Archiwa tagu: bolivia

Lot do La Paz

Siedze w luku bagazowym wojskowego samolotu lecacego z Rurre do La Paz. Nie mam pasow, obserwuje prace pilotow, ktorzy nawet pozwolili porobic mi pare fotek wewnatrz. Wspanialy widok zachodzacego slonca nad Andami.

Wlasciwie to mialem leciec rano. 11:30. Coz, zycie czasem jest trudne. W biurze TAM (Transporte Aereo Militar) powiedzano mi ze o 2:30. Lot zostal przelozony. Nie pozostalo mi nic innego jak pojsc na basen. Gram z ekipa w Yatsi(kosci) i ciesze gebe do slonca. Muzyka klasyczna – jest uroczyscie, tropikalnie i kosmicznie. I ten dziwny ptak – mutant, koguto-tukan wielkosci malego strusia, lupiacy okiem na wylegiwujacych sie bialasow. Cudnie.

rurre3

rurre4

rurre5

rurre6

rurre7

Przylaze z Nicole i Benem (Sud Afrika). Okazuje sie ze samolot se juz polecial, nie czekajac na nas. O 1:30. Who cares? Nikt, w calej wsi. Oczywiscie nic nie widza – pytam kolesia w biurze. Jego oczy mowia: O co ci kurewwa chodzi czlowieku? Nie trace czasu i w koncu okazuje sie, ze mozemy leciec popoludniowym samolotem.

45 minut i w koncu La Paz. Into the thin air. Brak tlenu, bejbe. 4500 El Alto – miasto, gdzie znajduje sie lotnisko. Ogromny plaskowyz otoczony bialymi szczytami gor. Slonce zaszlo. Bierzemy taxi. Dolar na glowe. Zjezdzamy w dol 500 metrow. Bienvenidos a La Paz – wita mnie zarzacay sie neon. I nagle buummm… wspanialy widok setek tysiecy swiatel w dole. La Paz. La Ciudad de Nuestra Senora de La Paz. Zalozone 453 lata temu przez Alonzo de Mendoze – kolejnego zadnego zlota, krwi i slawy konwistadora.

Hotel Austria – mile miejsce, w samym centrum. Nocna przechadzka. Setki ludzi, krece sie tu i owdzie. Mam rece w kieszeniach i kieszenie jak ocean. Dobranoc.

Opublikowano americana | Otagowano

MADIDI – dzungla.

Jestem ciezszy o 10 kilo. Przesiakniety woda. Mam wrazenie, ze deszcz pada we wszystkich kierunkach, z dolu tez. Orlando (przewodnik) toruje maczeta droge dla pozostalej trojki (ja, Ivette & Caspar z Holandii). Nie odzywamy sie wcale. W glebi pewnie kazdy z nas mysli jak znalezc sie daleko, daleko stad. Mam dosc po 3 godzinach. Wszystko mokre (aparaty i minidisk bede suszyl przez najblizsze dwa dni). Dzungla jest wspaniala i przerazajaca zarazem. Pozwala zyc tutaj tylko nielicznym. Ja, ty, twoja siostra, starzy, sasiad, babcia, kumpel z lawki, szef czy burmistrz twojego miasta nie przezyli by tu tygodnia. Mimo, ze w lesie rosnie wszystko co do zycia potrzebne. Zbudujesz dom, wyzywisz sie, wyleczysz rany. Tylko wszystko trzeba umiec znalezc.

Orlando co jakis czas podchodzi do jakiegos z drzew. Glaszcze, dotyka, wycina maczeta kawalek i podaje nam do sprobowania, dotkniecia, powachania.

– To drzewo to kaczuk, bardzo cenne, tamto jest dobre na raka krwi, to na malarie – chinina. Podnosi jaki owoc, rozlupuje na pol i podaje. Sprobuj – zacheca. Zjadam polowe. Nowy samk w moim zyciu. To na potencje – dodaje Orlando i scina maczeta kolejna liane.

Idziemy dalej. Mokra zielen. Zielone pieklo. Drzewo rosnie na drzewie i pod drzewem. Nie widac zwierzat – oporcz malp skaczacych po drzewach. Czasem znajdujemy slady – tapira, pumy. Ptaki i insekty krzycza, mrucza, miaucza, piszcza, gwizdza. Kakofonia. Trafiamy tez na ropuche wielkosci malego psa. Napawa sie ulewa.

