Archiwa tagu: peru

LIMA. Dzien drugi.

Dzis bylo fajnie. Fajnie. Fajnie – to dziwne slowo wlasciwie. Obudzilem sie – zadna niespodzianka, znow sie powtarzam, ale zasob moich slow jest niewielki. WIec jak wspomnialem udalo mi sie wstac. Godzina 10. Angie zrobila sniadanie. Przeszdl Izraelczyk. Duzy ciemny Zyd z marijuanowym usmiechem. Probowal dodzwonic sie aby zmienic swoj bilet do Columbii. Cos mu sie nie udawalo. Wyszedl i wrocil z goracym ciastem jablkowym. 4 kawalki. Dla 4 osob. Aa! No bo przyszla wlasnie Katie, ktora odwiedza czesto dom Mauro i Milagros aby gadac po angielsku z gringos. Angie i Katie – to bardzo nietypowe imiona jak na Peruwianki. Ale taka tu teraz maja mode. U nas tez tak niedlugo bedzie. Zamiast Jana bedzie Dzon. Zreszta ja i tak zmieniam sobie nazwisko na bartpogoda.net. Ciekawe tylko czy kropka w srodku liczy sie jako drugie imie? NO wlasnie- czy drugie imie sie przyda? Bo moi starzy nie wymyslili mi drugiego – wlasciwie to sie nawet z tego ciesze. Mniej komplikacji w zyciu. Znam tez osoby ktore uzywaja drugiego zamiast pierwszego – i sa to raczej kobiety. Widomo bo sa zmienne, jak pogoda. Pogoda. Mam natomiast trzecie imie z bierzmowania – ale musze poszperac w papierach jak wlasciwie ono brzmi, bo zapomnialem…

Ruszylem wiec plaza. 5 kilometrow. Mgla i smog gdzies znikly. Znak ze wiosna nadeszla. Niebo zrobilo sie blekitne a slonce usmiechalo sie za krzaka. Zakupilem u ulicznika (ulicznego sprzedawcy) 5 mandarynek – klocac sie klasycznie o cene. Klotnia z rana i juz jestem w dobrym nastroju. Idac tak doszedlem do dzielnicy Barranco. Niska zabudowa, artysci i dziwki, chinskie knajpy, leniwa atmosfera. Kupilem sobie krotkie spodenki do surfowania. Ladny wydatek – ale sie przydadza, nie moge sie przeciez kapac caly czas w majtach… Czy zamieniam sie w surfera? Na razie surfuje po internecie, ale dzis spedzilem z dwie godziny obserwujac zmagania kolesi z brudnymi falami rozbijacymi sie o brzegi Limy.

Zrobilem tez pare zdjec…

I wywyolalem 15 negatowow i slajdow. Da sie patrzec. Zobaczymy co z tego bedzie.

Mam jeszcze 10 dni w Peru. W tym pewnie z 4 w Limie. Bo mi sie tu calkiem podoba. Wiekszosci sie nie podoba i dlatego wszyscy uciekaja. Ale ja czasem lubie wielkie miasta. Labirynt ulic. Jak gra komputerowa. Co bedzie za rogiem? No i tyle tematow do fotografowania.

 Korbinian Holzer Womens Jersey

Opublikowano americana | Otagowano

Royale with Cheese

Miraflores. Dzielnica? Przedmiescia? Wlasciwie nie wiem jak to nazwac. Bo to praktycznie centrum LIMY. Dawny srodek miasta mocno podupadl. Piekne kamienice zamienily sie w ruine, brakowalo kasy na remont. Do tego zlodziejstwo, kriminalki, syf, brud.

Miraflores. Hotele, banki, wielkie firmy, McDonaldy, restauracje, drogie samochody, kina. Ameryka, panie, Ameryka. Tyle ze poludniowa. Ze swoim rytmem, muzyka, kobietami, zapachem. Jeden wielki, kulturowy MIX.

Godzina pozna, 22. Barrio tetni zyciem. Ludzie wychodza z kina. Ida na kawe. A potem party.

Kino – no wlasnie. Dzis wieczorek filmowy. AI i Pamietnik Bridget Jones.

