Archiwa tagu: india

varanasi

benaras benares banaras varanasi – juz sam nie wiem ktora nazwa prawdziwa

biore prochy i nie czuje zebym mial chorego i juz prawie martwego zeba. po poludniu odpalem, spanie…

teraz przez caly wieczor ryksza i snucie sie po miescie

niesamowite wrazenie wywiera wszystko w okolo, a nawet jeszcze nie bylem przy ghatach nad rzeka, gdzie pala zwloki, teraz raczej nie pojde, bo w miescie ciemno kompletnie, znow wylaczyli prad

nie wiem gdzie jestem, gdzies na polnocy miasta, w miejscu co zowie sie dream cafe

chodzenie po omacku po waskich uliczkach zaowocowalo krowia kupa x 3

pierwsze wrazenia, niesamowita dzielnica muzulmanska, jakze inna, z innymi dzwiekami kolorami zapachami, jeszcze wiekszy scisk w miescie, poraz pierwszy stalem w rickshaw traffic jam

wyprawa ze spotkana ekipa na bangh lassi (taki specjalny jogurt;) skonczyla sie tak ze ekipa pogubila sie w labiryncie uliczek starego miasta

uderzam na fesiwal muzyczny – o 10 w nocy do 6 rano – dzwieki jakich nie slyszaly moje uszy

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

Varanasi i sprawa zeba

Ostatni dni to – upal, kurz, ogromne ilosci plynow spozywane 24/7 no i ten ZAB. Prawdopodobnie po wplywem temepratury plomba sie rozeszla, poza tym zgryzlem cos niechcacy jedzac muesli (skorupke z orzecha).

Pociag do Varanasi. Cala noc przespalem, budzac sie dopiero kolo 9. Caly czas biore kodeine na bol zeba. W pociagu juz prawie pusto – przez ostatnie godziny lezalem na gornym siedzeniu, teraz laze tu i tam. Upal sie zwieksza, przez otwarte, zakratowane okna widac spalnona sloncem ziemie, co jakis czas kawalek zieleni, ale dominujace kolory to zolty, brazowy, i wszechobecny szary. W dolinie Gangesu koncza sie zniwa. Kolorowo ubrane kobiety plyna polami z ogromnymi snopkami siana na glowach.

Skonczyla mi sie woda. Pragnienie rozwala mnie, na szczescie stajemy na jakies stacji i kupuje 2 butelki cieplej wody (tylko taka maja, poza tym podejrzanie zakrecona, wiec pewnie z jakiegos niewiadomego zrodla).

W dalszym ciagu pociag. Juz sam nie wiem ktora godzina. Co pare minut stajemy w srodku pola, lub przy jakies wsi na pol godziny. Ostatnio coraz bardziej popularna w Polsce jest sauna – to bardzo fajnie, mam ja teraz od paru godzin. Zab, upal, kodeina nie dziala. Do stojacego pociagu wpadaja konusy z goraca herbatka, ogorkami. Na szczescie jeden z nich ma zimna wode i arbuza.

Po 24 godzinach dojezdzamy do Varanasi. Spotykam Paula i Toma (dwoch Angoli – jeden w stylu Fat Boyslima, drugi taki brytolski rasta) – razem bierzemy ryksze i pedzimy ciemnym miastem, w ogromnym scisku, korku, syfie i kurzu. Wlasnie wylaczyli prad. Zalapuje sie na pokoj w hotlu Shiva Ganga – tuz przy rzece.

Mam straszne sny nocy, balem sie ze zwariuje, czy cos, na szczescie rano ok. Spotykam Kube, Polaka, mieszkajacego w tym samym miejscu. Gadamy chwile i zmykam do szitala.

