LIMA. Dzien Pierwszy.

W autobusie smierdzialo jak w sklepie sportowym z lat 80tych z chinskimi trampkami (moje ulubione – oddalbym konia z krolestwem za pare ;)). Jedna nie zatkana dziurka nosa wyczuwalem tez kupe niemowlaka. Bylo przyjemnie. Dosc. Zamiast pojechac autbusem klasy ROYAL o 17stej (za 35 soles) – uderzylem o 19stej za 10 soli.

Tak wiec w autobusie smierdzialo, jak juz wspomnialem. Zarzucilem sobie MD -ze skladanka jaka zrobilem w Arequipie. IMAGINE – John Lennon. Dobra (Imagine all the people
living life in peace), ateistyczna (Imagine there’s no heaven), utopijna i komunistyczna (Imagine no possesions) piosenka o globalizacyjnym zacieciu (Imagine there’s no countries). Dlugie wlosy, okragle okularki, broda i palce delikatnie muskajace klawisze bialego fortepianu. Imagine…

Lima. Swiatla wielkiego miasta przebudzily mnie z dosc dziwnego snu.

Taxi z 8 soli z centrum do dzielnicy Miraflores. Lima na pierwszy rzut oka wydaje sie rzeczywiscie olbrzmia, osnuta smogiem, dziwna mgla, odpadkami. Brudne ulice i odrapane domy. Podoba mi sie – lubie destrukcje i dezorganizacje. Taksowkarz oddycha ciezko i chrobocze – snuje opowiesc ile to mieszkancow moze miec LIMA i jak wielka jest. W tym momemcie posunal sie do stwierdzenia ze mieszka tu okolo 12 milionow ludzi. Polowa Peru. Nie wiem co o tym myslec – jestem zmeczony.

Backpackers Home. Normalny prywtany dom z pokojami dla turystow. Mieszka sobie w nim 7 osobowa rodzinka Mauro i Milagros. Dostalem w pokoj w starej garderobie. Garniutry, suknie z imprez, i platiskowy kosciotrup. Mam tez balkon. W sasiednim pokoju dzieciaki spia na kupie jeden na drugim – a TV rzuca niebieska poswiate. Spokojnie.

Ciezko bylo wstac. Taa dobrze sie spalo. Schodze na dol. Przy stole surfer z Argentyny. Splowiale wlosy, czerwona twarz i tysiace morskich fal przecietych deska surfingowa. Spoko koles – poleca mi swietne miejsce w Ekwadorze – wlasnie zaczal sie sezon – tam moge sie uczyc. NO PEWNIE!!! 2 tyg. surfujac w EKWADORZE. Mysle ze to n i e z l y POMYSL!! :)))

Oporcz mnie jest 3 z Izraela, koles z Hiszpanii.

Jade do Ambasady Kolumbii. Wynik rozmow z biurokratycznym palantem. Polska – Kolumbia 0:1. Przyczepili sie do 10 rzeczy. W szczegolnosci do biletu. Ze niby nie mam biletu wylotowego z Kolumbii. I nie mam czekow podrozycych. I moj wujek nie jest szefem Kartelu z Medelin. No i w ogole bo byl juz koniec pracy i nie chcialo im sie ze mna gadac. Kij wam w odbyt. Dam sobie jakos rade. W koncu urzednicy na granicy zwykle lykaja jak mlode pelikany. Lapowke mam na mysli oczywiscie.

Nic to. Czeka mnie pare dni w Limie. Kino. Pizza Hut (!!! W koncu!!! hehehe). Jazz Cluby w barranco…
 Cam Talbot Authentic Jersey

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.