AI – Artifical Intelligence, czyli SZTUCZNA INTELIGENCJA. Pierwotnie film nakrecic mial Stanley Kubrick. Zbieral kase i sily az w koncu zszedl. Scenariusz odziedziczyl wiec Steven Spielberg. Czy z dobrym skutkiem? Nie wiem. Nie jestem Kaluzunski czy inny Szczerba. Jestem widzem. I widze co widze. Smutny rzecz – czy w tym kierunku zmierza nasz swiat?. Cybernetyczny Pinokio naszych zerojedynkowych czasow. Oglada sie dobrze. Pomysly zaskakuja, efekty rowniez. Jest rytm. Ale w pewnym momencie cos sie chrzani. Trudno rzec co – ale wyczuwasz to mimowolnie. Ale nalezy isc i zobaczyc.

Bridget natomiast – rewelacja. Tu sie rozwodzic nie bede.

Czekam na WLADCE PIERSCIENI. Juz w grudniu na ekranach twoich kin. Ale tylko w Ameryce. tej poludniowej tez…

McDonald – mam pomysl na powiesc, film, opowiadanie. Cokolwiek. O znawcy kuchni macdonaldowej, podrozujacym po calym swieci i opisujacym ludzi, zwyczaje, „potrawy” i klimat w knajpach glupiego klauna Ronalda McDonalda (idiotyczna postac i debilne imie, ale nie mi sadzic). Mottem bylaby rozmowa Julesa i Vincenta z PULP FICTION


VINCENT: In Paris, you can buy beer at MacDonald’s. Also, you know what they call a Quarter Pounder with Cheese in Paris?
JULES: They don’t call it a Quarter Pounder with Cheese?
VINCENT: No, they got the metric system there, they wouldn’t know what the fuck a Quarter Pounder is.
JULES: What’d they call it?
VINCENT: Royale with Cheese.
JULES: Royale with Cheese. What’d they call a Big Mac?
VINCENT: Big Mac’s a Big Mac, but they call it Le Big Mac.
*

McDonald to kosmos. Sztuczna rzeczywistosc. Nie wazne gdzie jestes – Pekin, Nowy Jork, Warszawa, Berlin czy Lima. Mac jest wszedzie taki sam. Wytyczne, zasady – dyktowane przez faszystowski management w USA. Ta sama muza, czysty w miare kibel, mozesz siedziec ile chcesz, zarcie to same. Rewelacyjne lody i szejki. Czasem jakis narodowy akcent – np McPapas – ziemniaczki na modle peruwianska lub tez McWieprz – czyli polski kotlet.

W limie zestaw kosztuje 13 soli. Nie, dziekuje – za ta sume moge zjesc cos porzadnego w restauracji.

Czas chyba spac… nieprawdaz?

 Garrett Celek Womens Jersey

Opublikowano americana | Otagowano

CZYM SOBIE…

… Polacy zasluzyli na taka opinie? Czy jestesmy narodem pijaczkow? Czy spozywamy kazdy alkohol w zasiegu reki? Nie znamy umiaru? Kochamy wodki, piwa, wina, likiery, czekoladki z nadzieniem, syroopki, wode brzozowa, koniaki, samogony, smirnofy i absolutne finlandie? Nigdy nie odmawiamy? Mamy glowy jak setka ruskich alkoholikow? I zawsze pijemy do konca?

Sam nie wiem. Ale od poczatku podrozy, kazdy (prawie) co sie ze mna styka ma takie wyobrazenie. Wychodzi to po paru zdaniach. POLSKA – Papa, Papiez, Wodka – tylko gdzie jest ta Polska? Aaa.. w Rosji!

Scenka z ulicy. Lima. Godzina 13:56. Miraflores.

Idem sem. Jem mandarynkie. Az tu nagle zaczepia mnie koles z drugim kolesiem. Dobrze ubrani i odzywieni. Skad jestem, gdzie jade. Skad do cholery znam hiszpanski. Klasyka. Gdy odpowiadam zem z Polski szeroki usmiech rozjasnia wasata gebe obywatela.

– Yak sze masz !! – wydusil z siebie. I po chwili z plastikowej torebki wyciagnal NAPOCZETA BUTELKE WHISKEY. Napijmy sie, bracie z POLSKI!.

Zatkalo mnie. Srodek dnia. Dwoch kolesi, ktorzy chca sie napic i widza we mnie idealnego towarzysza.

– No gracias. Biore antybiotyki. – sklamalem jak pies.

 Bud Dupree Jersey

Opublikowano americana | Otagowano

LIMA. Dzien Pierwszy.

W autobusie smierdzialo jak w sklepie sportowym z lat 80tych z chinskimi trampkami (moje ulubione – oddalbym konia z krolestwem za pare ;)). Jedna nie zatkana dziurka nosa wyczuwalem tez kupe niemowlaka. Bylo przyjemnie. Dosc. Zamiast pojechac autbusem klasy ROYAL o 17stej (za 35 soles) – uderzylem o 19stej za 10 soli.

Tak wiec w autobusie smierdzialo, jak juz wspomnialem. Zarzucilem sobie MD -ze skladanka jaka zrobilem w Arequipie. IMAGINE – John Lennon. Dobra (Imagine all the people
living life in peace), ateistyczna (Imagine there’s no heaven), utopijna i komunistyczna (Imagine no possesions) piosenka o globalizacyjnym zacieciu (Imagine there’s no countries). Dlugie wlosy, okragle okularki, broda i palce delikatnie muskajace klawisze bialego fortepianu. Imagine…

Lima. Swiatla wielkiego miasta przebudzily mnie z dosc dziwnego snu.

Taxi z 8 soli z centrum do dzielnicy Miraflores. Lima na pierwszy rzut oka wydaje sie rzeczywiscie olbrzmia, osnuta smogiem, dziwna mgla, odpadkami. Brudne ulice i odrapane domy. Podoba mi sie – lubie destrukcje i dezorganizacje. Taksowkarz oddycha ciezko i chrobocze – snuje opowiesc ile to mieszkancow moze miec LIMA i jak wielka jest. W tym momemcie posunal sie do stwierdzenia ze mieszka tu okolo 12 milionow ludzi. Polowa Peru. Nie wiem co o tym myslec – jestem zmeczony.

Backpackers Home. Normalny prywtany dom z pokojami dla turystow. Mieszka sobie w nim 7 osobowa rodzinka Mauro i Milagros. Dostalem w pokoj w starej garderobie. Garniutry, suknie z imprez, i platiskowy kosciotrup. Mam tez balkon. W sasiednim pokoju dzieciaki spia na kupie jeden na drugim – a TV rzuca niebieska poswiate. Spokojnie.

Ciezko bylo wstac. Taa dobrze sie spalo. Schodze na dol. Przy stole surfer z Argentyny. Splowiale wlosy, czerwona twarz i tysiace morskich fal przecietych deska surfingowa. Spoko koles – poleca mi swietne miejsce w Ekwadorze – wlasnie zaczal sie sezon – tam moge sie uczyc. NO PEWNIE!!! 2 tyg. surfujac w EKWADORZE. Mysle ze to n i e z l y POMYSL!! :)))

Oporcz mnie jest 3 z Izraela, koles z Hiszpanii.

Jade do Ambasady Kolumbii. Wynik rozmow z biurokratycznym palantem. Polska – Kolumbia 0:1. Przyczepili sie do 10 rzeczy. W szczegolnosci do biletu. Ze niby nie mam biletu wylotowego z Kolumbii. I nie mam czekow podrozycych. I moj wujek nie jest szefem Kartelu z Medelin. No i w ogole bo byl juz koniec pracy i nie chcialo im sie ze mna gadac. Kij wam w odbyt. Dam sobie jakos rade. W koncu urzednicy na granicy zwykle lykaja jak mlode pelikany. Lapowke mam na mysli oczywiscie.

Nic to. Czeka mnie pare dni w Limie. Kino. Pizza Hut (!!! W koncu!!! hehehe). Jazz Cluby w barranco…
 Cam Talbot Authentic Jersey

Opublikowano americana | Otagowano

ZMECZENIE

Nadeszlo dzis. Chyba czas sie zatrzymac na chwile. Pomyslec. Usiasc. Napisac cos madrego. Pstryknac pare niezlych fot. Zrobic cos.

Wozili me cialo dzis motorowka, autobusem, kazali gdzies isc i ogladac.

Pisco. Paracas. Lwy morskie. Delfiny. Kormorany i Pelikany. Miliony zwierzakow i bryza morska. Wszystko pieknie i wspaniale. Ale…. Bart chce spac.

Jeszcze 12 dni w Peru. Potem konczy sie wiza i trza jechac na polnoc. Ekwador, LOcombia, Wenezuela. Juz 3 miesiace minely. I co dalej?

Dzis wsiadam w autbus i jade do malej wioseczki na wybrzezu OCEANU. Mieszkaja tam czarni Peruwianczycy, potomkowie niewolnikow. Goraca muza, afrykanskie rytmy, upal, brudny hotelik. Tego sie spodziewam. Czyzby?

a jednak sie rozmyslilem – jade do Limy, bo tam jest chyba gorzej i brzydziej. Poza tym musze Kolumbijska wize zalatwic – mam pare spraw do zalatwienia z pewnym kartelem.

lwy1

lwy2

lwy3

catedral

islas_ballestas

fabryka_guano

banda_grubego

bart_catedral

candelabro

carlos

 Ty Sambrailo Jersey

Opublikowano americana | Otagowano

SANBOARDING

Sandboarding – deska przytwierdzona do nog dwoma rzepami. Krotka i ciezka. Trza smarowac woskiem – aby predkosc przyzwoita uzyskac. Ale trza robic co dwa zjazdy. Jezeli ma sie sily na drugi zjazd. Bo najpierw wchodzisz zapadajac sie w piachu, wysoko, tam gdzie zaczyna sie niebo. Piasek wchodzi wszedzie – potem pod prysznicem wydlubuje drobinki z kazdej dziury w jaka wyposazono moje cialo. Technika jazdy calkiem inna niz w SNOWBOARDINGU. Ale generalnie filozofia ta sama. Tak samo siedzisz na tylko i gapisz sie w slonce, aby chwile potem posuwac w dol. I znow w gore.

Wydmy wysoki na 200-300 metrow otaczaja niewielka oaze 5 km od Iki. HUACACHINA. Calkiem niesamowite miejsce. Posrodku oazy jezioro, ktore kiedys bylo blekitne. Tubylcy w brazowej i brudnej wodzie mocza tylki przez pol dnia. Kraze tam i owdzie – co chwile oferuja mi taxi, wode czy tez rozmiekla w sloncu czekolade. Normalnych sklepow nie uswiadczysz – ale wszedzie chca pozyczyc ci sandboarda za 3 sole/godzina.

Slonce oslepia przez caly dzien. Gdy zachodzi, osnuwa je chmura piasku. Swiatlo robi sie mleczne – jakby zmiekczone przez naturalny filtr fotograficzny. Wiatr roznosi wokolo setki platikowych toreb i smieci. Tak to juz jest tu w Amercyce Lacinskiej – kazdy kladzie na to lache. Male postaci z deskami, z trudem wspinajacych sie na najwyzsza z diun. Tylko po to aby odbyc jeden zjazd i najesc sie piachu. Ponoc to dobre na zoladek.

Hotel za 15 soli. Z basenem i barem w ogrodzie. Diuna ropoczyna sie 10 metrow od zabudowan. Z glosnikow Manu:

te espero simepre mi amor
cada hora, cada dia
cada minuto que yo viva…
te espero siempre mi amor…
te quiero… siempre
mi amor…
se que un dia… volveras…
no me olvido y te quiero…

Arabska wioska z latynoskim klimatem rzucona gdzies pomiedzy puruwianskie piaski. Manana, relaks, hamak i ksiazka RIVERSIDE Rotha…

bart_jump

bart_vs_brytania

bartassss

lucy_jump

oaza1

perro1

sb1

sb2

sb3

sb5

sb6

sb8

sb9

sb10

sb11

sb12

sb13

sb14

wyciag1

wyciag2

 Vladimir Sobotka Jersey

Opublikowano americana | Otagowano

NAZCA

Wylonili sie z pojazdu jak obcy z BLISKICH SPOTKAN 3 STOPNIA, w mroku nocy i swiatlach autobusu. Mezczyzni, kobiety, dzieci i bialy pies. Ciemne twarze, ani slowa, milczenie, siusiu. Nikt nie bedzie placil 50 cent. za kibel. Mezczyzni zostawiaja mokre plamy gdzie popadnie, starsze kobiety kucaja i siur jak ze dzbana. Zero zenady. Mala przykucnieta postac odziana w kolorowe suknie, oddajaca mocz.

Bus zatrzymal sie na kolacje. Wczesniej pasazerowie ogladneli film tragiczno/katastroficzno/himalaistyczny z Iza Skorupko. Ladne zdjecia, pare zamrozonych trupow, odechcialo mi sie chodzenia w gory. Potem zapodalem sobie Massive Attack a kierowca zapodal Blekitna LAgune z Brook Shields.. hheeheh… z takim soundtrakiem to sie nawet da ogladac.

4 rano. NAZCA. Wyskakuje z autobusu. A hotel znajduje mnie sam. Tzn. jego wlasciciel. Rozmowa

– Hotel, przyjacielu
– Taa.. a ile?
– 10 soli, jestes z Czechoslowacji?

przepraszam czy ja mam dlugie wlosy z tylu, wasik, sandaly i biale skarpetki

– nie …z Polski
– A POLSKA – koles slowo POLSKA, wymawia bezblednie – a tu mam samochod, pojedziemy do hotelu.
– Nigdzie nie wsiadam, mozemy ewentualnie pojsc. Zreszta skad mam wiedziec ze jestes wlascicielem hotlu

Koles patrzy z dziwiony, tak jakby slowo BOSS i WLASCICIEL mial wymalowane na twarzy…

Hotel. Spie 3 godziny. Ktos wali w drzwi o 7.30.

HEj ! POlak, wstawaj, chcesz polatac samolotem/?

Doprawdy dziwna pobudka. Ubieram majty i otwieram drzwi. Maly , ciemny czlowieczek z bialym usmiechem szefa agencji turstyczniej. Oferuje mi lot nad NAZCA. 50$ – mowi.

Zamykam mu drzwi przed nosem i juz mam isc dalej spac. Ponownie puka.

Ok. mister. 45.

Nie ma mowy – 25 – mowi

W koncu stanelo na 35$.

Lotnisko. Male, na srodku pustynii, male awionetki na pilota i 5 pasazerow startuja co chwile. Oporcz mnie leca CZESI !! i Szwajcar- to juz wiem czemu sie pytal rano czy jestem Czechem.

Zasiadam kolo pilota i fruu…. Lekki samolocik podrywa sie do gory. LEcim. Po chwili oczom ukazuja sie te slynne rysunki na pystynii. Nie widoczne z ziemi – widoczne z powietrza. Koliber, astronauta, pajak, kondor, malpa etc. Czeszka z tylu prawie puszcza pawia. Wlasnie, powinni narysowac tez pawia.

Ladujemy. Nie mam kasy. Bankomat nie dziala. Mam 6 soli. 5 place za autobus do miasta ICA. Po dlugim poszukiwaniu w koncu udaje mi sie wyciagnac kase. JESTEM ZNOW NA PUSTYNII. Najwieksze diuny swiata. Oazy posrod pomarnczowych piaskow i sandboard. 2 dni nicnierobienia. Mam ksiazke od Marty i Kuby z Poznania, ktorych wczoraj spotkalem. Bardzo fajni ludzie, pozdrawiam serdecznie, wracajacie szczesliwie do Polszy.

nazca1

nazca2

nazca3

nazca4

nazca5

PS.

To nie koniec opowiesci o liniach z NAZCA. po prostu nic nie jadlem od 16 godzin…. spadam schrupac swinke morska.
 Ryan Miller Womens Jersey

Opublikowano americana | Otagowano

FOTY – KANION COLCA i AREQUIPA

Colonial Tours schrzanil sprawe. Nie wiadomo czemu znalazlem sie w autobusie z 2 emerytami z Hiszpanii i ich 40 letnim synkiem, lysym francuskim grafikiem i jego hiszpanska zona, zapijaczonym Irlandczykiem z brzydka narzeczona (a moze to byla siostra, bo miala podobny uklad pryszczy co on), 2 Amerykanow (ona Szwedka z pochodzenia, on Rumun, oboje lat 60 – sceptyczni packagetourowi obiezyswiaty). Byli jeszcze Belgowie z glosnobelkoczacym ogromnym czerwonotwarzym kolesiem. To na pewno nie byla grupa trekingowa. I tak w milym towarzystwie uplynela mi podroz do Chivay. Obiadek. Wszyscy grzecznie siadaja do zupki. Szanowna wycieczko umawiamy sie o 3. Tak jest prosze pana przewodnika. Obojetnosc. Mam ich w dupie. Wszystko przez moje lenistwo i zamieszanie na informacji. Dlatego nie wybralem sie sam do Kanionu Colca. A teraz mam za swoje. Musze sluchac narzekania co nie ktorych panstwa, skrzeczenia przewodnika. Drugi autobus – ten wlasciwy – to autobus z przeznaczony dla TREKKINGOWCOW. Zarty. Jaki treking, ktos mnie w ch. zrobil chyba. 2 godziny spacerku gdzie po wertepach. Owszem ladne widoki. Ale zero hardkoru. Przede mna kroczy waszmosc. Swterek, koszulka w drobniutka krate i szaliczek z widczona metka PIERD KARDEN. Wkurzam sie na ekipe i ruszam sam do przodu. Po 2 godzinach ogladania obrazkow z zycia wsi, znow pakuja nas do autobusu i zawoza na specjalne baseny z lecznicza woda. Ulga. Mocze korpus, ksiezyc w gorze. No… powiedzmy jest przyjemnie. Ale jakos mieszczansko i strasznie turystczynie.