Heritage Hospitals. X-ray zeba. Totalna infekcja. Albo dlugotrwale i dorgie leczenie kanalowe lub tez usuwamy. Wypada na to drugie. Do piatku mam brac leki, w piatek o 10 wyrywamy. Zab i tak sie juz rusza a polowa niego to plomba. Leki ktore kupilem chyba podzialaly bo nic nie czuje. Czuje lekki paraliz prawej czesci szczeki. Zeba zaniose nad ganges i spale a prochy wrzuce do rzeki. Varanasi to najlepsze miejsce na swiecie aby to uczynic.

Ciekawa rzecz. Wydaje mi sie ze musialo kiedys przydarzyc. Najpierw kamera, teraz zab. Nieszczescia chodza parami. Ejj ale ja dopiero 2 tygodnie w Indiach. W Ameryce Pld. nie zdarzylo mi sie wlasciwie nic przykrego – oporcz wypadku na motorze…

Tymczasem jestem w Varanasi. Trza robic zdjecia. Prawdopodobnie w sobote jade do Kalkuty a potem na polnoc. Mam kompletnie dosc upalu. Co gorsza po prostu nie trawie czasem sposobu w jaki zachowuja sie Hindusi. Szczegolnie wtedy gdy patrza sie na ciebie, bez slowa, dlugo i wytrwale. Czasem chcialbym byc niewidzialny. Wlasnie piszac te slowa podszedl do mnie koles i wylaczyl mi kompa, na szczescie zapisalem to co pisalem. Ale bez pytania, prad wysiadl, musieli wlaczyc generator pradu, ale kuwa nie moze powiedziec choc slowa?

Opublikowano India, travel | Otagowano , , , ,

Haridwar

W tym 200 tys. miescie Ganges wyplywa na nizine i plynie w strone Varanasi, Kalkuty, az do oceanu.

Haridwar to jedno z najswietszych miast Indii. Co 12 lat gosci miliony pielgrzmow na swiecie / festiwalu na czesc Wisznu – Kumbh Mela.

Rano sniadanie, net, kapiel w rzece, pozegnanie z ekipa (Hoomit, Gili, Roey) i spadowa motoryksza do odleglego o 20 km i 20 rupii Haridwaru. Wyskakuje przy glownej drodze, zabieram plecak z dachu rozsypujacej sie rykszy i sadystycznym upale ide szukac hotelu Ashok. Przechodze przez jeden z mostow na Gandze. Mieszam sie z tlumem na bazarze i powoli ide do hotelu, tuz przy stacji hidnuskich PKP. Zadekowalem sie w brudnym i zapuszczonym hotelu za 2 dolce i na miasto. Ryksza i pedzimy w kurzu i sloncu, pomiedzy innymi uczestnikami tego masakrycznego uliczego chaosu.

Har-ki-pairi (slady stop boga – Wisznu) – to dokladnie w tym miejscu rzeka opuszcza Himalaje. Jeszcze w miare czysta (przynajmniej w Rishikeshu, tutaj juz raczej nie) z kazdym kilometrem pochlania coraz to wieksze ilosci smieci, odchodow, sciekow, chemikali i trupow (przedwczoraj Debbie poszla na plaze, wrocila przerazona, 2 siedzacych w poblizu niej Hindusow wylolwilo zwloki i poczeli sie nimi bawic).

Pod mostami, przy ghatach, swiatyni i na brudnych kamienistych pozostalosciach po wyschnietym nurcie rzeki tysiace ludzi siedzi w glebokich dziurach, kapiac zapamietale. Ponoc szukaja zlota. Tuz obok gromada dzieciakow tapla sie w blocie, 10 metrow dalej przy schodach swiatyni obmywa sie cala rodzina. Na wschodnim brzegu ogromne koparki marki Tata przekopuja i reguluja brzeg rzeki.

Nie ma innych turystow. Gdziekolwiek sie nie pojawiam ktos mnie zaczepia, pyta, oferuje, chce sobie zrobic zdjecie, czasem tylko sporzenia, gdy siedze w knajpie zajadajac sie thali za 20 rupii.

