dzi, obudzilem sie ze strasznym sloniowym kacem (piwo chang – chang to slon po tajsku) po imprezie w Hat Yai w klubie West Side – w stylu westernowym. Wlasciwie znalazlem sie najpierw na necie poprzedniej nocy, potem dorwalem calkiem spoko pokoj w chinskim hotelu i poszedlem do 7/11 zakupic co nieco wody i chrupkow. W drodze powrotnej skrecilem wiedziony muza do lokalu o ktorym wspominam wczesniej. piwko jakies zanim do muzulmanskiej malezji wjade – pomyyslalem. miejsce jak miejsce. lekko burdelowato – farangi z brzuchami, malezyjscy biznesmeni oblapiajacy laseczki, generalnie wciaz tajlandia, pomimo ze poludnie jest bardziej konserwatywne i muzulmanskie – ale to tylko pozory. Na scenie zespol gral genialne przeboje z lat 80tych (zapodajcie sobie „one night in bangkok”) a wokalistka wyczyniala cuda – a potem sie z nia upilem – dobrze ze musiala wracac do domu, bo jej mama przyjechala, inaczej bardzo bym zgrzeszyl ghehhe…
rano wbitka w busa i opuszczam tajlandie
granica bez problemu i w koncu malezja
po 4 godzinach jazdy przejechalismy Penang.
Pinang czy Penang – to wyspa na morzu polaczona z ladem najdluzszym mostem w Azji. Jej glowne miasto to Georgetown i jest to jeden wielki tygiel kulturowy.
Pobiegalem troche z calym dobytkiem po ulicach aby w koncu odnalezc Coral Hostel w Little India.
Indie. Zapachy, kolorowe sari, niesamowita kuchnia, hinduski pop i przeboje z bollywood. Tutaj wszystko w jednej malej dzielnicy. Za 2 dolary zapodalem sobie najwiekszy posilek jaki moje oczy widzialy w ostatnich 3 miesiacach. W spelunce pelnej hinduskich zulikow, wasaty kelner rzucil na stol ogromny zielony lisc palmowy a na to ogromna kupe ryzowa, sabzi, czapati, dal – zgodnie z regula prawej dloni pochlonalem zaledwie polowe.
pare dni tutaj potem zmykam na poludnie do KL
…
dopiero na gg powiedzieli mi o milewiczu. brak slow
