Seke juz wie co sie swieci. Nie pójdziemy spa? dopóki nie wypijemy butelki wódki do ko?ca. Ju? się boj?, nie mog? tego kurrstwa prze?kn??.

W końcu padaj? na pod?odze – ja zawijam się na dywanie w spiworze i próbuje zasn??. Lapie mnie myslitok. planuje, sklejam pomys?y, licz? barany, oddechy i krople deszczu uderzajce cicho o dach jurty. Sen nie nadchodzi.

Noc najgorsza . Dwoch pijaków wróci?o do jurty. Wczesniej lezeli w deszczu i blocie na dworze. Gansukh tarza sie po pod?odze – delirium. Po raz czwarty zmienilem pozycj? swoj? wzgl?dem niego, facet ma wyj?tkowo ci??ka jazd?. Rzuca sie, jeczy, chrapie, znow majaczy i tak przez trzy godziny. Reszta rodziny ?pi jak gdyby nic. Zapewne przywykli. Nie mog? spa?. Jeki, chrapanie, pierdzenie i tak w kolko.

Mongolia ustrzegla się plagi narkomanii, prostytucji i AIDS. Gorzej natomiast z alkoholizmem. Du?o pisa?em o wódce. Puste butelki walaj? się przy drogach, przy owo (przydro?nych kamiennych kopcach), w sklepach zajmuja najwiecej miejsca. Podczas wyborow wprowadzili prohibicje, pewnie meliny nie mogly nadazyc z obsluga klientow. Wódka wita i zegna się go?ci. Azjaci maj? inny metabolizm alkoholu, poza tym jak pij? to do upad?ego. Seke mówi ze m?odsze pokolenie przestawia sie na piwo, ale i tak wi?kszo?? pije na umór. On sam nie nawidzi wódki. Ma ku temu doskonale powody – jego matka zapila się na smierc.

Czwartek

Spad? ?nieg. Spa?em z 4 godziny, teraz siedz? nieprzytomny w jurcie u Bara. W poprzedniej jurcie zostawilem spiwor – Bar pojecha? po niego.

B?oto. B?oto. B?oto. W jednym miejscu utopily się 4 ci??arówki i jeden van. Wyci?gamy samochód za pomoc? ?a?cucha. Godzina w plecy. Ale w Mongolii ka?dy pomaga sobie nawzajem.

Zasnalem w fotelu na dwie godziny. Jeszcze kolejne dwie i b?dziemy na miejscu w Arvaikheer w centralnej Mongolii. Znów mg?a i ?nieg. W końcu z ulga witamy asfalt i wjezdzamy do miasta. Seke uradowany – to jego rodzinne miasto, z którego wyjecha? dopiero po podstawówce.

Arvaikheer

Seke oprowadza mnie po okolicy. Tu było przedszkole, tam salon z grami, tu zak?ad xero. Idziemy do bloku w którym mieszka?, potem na targowisku bierzemy side-car’a (motocykl z koszykiem) i obiezdzamy okolice. Pi?kne chmury na granatowym niebie. Szukamy alejki na wzgórzu gdzie mieszka? ze swoj? babcia. Miejsce już nie istnieje. Na wzgórzu stoi okropny betonowy obelisk ku czci przyja?ni radziecko-mongolskiej. Robimy siku i dalej w miasto.

Arvaikheer w tym swietle wydaje się ca?kiem sympatyczne. Po?o?one na 2000 mnpm, kliladziesiat tysi?cy mieszka?ców, stolica prowincji. Zasuwamy motorem – mam tylko bluz? z kapturem i przeszywa mnie przerazliwy ch?ód.

Tseren znów spotyka się z kumplem – tym razem jest to gruby, duzy człowiek – szef lokalnej policji. W czwórk? idziemy do korea?skiej restauracji. Gliniarz mówi p?ynnie po rosyjsku. I jest fanem Hansa Klossa. A jak tam pan Stanislaw Mikulski – pyta ku mojemu zaskoczeniu, ze pami?ta nazwisko. Najwi?kszy problem jest z kradziezami zwierz?t – nowoczesna technika pomaga im bardzo – siedz? na szczytach gór z lornetkami i telefonami komórkowymi, obczajaja stada i pasterzy i kradn? w najbardziej spodobnym momencie.

Pi?tek.

?pi? z 10 godzin i rano budzi mnie ponownie s?o?ce i b??kitne niebo. Po ?niadaniu (zylaste mi?so w gor?cej wodzie – buee , po zastosowaniu kuracji keczup + chili zupa jest zjadliwa) ruszamy w kierunku UB.

Przejezdzany mostem nad rzeka Ongi – rzeka której już prawie nie ma. A wszystko przez Erel group i czlowieka o nazwisku Erdrnebat. Jego kopalnie zlota, majac gdzies protesty lokalnej ludnosci i ekologów skutecznie zniszczy?y system rzeki która prawie wyschla.