Sen. Totalnie dziwny. Snilo mi sie ze jestem w Colorado. Dopiero co przyjechalem, znow szukam pracy, napotykam Marasa ktory jest kierowca darmowego autobusu kursujacego po doline Fraser. Spotykam Anie i Mike’a maja ogromny dom, pelen pracujacych na czarno Polakow, ale luz, Mike jest najbardziej szanowanym grzybiarzem w miescie, ma ogromna grzybiarnie i wszyscy go kochaja. Dom wyglada jak hinduska swiatynia, pelna czerwonych i wsciekle niebieskich figur. Strach sieja agenci do spraw clandestino (nielegalnych pracownikow).

Budzi mnie komar i bolacy zab. Mama miala racje – co do kamery i do zeba tez. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, mamma. :)

Net jest drozszy niz w R. Jedna rupia za minute. Ale i tak jest to 1,5$ za godzine. Dzieki wszystkim za naplywajace oplaty za kamere. Naprawde jestem wdzieczmy, i troche zawstydzony cala ta akcja. Jak dobrze pojdzie w Kathmandu bedzie nowa kamera. Moze wiec powstane film?

Wjezdzam kolejka linowa na do swiatyni zbudowanej na wzgorzu nad miastem. Kurz i pyl zasnuwaja cala doline, wschodni i zachodni brzeg.Im wiecej slonca tym mnie widac. Zdejmuje buty i wchodze do swiatyni. Przybyli oddaja czesc bostwom. W rogu na ziemi stary czlowiek goli brzytwa glowke malego chlopczyka. Cala rodzina dopinguje 2-3 letniego chlopca dracego sie w nieboglosy. Wlasciwie nie zauwazony siadam w kolku i robie zdjecia.

O 21 mam pociag do Varanasi. 22 godziny w pociagu. Zakupilem tani bilet za 300 rupii. Bedzie sie dzialo.

Opublikowano India, travel | Otagowano , ,

Wesolych

swiat, wszystkim…

Samotnosc jest zbawieniem i przeklenstwem zarazem. Jestes wolny w tym co robisz, jednoczesnie szukasz towarzystwa innych. Nie jest to trudne raczej, bo w Indiach non stop otaczaja cie ludzie. Czy to tubylcy czy tez inni podroznicy.

Czasem sie wylaczam. Siadam gdzies na dachu hotelu, czy jak wczoraj w swiatyni, w ktorej na samej gorze nie bylo nikogo. Jednak w dalszym ciagu nie potrafie oddalic sie tak do konca, uspokoic, oddychac rownomiernie, uspokoic mysli, uporzadkowac dysk twardy w mozgu.

Dalem sobie spokoj z namiastka Jogi. W calym miescie oferuje sie kursy jogi zadnym wyzszych mentalnych i fizycznych doznan kursy jogi. Niektore za darmo, inne co laska, sa tez takie gdzie kursy odbywaja sie po pare tygodni czy miesiecy. Zamykasz sie wtedy w asramie i zglebiasz wlasne wnetrze. Mowie o namiastce, bo hatha joga traktowana jest przez trawelersow jak kolejna atrakcja, cos jak rafting, jazda wielbladem, safarii czy wyprawa w gory. 2-3 dni i dalej w inne miejsce. Oczywisce wiele osob zostaje dluzej. Ja niestety nie mam takich mozliwosci czasowych (finansowe raczej odpadaja, bo mozna sie za grosze tu utrzymac) wiec tym razem daje sobie spokoj, choc jestem ponoc w swiatowej stolicy jogi.

Obrazowanie Boga (czy tez bostw, w przypadku Indii) jakos nie przemawia do mnie. NIe daje pracowac wyobrazni. Indie to wszechobecny kicz- wiec takze i swiatynie nie pozostaja w tyle jezeli chodzi o w kosmiczny sposb dobrane kolory czy sposob wykonania rzezb roznych bostw. Pstrokacizna masakryczna. Prawdopodbnie nie dziala to na mnie, na pewno jednak na Hindusow, ktorzy calymi wycieczkami przybywaja do swiatyn Rishikeshu czy tez innych swietych miast.