W Chivay znajduje polskie slady – KAJAK – jednego z czlonkow ekipy z 1979 oraz czerwonego fiata kombi 125p!!

w 1979 polska ekipa po raz pierwszy splynela kajakami kanionem Colca. Polacy (Piotr Chmielinski i ska) na stale weszli do historii, odkryli tymsamym ten region dla turystyki. Dostali takze honotowe obywatlstwo Arequipy. Calujta ich po stopach, Peruwiance – macie gringos, turystow, pieniadze.

Siedze w pubie irlandzikim. Jest zielono i rowniez taki jest stol bilardowy – tyle ma wspolnego z Irlandia. Brak Guinessa i innych tego typu plynow oporcz piwka lokalnego – strasznie drogiego. Z glosnikow The Cure. Zero ludzi – czasem sie zastanawiam jak te miejsca zarabiaja na siebie.

Poszedlem zobaczyc na fieste zoorganizowana dla turystow. Poszedlem tylko chyba po to aby sie dobic. I stalo sie tak. Wypilem pisco sour i po 3 kawalkach sie ulotnilem. Przygnebiajace widowisko w stylu PIOSENKI BIESIADNEJ. 4 kolesi przebranych w ludowe stroje, Mi corazon, serce sie kraje i moja milosc, piosenki takie, przyklaskujacy ladnie ubrani gringo. Rzygac mi sie chcialo. SpAAAAAC!!!

Dzien nastepny byl jeszcze bardziej zenujacy. Zastanawialem sie nawet czy nie wybrac sie do agencji po zwrot kasy. Mial byc „trekking” na drugi dzien. Takiego wala. POjechalismy na punkt widokowy Cruz del Condor. na 99,9% zobaczymy kondora – taaa.. fiu fiu. Ekipa siadla, lornetki, aparaty, kamery. Siedza, patrza, pluja. WOkolo tubylcy probuja wcisnac kocyk, czapeczke czy inny smiec. Kondorow ani widu ani sluchy. Przelatuje jaskolka, orla cien i to wsio. Po godzinie zbieramy sie. Ale zadnej wyprawy czy trekkingu. Brak miejsca dla mnie w autobusie. Przewodnik ubrany na modle warszawskiego dresiarza tylko glupio sie usmiecha. Eh…. zasypiam i budze sie w Arequipie.

To tyle. Generalnie szkoda gadac – cale te dwa dni byly bez sera… Trudno mi to nawet opisac. Pozostaja tylko ladne widokowki….

125p

cannabis

colca1

colca2

colca3

colca4

colca5

colca6

colca7

colca8

colca9

colca10

dzieciaki

kaktusy1

panorama

polski_kajak

w_szybie

PS.
W nastepnym odcinku profesor Dziwnoknurski posiedzi chwile w Arequpie a potem odleci aby spojrzec z gory na rysunki na plaskowyzu Nazca. yo
 Billy Price Authentic Jersey

Opublikowano americana | Otagowano

AREQUIPA / GOVINDA / MAJKEL DZORDAN

Spozycie mate do coca o 5 rano, na dworcu autobusowym w Arequipie, troche mnie pobudzilo. Pozegnalem sie z Marcelem (chyba juz po raz 4ty – 2 razy w Boliwii i 2 razy w Peru). Taxi za 3 sole i wspanialy wschod slonca. Wulkan El Misti (5822m) wspaniale prezentowal sie w promieniach porannego slonca. Pokrywa sniezna swiecila na czerwono…

Hotel za 10 soli, 4 godziny snu i miasto. Piekne, niska zabudowa, konieczna w tym tektonicznie podejrzanym regionie. Miasto kilkakrotnie doswiadczalo powaznych trzesien ziemi. Ostatnie w czerwcu tego roku. Wspanialy kosciol tuz przy Plaza de Armas nosi wyrazne slady gniewu Pachamamy. Zniszczona jedna z wiez, gruz przy wejsciu. Biale domy, zielone place, ostre slonce – paru cici probuje opchnac mi „oryginalne” rajbany za 20 soli.

Miasto Maria Vargasa LLosy, ktory po porazce z Fujimorim (tak a propos – parlament w Limie oskarzyl Japonca o zbrodnie przeciw ludzkosci, ale Japonia nie za bardzo chce go wydac), wyniosl sie do Hiszpanii.

Drugie najwieksze miasto w Peru. 1000000 geb do wykarmienia, polozone tuz przy Kanionie Colca, na wysokosci 2380. Doskonaly klimat i slonce przez caly rok.

Chyba jestem w ciazy bo wciaz chodze glodny ;))

Zachodze wiec do knajpy GOVINDA. Hare Kryszna. Hare Hare. Ajajajaj – zapomnialem juz jakie to wspaniale potrawy krysznowcy serwuja – znani takze z lysych glow i upodobania do koloru pomaranczowego oraz Adomasa ktory w pewnym etapie swojego pokreconego zycia – „zapisal” sie do tej organizacji. Nauczyl sie swietnie gotowac, dzieki czemu czasem stolowalem sie w jego mikroskopijnym pokoju w Klodzku. Potem Adomas zapragnal znow spozywac kurczaki i sie „wypisal” co OPISAL :))

W poszukiwaniu IGUANY – o to co mnie zastalo gdy wrocilem do hotelu. Kolo i laska z Argentyny rozpaczliwie poszukiwali swojego gada, ktory sie zbuntowal. Mam nadzieje ze nie odwiedzi mnie w nocu… NOC IGUANY.

Zakupilem wyprawe do Kanionu Colca + treking na dwa dni za 22$…

Wieczorem gdy siedzialem w chinskiej knajpie, chinczyk zapodal chinskie newsy prosto z kablowki: MAJKEL DZORDAN WROCIL DO NBA!! …. dobra wiadomosc na koniec dobrego dnia…

santac3

are4

santac1

are2

are3

bart_marta_kuba

santac7

santac6

bart_are

santac4

santac5

santac2

are1

szmata3

szmata2

szmata1

dworzec_4_rano
 Paul Kariya Womens Jersey

Opublikowano americana | Otagowano

CUZCO – AREQUIPA i slow pare o FOTOGRAFII

Kierowca autobusu podpisal pakt z szatanem. Po wertepach, dziurach, tuz nad przepascia, na wysokosci grubo powyzej 3000 pedzil jak szalony. Obudzilem sie w pewnym momencie, opatulony spiworem, i prawie rownoczesnie z Marcelem rzeklismy: jestesmy w piekle…
Cale szczescie pieklo trwalo 10 godzin (normalny autobus na trasie Cuzco – Arequipa jedzie 12!).

7 dni w Cuzco to troche czasu i gdyby nie ograniczenia czasowo-wizowe w Peru zostalbym tam dluzej.

Ostatnia noc i jedna z lepszych imprez w moim zyciu. Tego dnia zwiedzalem miasto. Konwent Swietej Katarzyny, pare ruin, ulica Loreto z typowym inkaskim murem. Wieczorem zaszedlem do Mama Africa, patrze a tu siedzi Marcel (ten z ludzi na Rio Mamore).

No stary, czesc, jak leci, co pracujesz?, gdzie, jak, w barze?, Ecces?, aaa marnie placa, 20 soli za noc?- ale fajne doswiadczenie, no co ty, impreza, dzis, tylko pomidorowa zjesz?, no w porzo, jezeli wszystko za darmo…

No i impreza. Generalnie nie ma co opisywac – bo znow sie odezwa glosy swietoszkow, ze tak nie ladnie etc. BYLO ZAJEBISCIE. Muza, drinki no i w ogole… ;) Muza – znow totalna mieszanka: Like a Prayer (moj ulubiony utwor Madonny z osiemdziestatych), chwile potem No women no cry w wersji Fugees, Marvin Gaye i dobry bit oraz chory ale jak zwykle genialny Eminem itd….