Jedziemy w góry, bia?e szczyty przyci?gaj? mnie jak magnes.

Jedziemy droga przez lancuch górski khangain nuruu. Pytamy o drog? – wygl?da na to ze musimy przebi? się przez osniezona prze??cz górska.

Rozmawiamy o historii, o tym co zdarzy?o się 800 lat temu.

Co by? zrobi? gdyby? by? wielkim khanem? Pytam Seke

Odpowiedz jaka mi daje zaskakuje mnie – Zmongolizowalbym cale imperium i wszystkie podbite kraje.No tak, wida? ze nie by? nigdy za granic? i inne kultury zna z ksi??ek i filmów no i z opowiada? obcokrajowców.

Mongo?owie są bardzo dumni z w?asnej przesz?o?ci, no chyba ze się zrusyfikowali albo jak m?odsze pokolenie zamerykanizowali. M?odzi marz? o Ameryce, Australii czy Europie. wyje?d?aj? na obozy letnie do Kanady, czy na Work & Travel do USA i zostaj?. Seke mówi ze kr??? legendy jak szybko można się dorobi? i sta? się bardzo bogatym człowiekiem wyje?d?aj?c za granic?.

W Mongolii mieszka 2,8 miliona mieszka?ców. W Rosji 2 miliony, w Chinach w Inner Mongolii prawie 4. Oczywi?cie za oceanem te? spora grupa.

Na zasniezonej prze??czy zabieramy autostopowiczow. Starsze ma??e?stwo i m?odego ch?opaka. M?ody jecha? na motorze jako pasazer wcze?niej ale trudno przejecha? we dwójk? w zapadajacym się ?niegu.

Doje?d?amy do Bat-Olziy. Znów ma?a knajpka – kawa i buuzy. Zakupy i pytanie o drog?. Mijamy mas? ska? pochodzenia wulkanicznego i widoczkow a la tapeta defaultova z windows xp.

Dolina Orkhon to przepi?kne miejsce. Rzeka wije się niewielkim kanionem. Trawa wyglada jak przystrzyzona pod pole golfowe. Stada koni, jakow, owiec, szukamy wodospadu a potem jakiej? fajnej rodziny aby zosta? na noc.

Spozywam bu?garskie wino „nied?wied? ” rocznik 2008 nad wodospadem z którego nie spada ani kropla. Pijemy, s?uchamy Jacka Johnsona i wrzucamy wielkie wulkaniczne kamienie do rzeki – stonefall.

Zbli?a się wieczor – trzeba poszuka? miejsca do spania. Przez lornetk? wypatrujemy bia?ych pere? stepu. ?adnych jurt na horyzoncie jednak nie widac.

W końcu doje?d?amy do końca doliny. Nad rzeka stada jakow, owiec, koz i koni. Dwie jurty. Okazuje się ze to krewni, którzy dopiero dzi? rozlozyli jurty. Zatrzymujemy się w pierwszej, w której mieszka m?ode ma??e?stwo – pobrali się w tamtym roku. Ona w ci??y.

Dzisiaj masakra je?eli chodzi o ?arcie. Ca?y dzień twarde mi?so – zylaste, wchodz?ce pomi?dzy wszystkie zeby. Ledwo uda?o mi się za pomoc? szczoteczki i nitki upora? z jednym posi?kiem zaraz nadchodzil nast?pny. W Mongolii wyboru nie ma – jesz co daj?. Bol? mnie wi?c wszystkie ?eby od rzucia i nici dentystycznej. Brakuje mi owoców i warzyw na maxa.

Gospodarz Galiya jest by?ym lesniczym – opowiada historie o klusownikach, po?arach, ludziach którzy nie dbaj? o srodowisko. Miejscowi uwa?aj? go za bohatera, człowieka walcz?cego o prawid?owe zarz?dzanie darami Pachamamy :)

Bardzo mila rodzinka, rozmowa toczy się do polnocy. Ja już leze w spiworze przysluchujac się rozmowie z której nic nie rozumiem. Seke t?umaczy mi co ciekawsze kawa?ki i mog? wtedy przez niego w??czy? się w temat.

Mlodszy brat daje mi maila, mówi po angielsku (pierwsza osoba na prowincji jaka spotykam wpadaj?ca przynajmniej odrobin? w tym jezyku

Sobota

Wyje?d?amy z rana i kierujemy sie w kierunku Karakorum. Ze staro?ytnej stolicy Czyngis Chana nie wiele zosta?o. Co? tam odbudowali, stworzyli na nowo, aby przyci?gn?? turystów. Ja muszę do apteki kupi? coś na gard?o – chyrlam strasznie.

Powoli zbli?amy sie do UB – robi? kalkulacje – wychodzi ze w ci?gu dwóch tygodni przejecha?em 4000 km po bezdro?ach Mongolii.

Jutro lece do Pekinu. Ben Ijalana Authentic Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano