Archiwa tagu: peru

POLUDNIOWOAMERYKANSKA DIASPORA

Zyd w drodze. Mam wrazenie, ze pol Izraela wyjechalo z kraju. Spotkalem ich wielu. Podrozuja w grupach. Nawet ci co wyjechali samotnie, wkrotce dolaczaja do jakiejs paczki. Male wyjatki: Kobi, Eran, Noah i paru innych kolesi. Laski zawsze w grupach. No.. bo bezpieczniej jest, no nie? Jada sami, chrzania kolektywy. W grupie trudno sie dogadac, gdzie spac, kiedy jechac i jak jechac i co zjesc na kolacje.

TRADYCJA.

Najpierw idziesz do armi – kazdy z nich odbyl sluzbe (chlopaki i dziewczyny). Potem zwykle pracuja jakis czas. Nastepnie przychodzi czas na poznanie swiata. Plecak, przewodnik, pare ksiazek po hebrajsku, wykaz najbardziej popularnych wsrod Izraelitow hoteli i w DROGE. Nie maja zreszta wiekszego wyboru. Afryka i muzulmanskie kraje odpadaja – zostaja Ameryki, Indie, Australia i rzadziej Europa.

Sa inteligetni, uparci, maja wlasne wyrobione zdanie. Zarazem skorzy do imprezowania, wiekszosc chrzani SZABAS i w sobote – jak i zreszta w kazdy inny dzien tygodnia – daje ognia.

KORZENIE.

Polowa z tych ktorych spotkalem ma korzenie w Polsce. Babcia, dziadek. Czasem oboje rodzicow, jak w przypadku Yohana, ktorego rodzice wyjechali z Polski w latach 70tych. Dukal po polsku – z czego starsznie sie cieszyl i byl dumny (co powiedziala mi potem Keren).

Oczywiscie nie wiele wiedza. Czesc byla w Polsce (klasyczna trasa z „atrakcjami” – Oswiecim, Majdanek, Warszawa). Pewnie wielu z was widzialo duza grupa zasuwajaca wzdluz Domow Centrum w Warszawie.

STEREOTYPY.

Keren usmiechnela sie i rzekla – Nie wierzylam, ze jestes z Polski.

A czemu tu, pytam, jaki jest twoj stereotyp POLAKA?

Trudno mi to wyrazic, ale jakos mi nie pasowales do tego wszystkiego co zobaczylam w Polsce – odpowiada i pociaga lyk WHITE RUSSIAN. JEstesmy w TEQUILA – ponoc swietnej dyskotece, ale jest do dupy. Nie mozna tego porownac z Cuzco.

Co zobaczyla w Polsce? No wlasnie? Swastyki, JUDE RAUS na scianach, Gwiazdy Dawida na szafocie, LKS Zydy, Widzew Zydzew. Pewnie sobie zadawala pytanie – czym do cholery jest ten LKS, LEGIA i WIDZEW? Widziala zaciete miny, z reguly starszych osob. Pewnie tez spostrzegla krzyze Switonia.

Hadi z Hajfy, 2 dni temu w Pizzy Hut opowiadala mi o swojej wizycie w Polsce. Placz. Majdanek. Szare ulice Warszawy. Przyjechali – zobaczyli najbardziej bolesne rzeczy i odlecieli do Tel Avivu.

Opowiadam jej o SPRAWIE CMENTARZA W KLODZKU i tym co zrobilismy z Adomasem. Nie wiele. Ale zawsze cos. Krok do przodu. Smiesza mnie pytania – Ty, po co zrobiles ta strone, jestes ZYDEM?

Nie. JESTEM CZLOWIEKIEM. tyle.

Mlodzi Zydzi nie za bardzo ogladaja sie za siebie. Dziadkowie, rodzice nie za wiele im opowiadali. Zreszta oni nie pytaja.

Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Slowa, slowa, slowa. Pare ich odbylem w ciagu ostatnich 3 miesiecy. Trudne tematy i dosc ryzykowne. Ale chrzanie to. Palestyna, 1968 w Polsce, Holocaust.

Byles w Syrii? pyta Kobi z niedowierzaniem – Czlowieku przeciez tamn nic nie ma.

Kobi, Backpacker Home, Milaflores, Lima

No tak. Skad on moze wiedziec co tam jest. Syria, jak zreszta reszta sasiadow – to smiertelny WROG. Wlasnie – sa otwarci na swiat – ale pewnych rzeczy nie toleruja – co zawsze im wytykalem. Syria. To tacy sami ludzie. Syria to Palmira, Rivers of Babylon, jaranie nargili na starym miescie w Damaszku, Maloula i wspaniali ludzie.

Wiesz, my tego nie wiemy – jestesmy spaczeni jezeli chodzi o Arabow – dodaje Kobi.

To sie nigdy nie zmieni. WOJNA NIGDY SIE NIE SKONCZY. Tak mysle.

TOLERANCJA.

Niemcy – ich to nie lubie – mowi Hadi (hehe.. dobrze ze nie Heidi). Wojna, te sprawy.

Co ty chrzanisz. Tak sie sklada, ze wszyscy Niemcy ktorych spotkalem na swojej drodze to byli zajebisci ludzi, am paru z nich to moi przyjaciele. Tacy sami ludzie jak ty i ja. Wiec o co ci chodzi.

Hadi milczy i polyka kes sredniej Supreme w Pizzy Hut, ale tylko z grzybami, bo jest wegetarianka.

Czasem mam wrazenie ze jestem jakims naprawiaczem stosunkow miedzynarodowych i stereotypow. Moze dlatego, ze dla wielu z nich bylem pierwszym spotkanym Polakiem w Ameryce Poludniowej.

Jak bylem lepek – to zawsze opowiadalismy sobie te debilne kawaly o Zydach. Niektorzy z tego wyrosli, lapiac sens wypowiadanych wczesniej slow, niektorzy WRECZ PRZECIWNIE.

ZYD.ZYD.ZYD. Brzydkie slowo, co nie? A POLAK? Pamietam Lutza, NIemca, wlasciciela hotelu w Brazylii. Powiedzial mi ze w dziecinstwie slowo POLAK, w jego wsi, bylo brzydkim, bardzo brzydkim slowem. Przeklenstwem.

……………………………….

Czy nie wkurzasz sie jak ktos ci powie TY RUMUNIE? Jak czesto spotykasz sie z takim czyms w Polsce? Czy zaczales opowiadac juz kawaly o zlych ARABACH i AFGANCZYKACH?

Nie zmienisz ludzi. Niektorzy sa jak zaschnieta krowia kupa. Ja zreszta nie probuje. Ja opowiadam.

Opublikowano americana | Otagowano ,

FOTKI. LIMA

Lenie sie. Film z Jackie Chanem i Chrisem Tuckerem – RUSH HOUR 2. AAA rewelacja :)) Mam straszny sentyment do filmow z Chanem. Lata 80te. Pierwsze wideo i kasety wymieniane na targu w Klodzku. 6 kopia z niemieckim dubingiem. Sentymenty sentymenty :)) Nie cierpie debilnych filmow z mordobiciami – ale te filmy z Chanem to mistrzostwo swiata. Pijany Mistrz np :)) Van Damme, Szwarcnigger, Stallone moga sie schowac. JAckie Chan przy nich jest mistrzem – pomimo ze ledwo po angielsku mowi. Rush Hour – genialna choreografia, pomysly. Dobry film akcji… tyle na tyle…..

Jutro, pojutrze zmykam z Limy. Na polnoc. W strone rownika…

chinska_knajpa

kobi_sm

chinska_knajpa_sm

zwiedla_palma

wodniki

szmal

plaza4

plaza3

plaza2

plaza1

peruwianske_porno

nad_morze

mira_playa

latawiec

kupie_wkrotce

kankun

jesien_zycia

dwie

 

Opublikowano americana | Otagowano

3 MIESIAC W DRODZE

Wlasciwie przestalem podrozowac. Ja po prostu tkwie w czasoprzestrzeni. Dom daleko i przyjaciele. Ale dobrze sie z samym soba czuje. Nie zwiedzam, nie chodze do muzeum, kosciolow, przestalem biegac z przewodnikiem, nie interesuja mnie tzw. sztuczne atrakcje turystyczne. Po prostu zyje. Tak samo jak zylem tam, zyje tu. Czasem jest zle i tesknota sie odzywa. Ale moj wybot. Moja droga. Mi camino. MY WAY – nagralem sobie dzis na MD Franka Sinatre. Wroce. Kierwa, trza sie usmiechac – a geba mnie boli od ciaglego szczerzenia sie.

Najbardziej odejchany rok mojego zycia.

2 0 0 1.

To bedzie dobry rok.. uslyszalem…

No pewnie… no pewnie :))) JEST

Opublikowano americana | Otagowano

Znow slow pare o fotografi. Wnioski.

Odebralem slajdy, negatywy kolorowe i cz-b. I cos mi tu nie pasi. Zdjecia sa gowniane. Szczegolnie slajdy. Albo mi sie wydaje, albo jestem nienormalny, albo zaczalem wymagac od siebie wiecej, albo za duzo naoogladalem sie zdjec innych obywateli – np. w naszional dzeografik czy tez podczas ourd prez foto.

W czym tkwi problem? Nie trza tu inteligencji Einsteina *. Odpowiedz jest prosta jak wlos mongola. Brak jest akcji, zycia. Po prostu. I tu pare czynnikow ktore sie na to skladaja. Lustrznka (canon eos 3 – wielki jak dobrze wypasiona krowa) + 3 staloogniskowe obiektywy za bardzo rzuca sie w oczy. Wyglada za powaznie, ludzie sie wtedy mnie boja, widac mnie z kilometra na ulicy. Nic nie dala totalna destrukcja sprzetu, wydrapanie napisow, zaklejenie czarna tasma izolacyjna i gustowne poobijanie cacka na ktore harowalem klejac burito i tacosy w KFC TACO BELL i przenoszac tony frytek w McDonaldzie. Nic a nic. Tzn. jest pare niezlych w moim mniemanu zdjec. Wszystkie sa poprawne technicznie, ostre jak zyletka polsilver. Bez zarzutu. Ladne kolorki etc. Moze ich po prostu nie widzialem na scianie. Przeciez nie wiele da sie zobaczyc na 35 milimetrach. Druga rzecz to sposob robienia zdjec. Cyfrakiem robie z biodra, z kazdej pozycji, ale nigdy nie przykladam go do oka. Wszystko widze w wizierze – ktory jest naprawde genialny. Poza tym nikt nie bierze cyfraka na powaznie, ale fotki wychodza, ze hej :) Lutrzanka jest bydlasta – w pizdu ogromna – zanim przyloze do oka, wymierze i wyostrze – to obiekt fotografowany schowa sie, ucieknie, zmieni pozycje lub tez zrobi mine jak u pana-ktory-robi-zdjecia-do-dokumentow.

Tak wiec klaruja sie mi coraz bardziej moje preferencje. Po 6 latach robienia zdjec. Czas robic zdjecia cyfrakiem, lustrzanka a w sytucjach reportazowych malym aparatem dalmierzowym. Znalazlem analogowy odpowiednik mojej cyfrowki. Contax T3 z staloogniskowym obiektywem Carl Zeissa. Maly, poreczny, z doskonala mechanika i rownie nierzucajacy sie w oczeta.

Poza tym z obrzydzeniem spogladam na zabytki, jakies ulice, koscioly. Sam nie wiem po co robie te smiecie. Ladne owszem obrazki wychodza – ale co z tego. Wczesniej juz pisalem a propos oswietlenia. 80% w ostrym sloncu. Ahh… zmarnowane na maksa. Cienie, kontrasty. Szkoda gadac. Wieczor, panie, wieczor. Najlepsze oswietlenie i kolory. Podobnie poranek – ale przeciez nikt o zdrowych zmyslach (ja?) nie wstaje o tej godzinie.

Dzis kolacja w Pizzy Hut. Hm.. dziecko cywilizacji. W Wojnie pomiedzy McSwiatem a reszta – opowiadam sie raczej za tym pierwszym. Coz tak wyszlo. Internet, komputery, nasza cywilizacja, popkultura i jej nisze, TV, kino. Do tego mi blizej. Ale raczej nie siedze w strukturach. Cos jak Francja w NATO. Sa ale nie sa. Na boku sobie jakies male eksperymenty z bombkami przygotwuja i trenuja Legie zlozona z Ruskich i Polakow. Alem siem zagalopowal w toku myslowym. A ponoc bladynki nie mysla… ;)))

—-
* a propos Einsteina i blondglow.

Ladnych pare lat temu siedzielismy z Adomasem. Koles przezywal mi opowiadanie s-f. Rzecz byla o konferencji naukowej na ktora przybyly same mozgi z roznych krajow. Einstein, byl tez Onestone, Jednokamienny, Odinkamok etc. kumacie baze?

Wiec. Wymienial mi tych kolesi, zasmiewalismy sie jak male prosiaki. Po 3 minutach, pytam go.
– Stary, hm.. ciekawe jak by to bylo po niemiecku? Ein… ein… ein

Adomas patrzy na mnie i nie wierzy…

EIN.. ein.. EINSTEIN – wykrzyknalem z trymufem.

Coz, nie kazdy rodzi sie AINSZTAINEM.

Opublikowano americana | Otagowano ,

LIMA. Dzien drugi.

Dzis bylo fajnie. Fajnie. Fajnie – to dziwne slowo wlasciwie. Obudzilem sie – zadna niespodzianka, znow sie powtarzam, ale zasob moich slow jest niewielki. WIec jak wspomnialem udalo mi sie wstac. Godzina 10. Angie zrobila sniadanie. Przeszdl Izraelczyk. Duzy ciemny Zyd z marijuanowym usmiechem. Probowal dodzwonic sie aby zmienic swoj bilet do Columbii. Cos mu sie nie udawalo. Wyszedl i wrocil z goracym ciastem jablkowym. 4 kawalki. Dla 4 osob. Aa! No bo przyszla wlasnie Katie, ktora odwiedza czesto dom Mauro i Milagros aby gadac po angielsku z gringos. Angie i Katie – to bardzo nietypowe imiona jak na Peruwianki. Ale taka tu teraz maja mode. U nas tez tak niedlugo bedzie. Zamiast Jana bedzie Dzon. Zreszta ja i tak zmieniam sobie nazwisko na bartpogoda.net. Ciekawe tylko czy kropka w srodku liczy sie jako drugie imie? NO wlasnie- czy drugie imie sie przyda? Bo moi starzy nie wymyslili mi drugiego – wlasciwie to sie nawet z tego ciesze. Mniej komplikacji w zyciu. Znam tez osoby ktore uzywaja drugiego zamiast pierwszego – i sa to raczej kobiety. Widomo bo sa zmienne, jak pogoda. Pogoda. Mam natomiast trzecie imie z bierzmowania – ale musze poszperac w papierach jak wlasciwie ono brzmi, bo zapomnialem…

Ruszylem wiec plaza. 5 kilometrow. Mgla i smog gdzies znikly. Znak ze wiosna nadeszla. Niebo zrobilo sie blekitne a slonce usmiechalo sie za krzaka. Zakupilem u ulicznika (ulicznego sprzedawcy) 5 mandarynek – klocac sie klasycznie o cene. Klotnia z rana i juz jestem w dobrym nastroju. Idac tak doszedlem do dzielnicy Barranco. Niska zabudowa, artysci i dziwki, chinskie knajpy, leniwa atmosfera. Kupilem sobie krotkie spodenki do surfowania. Ladny wydatek – ale sie przydadza, nie moge sie przeciez kapac caly czas w majtach… Czy zamieniam sie w surfera? Na razie surfuje po internecie, ale dzis spedzilem z dwie godziny obserwujac zmagania kolesi z brudnymi falami rozbijacymi sie o brzegi Limy.

Zrobilem tez pare zdjec…

I wywyolalem 15 negatowow i slajdow. Da sie patrzec. Zobaczymy co z tego bedzie.

Mam jeszcze 10 dni w Peru. W tym pewnie z 4 w Limie. Bo mi sie tu calkiem podoba. Wiekszosci sie nie podoba i dlatego wszyscy uciekaja. Ale ja czasem lubie wielkie miasta. Labirynt ulic. Jak gra komputerowa. Co bedzie za rogiem? No i tyle tematow do fotografowania.

Opublikowano americana | Otagowano

Royale with Cheese

Miraflores. Dzielnica? Przedmiescia? Wlasciwie nie wiem jak to nazwac. Bo to praktycznie centrum LIMY. Dawny srodek miasta mocno podupadl. Piekne kamienice zamienily sie w ruine, brakowalo kasy na remont. Do tego zlodziejstwo, kriminalki, syf, brud.

Miraflores. Hotele, banki, wielkie firmy, McDonaldy, restauracje, drogie samochody, kina. Ameryka, panie, Ameryka. Tyle ze poludniowa. Ze swoim rytmem, muzyka, kobietami, zapachem. Jeden wielki, kulturowy MIX.

Godzina pozna, 22. Barrio tetni zyciem. Ludzie wychodza z kina. Ida na kawe. A potem party.

Kino – no wlasnie. Dzis wieczorek filmowy. AI i Pamietnik Bridget Jones.

AI – Artifical Intelligence, czyli SZTUCZNA INTELIGENCJA. Pierwotnie film nakrecic mial Stanley Kubrick. Zbieral kase i sily az w koncu zszedl. Scenariusz odziedziczyl wiec Steven Spielberg. Czy z dobrym skutkiem? Nie wiem. Nie jestem Kaluzunski czy inny Szczerba. Jestem widzem. I widze co widze. Smutny rzecz – czy w tym kierunku zmierza nasz swiat?. Cybernetyczny Pinokio naszych zerojedynkowych czasow. Oglada sie dobrze. Pomysly zaskakuja, efekty rowniez. Jest rytm. Ale w pewnym momencie cos sie chrzani. Trudno rzec co – ale wyczuwasz to mimowolnie. Ale nalezy isc i zobaczyc.

Bridget natomiast – rewelacja. Tu sie rozwodzic nie bede.

Czekam na WLADCE PIERSCIENI. Juz w grudniu na ekranach twoich kin. Ale tylko w Ameryce. tej poludniowej tez…

McDonald – mam pomysl na powiesc, film, opowiadanie. Cokolwiek. O znawcy kuchni macdonaldowej, podrozujacym po calym swieci i opisujacym ludzi, zwyczaje, „potrawy” i klimat w knajpach glupiego klauna Ronalda McDonalda (idiotyczna postac i debilne imie, ale nie mi sadzic). Mottem bylaby rozmowa Julesa i Vincenta z PULP FICTION


VINCENT: In Paris, you can buy beer at MacDonald’s. Also, you know what they call a Quarter Pounder with Cheese in Paris?
JULES: They don’t call it a Quarter Pounder with Cheese?
VINCENT: No, they got the metric system there, they wouldn’t know what the fuck a Quarter Pounder is.
JULES: What’d they call it?
VINCENT: Royale with Cheese.
JULES: Royale with Cheese. What’d they call a Big Mac?
VINCENT: Big Mac’s a Big Mac, but they call it Le Big Mac.
*

McDonald to kosmos. Sztuczna rzeczywistosc. Nie wazne gdzie jestes – Pekin, Nowy Jork, Warszawa, Berlin czy Lima. Mac jest wszedzie taki sam. Wytyczne, zasady – dyktowane przez faszystowski management w USA. Ta sama muza, czysty w miare kibel, mozesz siedziec ile chcesz, zarcie to same. Rewelacyjne lody i szejki. Czasem jakis narodowy akcent – np McPapas – ziemniaczki na modle peruwianska lub tez McWieprz – czyli polski kotlet.

W limie zestaw kosztuje 13 soli. Nie, dziekuje – za ta sume moge zjesc cos porzadnego w restauracji.

 

Opublikowano americana | Otagowano

CZYM SOBIE…

… Polacy zasluzyli na taka opinie? Czy jestesmy narodem pijaczkow? Czy spozywamy kazdy alkohol w zasiegu reki? Nie znamy umiaru? Kochamy wodki, piwa, wina, likiery, czekoladki z nadzieniem, syroopki, wode brzozowa, koniaki, samogony, smirnofy i absolutne finlandie? Nigdy nie odmawiamy? Mamy glowy jak setka ruskich alkoholikow? I zawsze pijemy do konca?

Sam nie wiem. Ale od poczatku podrozy, kazdy (prawie) co sie ze mna styka ma takie wyobrazenie. Wychodzi to po paru zdaniach. POLSKA – Papa, Papiez, Wodka – tylko gdzie jest ta Polska? Aaa.. w Rosji!

Scenka z ulicy. Lima. Godzina 13:56. Miraflores.

Idem sem. Jem mandarynkie. Az tu nagle zaczepia mnie koles z drugim kolesiem. Dobrze ubrani i odzywieni. Skad jestem, gdzie jade. Skad do cholery znam hiszpanski. Klasyka. Gdy odpowiadam zem z Polski szeroki usmiech rozjasnia wasata gebe obywatela.

– Yak sze masz !! – wydusil z siebie. I po chwili z plastikowej torebki wyciagnal NAPOCZETA BUTELKE WHISKEY. Napijmy sie, bracie z POLSKI!.

Zatkalo mnie. Srodek dnia. Dwoch kolesi, ktorzy chca sie napic i widza we mnie idealnego towarzysza.

– No gracias. Biore antybiotyki. – sklamalem jak pies.

Opublikowano americana | Otagowano

LIMA. Dzien Pierwszy.

W autobusie smierdzialo jak w sklepie sportowym z lat 80tych z chinskimi trampkami (moje ulubione – oddalbym konia z krolestwem za pare ;)). Jedna nie zatkana dziurka nosa wyczuwalem tez kupe niemowlaka. Bylo przyjemnie. Dosc. Zamiast pojechac autbusem klasy ROYAL o 17stej (za 35 soles) – uderzylem o 19stej za 10 soli.

Tak wiec w autobusie smierdzialo, jak juz wspomnialem. Zarzucilem sobie MD -ze skladanka jaka zrobilem w Arequipie. IMAGINE – John Lennon. Dobra (Imagine all the people
living life in peace), ateistyczna (Imagine there’s no heaven), utopijna i komunistyczna (Imagine no possesions) piosenka o globalizacyjnym zacieciu (Imagine there’s no countries). Dlugie wlosy, okragle okularki, broda i palce delikatnie muskajace klawisze bialego fortepianu. Imagine…

Lima. Swiatla wielkiego miasta przebudzily mnie z dosc dziwnego snu.

Taxi z 8 soli z centrum do dzielnicy Miraflores. Lima na pierwszy rzut oka wydaje sie rzeczywiscie olbrzmia, osnuta smogiem, dziwna mgla, odpadkami. Brudne ulice i odrapane domy. Podoba mi sie – lubie destrukcje i dezorganizacje. Taksowkarz oddycha ciezko i chrobocze – snuje opowiesc ile to mieszkancow moze miec LIMA i jak wielka jest. W tym momemcie posunal sie do stwierdzenia ze mieszka tu okolo 12 milionow ludzi. Polowa Peru. Nie wiem co o tym myslec – jestem zmeczony.

Backpackers Home. Normalny prywtany dom z pokojami dla turystow. Mieszka sobie w nim 7 osobowa rodzinka Mauro i Milagros. Dostalem w pokoj w starej garderobie. Garniutry, suknie z imprez, i platiskowy kosciotrup. Mam tez balkon. W sasiednim pokoju dzieciaki spia na kupie jeden na drugim – a TV rzuca niebieska poswiate. Spokojnie.

Ciezko bylo wstac. Taa dobrze sie spalo. Schodze na dol. Przy stole surfer z Argentyny. Splowiale wlosy, czerwona twarz i tysiace morskich fal przecietych deska surfingowa. Spoko koles – poleca mi swietne miejsce w Ekwadorze – wlasnie zaczal sie sezon – tam moge sie uczyc. NO PEWNIE!!! 2 tyg. surfujac w EKWADORZE. Mysle ze to n i e z l y POMYSL!! :)))

Oporcz mnie jest 3 z Izraela, koles z Hiszpanii.

Jade do Ambasady Kolumbii. Wynik rozmow z biurokratycznym palantem. Polska – Kolumbia 0:1. Przyczepili sie do 10 rzeczy. W szczegolnosci do biletu. Ze niby nie mam biletu wylotowego z Kolumbii. I nie mam czekow podrozycych. I moj wujek nie jest szefem Kartelu z Medelin. No i w ogole bo byl juz koniec pracy i nie chcialo im sie ze mna gadac. Kij wam w odbyt. Dam sobie jakos rade. W koncu urzednicy na granicy zwykle lykaja jak mlode pelikany. Lapowke mam na mysli oczywiscie.

Nic to. Czeka mnie pare dni w Limie. Kino. Pizza Hut (!!! W koncu!!! hehehe). Jazz Cluby w barranco…

Opublikowano americana | Otagowano

ZMECZENIE

Nadeszlo dzis. Chyba czas sie zatrzymac na chwile. Pomyslec. Usiasc. Napisac cos madrego. Pstryknac pare niezlych fot. Zrobic cos.

Wozili me cialo dzis motorowka, autobusem, kazali gdzies isc i ogladac.

Pisco. Paracas. Lwy morskie. Delfiny. Kormorany i Pelikany. Miliony zwierzakow i bryza morska. Wszystko pieknie i wspaniale. Ale…. Bart chce spac.

Jeszcze 12 dni w Peru. Potem konczy sie wiza i trza jechac na polnoc. Ekwador, LOcombia, Wenezuela. Juz 3 miesiace minely. I co dalej?

Dzis wsiadam w autbus i jade do malej wioseczki na wybrzezu OCEANU. Mieszkaja tam czarni Peruwianczycy, potomkowie niewolnikow. Goraca muza, afrykanskie rytmy, upal, brudny hotelik. Tego sie spodziewam. Czyzby?

a jednak sie rozmyslilem – jade do Limy, bo tam jest chyba gorzej i brzydziej. Poza tym musze Kolumbijska wize zalatwic – mam pare spraw do zalatwienia z pewnym kartelem.

lwy1

lwy2

lwy3

catedral

islas_ballestas

fabryka_guano

banda_grubego

bart_catedral

candelabro

carlos

Opublikowano americana | Otagowano

SANBOARDING

Sandboarding – deska przytwierdzona do nog dwoma rzepami. Krotka i ciezka. Trza smarowac woskiem – aby predkosc przyzwoita uzyskac. Ale trza robic co dwa zjazdy. Jezeli ma sie sily na drugi zjazd. Bo najpierw wchodzisz zapadajac sie w piachu, wysoko, tam gdzie zaczyna sie niebo. Piasek wchodzi wszedzie – potem pod prysznicem wydlubuje drobinki z kazdej dziury w jaka wyposazono moje cialo. Technika jazdy calkiem inna niz w SNOWBOARDINGU. Ale generalnie filozofia ta sama. Tak samo siedzisz na tylko i gapisz sie w slonce, aby chwile potem posuwac w dol. I znow w gore.

Wydmy wysoki na 200-300 metrow otaczaja niewielka oaze 5 km od Iki. HUACACHINA. Calkiem niesamowite miejsce. Posrodku oazy jezioro, ktore kiedys bylo blekitne. Tubylcy w brazowej i brudnej wodzie mocza tylki przez pol dnia. Kraze tam i owdzie – co chwile oferuja mi taxi, wode czy tez rozmiekla w sloncu czekolade. Normalnych sklepow nie uswiadczysz – ale wszedzie chca pozyczyc ci sandboarda za 3 sole/godzina.

Slonce oslepia przez caly dzien. Gdy zachodzi, osnuwa je chmura piasku. Swiatlo robi sie mleczne – jakby zmiekczone przez naturalny filtr fotograficzny. Wiatr roznosi wokolo setki platikowych toreb i smieci. Tak to juz jest tu w Amercyce Lacinskiej – kazdy kladzie na to lache. Male postaci z deskami, z trudem wspinajacych sie na najwyzsza z diun. Tylko po to aby odbyc jeden zjazd i najesc sie piachu. Ponoc to dobre na zoladek.

Hotel za 15 soli. Z basenem i barem w ogrodzie. Diuna ropoczyna sie 10 metrow od zabudowan. Z glosnikow Manu:

te espero simepre mi amor
cada hora, cada dia
cada minuto que yo viva…
te espero siempre mi amor…
te quiero… siempre
mi amor…
se que un dia… volveras…
no me olvido y te quiero…

Arabska wioska z latynoskim klimatem rzucona gdzies pomiedzy puruwianskie piaski. Manana, relaks, hamak i ksiazka RIVERSIDE Rotha…

bart_jump

bart_vs_brytania

bartassss

lucy_jump

oaza1

perro1

sb1

sb2

sb3

sb5

sb6

sb8

sb9

sb10

sb11

sb12

sb13

sb14

wyciag1

wyciag2

Opublikowano americana | Otagowano