21 kwietnia jade do Varanasi, jezeli sie uda zdobyc bilet. Na razie mam rezerwacje, ale caly ten system rezerwacji kolejowych (polecam strone koleii hinuskich) jest totalnie zbiurokratyzowany i na razie nie kumam go za bardzo.

Opublikowano India, travel | Otagowano , ,

Rishikesh 2

Staram sie znalezc w tej calej egzotycznej chaotycznej kiczowatej mieszance COS.

Przez caly dzien lazenie po swiatyniach w miescie, ogladanie ludzi i vice versa. Wycieczka z Punjabu podchodzi do mnie i do Debbie (spotkanej wczesniej w Delhi) chcac sie przywitac i zrobic sobie zdjecie, cale miasto jest pelne tubylczych turystow. Przyjechali z Delhi, Punjabu, sa z wyzszej czy tez sredniej kasty. Szczerze sie wiec posrod ubranych w kolorowe sari kobiet i wypomadowanych kolesi, gdy wynajtey fotograf uwiecznia wszystko aparatem z czasow kolonialnych, taka hinduska zorka 5.

Znuzony upalem, i calodniowym chodzieniem udaje sie na popoludniowa drzemke. Wstaje tylko na chwile aby zjesc co nie co. Nie ide na Pesah, wszyscy poszli do Swiss Cottage w gorach, cos nie mam ochoty, dzis spie i czytam ksiazke „Droga do Indii”. To rzecz o czasach gdy rzadzili w indiach Angole, w tak nie zrozumialem dla nich kraju.
„Daje Anglikowi rok, a Angielce pol roku” (cyt. z pamieci) mowi jeden z bohaterow (Hindus) o kolonialistach przyjezdzajacych ze Zjednoczonego Krolestwa. Jeszcze wiecej cos o tym napisze.

Pobudka o 5:30. Mala gimnastyka na dachu. Kiepsko ze mna, trzeba rozruszac stare kosci. Wszystko jeszcze zamkniete, sniadania nie daja, internet off. Biore wiec aparat i ruszam przed siebie. Nad brzegiem Gangi kobiety susza sari. Dlugie na 6 metrow, szeroki na metr. Wiatr rozwiewa i nadyma je jak bajecznie kolorowe paralotnie. Szkoda ze mam tylko obiektyw 50mm ze soba,wchodze pomiedzy nie, te tylko sie usmiechaja i mocno trzymaja material aby wiatr nie porwal go gdzies daleko.

Przy zakurzonej drodze na ziemi siedzi 4 sadhus. Maja pomaraczowe szaty, na ogniu gotuje sie herbata, przesypuja jakies proszki, milcza. Przysiadam sie do nich. Czestuja chillum i czajem.

…,

Dalej nie ulozylem planu. jechac w gory do kaszmiru czy tez na poludnie, do Agry, Varanasi, Kalkuty i potem do Nepalu.

what you think?

 

 

Opublikowano India, travel | Otagowano , ,

Rishikesh

Jestem w miejscu gdzie Ganges (Ganga) wylywa z Himalajow. Risikes (lub Rishikesh – „sh” w Hindi w transkrypcji na angielski, ale po polsku chyba lepiej wymawiac jako „si”) jest mala wioska tuz kolo Haridwaru. W latach 60 tych wpadli tu John, Paul, George i Ringo – ale z calej czworki tylko Georgowi zostalo zamilowanie to sitaru, hinduskich klimatow. Od tego czasu wpadalo tu coraz wiecej luda. Zazyc medytacji, znalezc sie w innym swiecie, nie jesc miesa, miec swojego guru, powyginac sie na jednym z kursow jogi, czy tez zapalic sobie co nie co dobrego chrash (zywica z konopii zluszczana w dloniach i formowana w plastelinke) , ktorego zachwalaja „pseudo-sadhus”.

Wyglada na to ze chyba nic sie nie zmienilo. Ucieklem z Delhi, nie spalem od chwili gdy mi kamere zachrzanili (ejjj wy serio z ta akcja zbierania na kamere?? :))) bo nastapilo bratanie sie z ekipa izraelska, potem nie kladac sie spac lazilem po torach kolejowych (zdjecia w notce ponizej), potem na Connaught Circus szukajac CD nagrywarki, notesu i chlodu w klimatyzowanym McDonaldzie.

Niestety biletu na pociag nie dostalem, musialbym czekac 2 dni. Wybralem autobus. I to byl blad.

O 20:45 przylazlem do Hare Rama Guest House. Tak rzekl koles ktory sprzedal mi bilet do Rishikesh. Pod knajpa zebrala sie cala banda Izrealitow, ja i 2 Hiszpanki. Cala ekipa siedziala tak godzine aby ruszyc za konusem (chyba pomocnikiem kierowcy) w miejsce gdzie mieli podstawic autobus z klimatyzacja etc. ponoc wygodny, only 200 rupii. Znow godzina czekania. Potem okazalo sie ze trzeba ekstra 50 r doplacic. Burza i awantura. Konus chce rzadzic, krzyczy na wszystkich, wyzywa jedna laske, wtedy na niego rzuca sie dwoch gosci z dredami (Naras i Sas -maja gitarki, dredy i non stop kreca dzointy). Dochodzi to szarpaniny i prawie caly autobus sie napieprza. Trwa to 2 minuty i nerwy opadaja. Ok jedziemy dalej. Caly czas trwa awanutura o siedzenia, kierowca i konus chca upchac wiecej niz sie da, klima wysiada, jednej nerwowej szalonej i awanturujacej (ale pieknej) sie caly czas zydowce ktos zachrzania cd player. Znow bijatyka. Jedziemy. Klakson non stop. Prawie cale 8 godzin. Piekielne 8 godzin. Gdy wysiadla klima, Eli, siadzacy kolo mnie zrobil dzointa i puscil w obieg. Hindusi zaczeli sie awanturowac i zatrzymali autobus. No i tak w kolko. Ledwo co przezylem ta podroz.

Risikesz. Dojezdzamy ryksza na miejsce. Swiete miesce. Juz mi sie myla bostwa, swiatynie, baba, sadhus, kryszna, budda, wisznu, siwa. Wszystko sie miesza. Jestem coraz bardziej zmeczony. Na sniadanie ogromne thali (ryz, soczewica, chili, czapati, kalafiory) za 2 zeta. Herbatka o kolorze kawy z mlekiem za 10 groszy i jakos sie da zyc. Gadam jeszcze chwile z Carmit (taka jedna ;) i ide spac.

16 godzin spie. Mieszkam w asramie, wokolo same swiatynie, 20 metrow ponizej plaza nad czystym jeszcze Gangesem. Przespalem caly dzien. Budze sie o 4 rano, Pada deszcz, powietrze czyste i rzeskie. Stoje nago na tarasie, potem ubieram gatki i schodze nad Gange, zanurzam dlonie i myje twarz.

Zaczyna sie dzien.

Indie coraz bardziej mnie wciagaja, tyle rzeczy nie wiem, tak wiele nie rozumiem, i nie zrozumie nigdy.