A potem pojawila sie para z Limy, ktorych poznalem dzien wczesniej. Koles – typ maczolatino – dlugi fryz, satanistyczna starannie przystyzona broda. Laska – totalnie na haju, generalnie nie rozumiala co ja do nie mowie, myslalem ze to tylko moj hiszpanski, ale chwile potem Marcel przyjmowal od niej zamowienie (ten to spoko po espanolsku) i za cholere … Generalnie – wariatka, bardzo podobna do Lisy Bonet (to ta mala czarna z Cosby Show, lub jak kto woli, kaplanka voodoo z Harry Angela). Siedze, barman-Marcel wraz z piekna Carolina za baru polewaja Cuba Libre, pisze i robie zdjecia. Jest milo, przytulnie, wariatka opiera mi sie na ramieniu i szpece cos… hm… po prostu sie lasi jak kotka. Wyczuwam wzrok jej faceta. Hm… bedzie ciezko. Marcel sie zlosliwie usmiecha i mowi – stary daj mi swoj aparat jak dojdzie do mordobicia. MAczoLatino lapie mnie za ramie jak wychodze do kibela. Czlowieku – syczy – trzymaj sie z dala od mojej kobiety. No pewnie – ale sam widzisz ze to raczej ona sie nie trzyma z dala ode mnie. Koles zaciska reke na ramieniu, az czuje jako satanistyczne paznokcie wbijajace sie w skore. Ok – ale pamietaj – mowi. W koncu piekna wariatka odpada i maczolatino wyprowadza nieszczesna niewiaste. Impreza trwa dalej. Postaci przewijaja sie, Carolina sie tylko usmiecha, dj podkreca atmosfere. Underworld. Born Slippy.

Drive boy dog boy
Dirty numb angel boy
In the doorway boy
She was a-lipstick boy
She was a-beautiful boy
And tears boy
And all in your inner space boy
You had hands girls boy
And steel boy
You had chemicals boy
I’ve grown so close to you boy
And you just groan boy
She said come over come over
She smiled at you boy

Do 6:30 rano. Wychodze – swiatlo mnie prawie zabija. Potem klasycznie: 1,5 mineralnej, kackupka, i 7 godzin snu. A wieczorem juz jechalem do Arequipy.

FOTOGRAFIA.

Obrazki. Tworze obrazki. Czesc z nich zapisana zostala tylko i wylacznie na serwerze, twardym dysku kompa, widoczna dla kazdego, kto na moja strone trafi. Czesc z nich ujrzy swiatlo dzienne w postaci papierowej, reszta zostanie wyswietlona na mojej scianie, po powrocie na wielkiej imprezie – na ktora wszyscy jestescie zaproszeni… hm… no prawie… hhee..

Podniecam sie brudem, syfem, odrapanymi murami, farba odlazaca ze starych drzwi, na wpol zawalonej kamienicy. Nie cierpie swiatla slonecznego, ktore w samo poludnie powoduje niepozadany ekefkt i straszny kontrast. Wiekszosc czasu nie uzywam jednak ani lutrzanki ani cyfraka. Uzywam mozgu, rejestruje obrazy, ale i dzwieki zapachy. Mozg to wysokiej klasy aparat, kamera z wbudowanym nagrywaotrem dzwiekow i lapaczem zapachow. Calkiem go lubie…

Czasem sie zastanawiam po co to robie – po co sie powtarzam. Setki tysiecy osob przede mna zarejestrowalo na celuloidzie Rio, Wodospady Iguacu, ulice Buenos Aires cze Machu Picchu.

Szwedajac sie dzis ulicami dostrzeglem kobiete z Lama. Malowniczy obrazek. Juz mialem zrobic zdjecie ale ale – ona stala tam wlasnie w tym celu. Czekajac na turystow i ich sole. Ile osob zrobilo takie samo zdjecie, pt. „KObieta z Lama” ?. W ostrych promieniach slonca. Kobieta rutynowo ustawiona. Lama po prawej, niemowle w reku. Pienie, ale co z tego. Gdyby przynajmniej karmila to dziecko piersia…. blablabla… Zachowuje obrazek w mozgu. NIE ROBIC TAKICH ZDJEC.

Policzylem – w ciagu 2,5 miesiaca zrobilem okolo 1000 zdjeca na negatywach i diapozywyach i moze z 300 cyfrakiem (te ktore sie znalazly sieci).

Brak podumowania i wnioskow. Ide zjesc Menu de Dia. Czyli sopita de pollo (zupa z kurczakiem) + ryz, salatka i znow kurczak.

 Chris Ivory Jersey

Opublikowano americana | Otagowano