Opublikowano India, travel | Otagowano , ,

foto delhi

pare fotek z delhi

Nie spie juz sam nie wiem ile godzin. Zalatwilem wszystko co bylo trzeba. Przewodnik, bilet do Risikes (tam kiedys przyjechali The Beatles gdy faza hinduska ich ogarnela)… jestem w jakies lepsiejszej dzielnycy bo Hindusi podjezdzaja w turbanach do McDonaldka i rozmawiaja po angielsku miedzy soba…

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

eeee co tam, trza do przodu

Wizyta na posterunku policji jeszcze bardziej poglebia moje wkurwienie. Mniej wiecej wygladalo to tak. Tuz po wydarzeniu pokrecilem sie jeszcze wokolo czy moze gdzies zobacze typa co zapinkolil mi torbe. No ale jak w takim tlumie. Motocykle, ryksze, samochody, na zbiegu ulic zamontowali scene, tam jakies tance spiewy teatr hinduski. Wracam i mowie kolesiowi z knajpy z sokami co sie stalo, po chwili cala ulica mi wspolczuje, wszyscy klepia po plecach, pada pomysl z policja. Wlasciwie wiem ze nic z tego nie bedzie, moje ubezpieczenie niczego wlasciwie nie obejmuje takiego jak kradziez torby na hinduskiej ulicy, no ale co tam. Ryksza – posterunek. Na posterunku ziewajacy gliniarze, pieciu pacjentow jeden po drugim pyta co sie stalo, jeden z nich tylko co nie co kuma po angielsku. Postanawiaja obadac miejsce zbrodni. Wracamy, tam hindugliny kreca sie wokolo, wyptuja i z powrotem na posterunek. Tam wskakuje wraz z posterunkowym Kumarem Singhem (singh – lew, wszyscy Sikhowie w Indiach nosza takie imie ponoc) na jego motor. Jak nawiedzony gna waskimi uliczkami Paharganju, chyba intuicyjnie omijajac spiacych ludzi. Dojedzamy na posterunek glowny policji New Delhi. Pitupitu. Znow zaspanie, „uot hapen ma fren, samfin rong?” pyta sie pietnastu posterunkowych. Wiekszosc ma imie Singh (na tabliczce przyklejonej do munduru widnieje), choc nie sadze aby walczyli jak LWY o moja zgube. Niby rozumieja angielski, ale nie az tak bardzo zeby zrozumiec o co wlasciwie mi chodzi. papierki, switski, biurokracja jeszcze gorsza niz w polsce, wlasciwie sam im od siebie podaje dane i paszport, bo ci nie probuja sie nawet pytac, dostaje tylko papierek potwierdzajacy moje zeznania. Na ryksze i na Main Street.

Zbieram sie jakos w kupe, musze kupic przewodnik chyba jakis, bo tamten byl w torbie, od Pakiego dostaje metalowy lancuch i klodke (tamta tez byla w torbie), znow mala imprezka. jest 5 rano, zaraz ruszam na tory dworca kolejowego New Delhi, bynajmniej nie aby polyzyc glowe na torach i czekac az nadjedzie Diamentowy Ekspress do Kalkuty.

znalazlem punkt gdzie zgrwyaja zdjecia na CD… jutro tam uderzam

Opublikowano India, travel | Otagowano , ,

zla karma

no coz. nie krzycze w nieboglosy, nie bije malych hindusow, nie opluwam sadhus w pomaranczowych szatach, nie bije krow (za sikanie i sranie gdzie popadnie powinny byc przerobione na cos bardziej pozywnego), nie placze, nie zastanawiam sie co bylo

wlasnie stracilem kamere DV sony. 15 minut temu. jak i przewodnik, torbe moja zielona, 2 ksiazki, przewodnik i zeszyt.

wystarczylo 2 sekundy pozostawienie jej wolnej z mojej plecow abym mogl wyjac pieniadze na musli bananowe

sekunde pozniej torby juz nie bylo

na szczescie nie mialem zadnych dokumentow, cyfra i caly sprzet zostala w hotelu

filmu z Indii i Nepalu juz nie bedzie.

musialo to kiedys nadejsc, wystarczyla chwila nie uwagi i zaspany umysl po wyczerpujacym goracym dniu (z pod prysznica leciala goraca zupa zamiast wody) co przestal rejestrowac wszystko co dzieje sie wokolo

Paki z Izraela mowi stary bylo ale juz nie ma, taka karma. Spiknalem sie z ekipa z Izreala wczoraj na malej imprezce w klaustrofobicznym pokoju, do 5 rano…

wkurwienie.

jade na polnoc do Risikesz.

za pare dni.

Delhi delikatnie przytlacza, stajesz sie obojetny na wszystko, nie dbam o to ze ktos nieustannie o co cie prosi, zawraca ci glowe.

Taka karma. Taki los.

Coz. Mam tylko nadzieje ze zrobie zdjecia niezle i sprzedam je za odpowiednia cene. Ze napisze artykuly teksty etc.

Nie moge miec w glowie tylko tego ze te chujki kradna. mozna miec nadzieje ze kasa ze sprzedazy tej kamery wyzywi pare rodzin hinduskich… (zludna nadzieja)


trzymjacie kciuki za mnie teraz kurka wodna

Opublikowano India, travel | Otagowano , ,

Delhicatessen

Pobudka wczesnie rano. 2 godziny snu. Do pozna czytalem ksiazke Mroziewicza (po raz kolejny). O 6 wschodzi slonce, ludzie sie pudza, to dobra pora aby robic zdjecia. Nie ma takiego tloku, slonca, najwyzej trafisz na modela co wstal lewa noga.

Wraz z Nickiem wbijamy sie w motoryksze do Czerwonego Fortu. 20 rupii od leba. Rykszarze w Indiach maja cos z wyrachowanego samobojcy, nie dbaja raczej o zycie swoje i pasazerow, wierzac zapewne ze jak zginato odrodza sie w lepszym wcieleniu. Przepraszam, ale moje obecne wcielenie chyba mi sie raczej podoba…

Tlok,upal, kurz, spalni, ruch w nieokreslonym kierunku, jeden wielki kakofoniczny dzwiek klaksonow. Masiakra.

Dojedzamy do monumentalnego Czerwonego Fortu. Niestety otwieraja go dopiero o 9:30. Coz, walimy w jakimstam kierunku. Kalifornijczyk z Santa Barbara raczej juz wymieka, jutro zbiera sie i jedzie w Himalaje, upal, brud, smrod raczej nie sluzy mu. Dzisiejszy poranek jeszcze bardziej go rozwala. Snujemy sie tak bezsensu, Ptasi Szpital, Kosciol Babtystow, Swiatynia Sikhow. Nie wiem gdzie mozna wejsc, gdzie zabronione. Wracamy do fortu, tam jeden koles namawia nas na przejazdzke ryksza rowerowa. Czemu nie. To tylko dolar od lebka. Miszcz sluzy nam jako przewodnik. Jedziemy na targowisko z kwiatami i miejsce gdzie skladuje, pakuje, obrabia przyprawy. Wpierw betel. Nie za bardzo wiem co mi laduja do tych lisci. Korzenie, orzeszki, przyprawy. Zuje, wypluwam, jezyk robi sie czerwony, a w glowie lekki haj.

Magazyn z przyprawami jest niesamowity. Pracuja tam tylko kolesie z Radzastanu. Niesamowita mieszanka przpraw unosi sie w powietrzu. Nochal swedzi, w gardle gryzie, oczy nachodza lzami. Nasz przewodnik przedstawia nam pracownikow. Lazimy przez dluzszy czas po tym starym 300 letnim budynku az wchodzimy na dach z ktorego widac zatruta i zamglona panorame Delhi.

Czerowny Fort. Nie wiem, ale nie jaram sie takimi rzeczami. Ogromny, zbudowany z czerwonego piaskowca, w srodku trwa jakis koszmarny remont, cale Hinduskie rodziny przechadzaja sie w ta i we wte. Nuda generalnie. Dobrze ze maja zielone trawniki z polewaczkami. Robie pare zdjec. Aby tylko bylo.

Powrot na Paharganj i drzemka. Do 7 wieczorem

 

Opublikowano India, travel | Otagowano ,