Park Narodowy Madidi – ogromny teren na polnocy Boliwii. Dom dla tysiaca gatunkow ptakow (10% wszystkich znanych na swiecie). Dotrzec tu mozna tylko na piechote lub canoe.

Mieszkam w obozie rozbitym o 300 metrow od rzeki. Baraki powleczone zielona siatka – wewnatrz proste prycze z moskitera. Da sie zyc. Komarow nie za wiele – rzeczy wisza na drzewie, buty tez. Wszystko mokre. Znakomita kolacje zjadam w samych majtach. Potem z ekipa miedzynarodowa gramy w yatsi – kosci.

Nocny marsz wzdluz rzeki – Orlando poluje na aligatora. Bestja ucieka.

Leze na pryczy. Tajemnicze odglosy, kroki, bzyczenie, turkot – wszystko na raz. Nie nagrywam na minidisk – wszystko wysiadlo. Minidisk dziala, ale baterie zamokly.

Nastepny dzien to samo. Marsz, wspinaczka, przedzieranie sie, probowanie drzew. Na szczescie w palacym sloncu. A moze na nieszczescie. Orlando znajduje dluga i mocna liane zwisajaca tuz nad przepascia. Fruu…. i juz lece 30 metrow nad glebokim parowem. Wspaniale:))

Wieczorem powrot. Miasto ciche. Wszystko zamkniete. Co jest grane? Narodowy spis ludnosci Boliwii. Na szczescie wszystko trwa tylko do 19:00.

Dzien nastepny. Totalny relaks. Rany sie zagoily, antybiotyki podzialaly. Pranie, sniadanko (wspaniale nalesniki z bananami za dolca). Hamak, hustawa, slonce i arbuzy. Jutro wylot do La Paz.

dzungla1

dzungla2

dzungla4

dzungla5

dzungla6

dzungla7

dzungla8

dzungla10

dzungla11

dzungla12

dzungla13

Opublikowano americana | Otagowano

HASTA LA SIEMPRE VICTORIA

Bialy turysta jest zly. Bo goraco, duszno, piekielnie upalnie i pot splywa strumieniami. Bo slonce swieci za mocno, badz tez deszcz nie pozwala wyjsc z hostelu. Bo ciagle trzeba na cos czekac, bo czegos nie ma i nie mozna kupic. Jak tak moze byc? UnBOLIVIAble ! Bo trzeba wciaz pytac po 5 razy aby wyciagnac srednia, ktorych odpowiedzi bylo wiecej i wtedy dopiero sie tym kierowac.

Blondynka o czerwonej twarzy liczy czerwone krosty i plamy na nogach (sam takie mam). 47! wykrzykuje przerazona, krzywiac sie niemilosiernie. Hotel Tuichi. Tani, oblegany przez turystow. Siedze i slucham konwersacji znudzonych GRINGO. Wlasnie gringo. CO to wlasciwie oznacza i kogo mozna okreslic tym zwrotem.
„Green go home” wolali Meksykanie do Polnocnych Amerykanow, podczas wojny w XIX wieku. Stad ten zwrot GREEN GO – GRINGO.

W Ameryce Poludniowej kazdy bialy to gringo. Eres Americano? Gringo? pytaja mnie na kazdym kroku. Zaczynam sie na to wsciekac i powoli wyjasniam ze jestem z takiego malego kraju w Europie. A PAPA! dobrze ze im sie przynjamniej z kims to kojarzy.

W ciagu 2 miesiecy spotkalem tylko jedna osoba zaslugujaca na miano Gringo – a raczej gringa, bo byla to Maria z Californii.

Dalej przysluchuje sie rozmowie w hotelu. Wciaz narzekaja. Chca wrocic do La Paz, zjesc dobra pizze czy tez kurczaka i LODDDYY :))

To po co tu przyjezdzacie, jezeli tak wam sie nie podoba? – cisna mi sie slowa…

Jestescie najezdzcami i trza ta kulture brac taka jaka jest. Nie ma innego wyjscia. Czasem sam nie wytrzymuje i wkurzam sie – niektore rzeczy potrafia nawet najspokojniejszego czleka z rownowagi wyprowadzic. Ale co zrobic?

Nie dziwie sie Boliwiancom. Sa nieufni (szczegolnie ci z gor). Kupuje pomarancze u starej wiedzmy, ta mamrocze cos pod nosem gdy dziekuje i podaje jej 3 monety, a potem pytam o droge. Ona oczywiscie jej nie wie, nic nie wie, nie chce wiedziec i nie chce odpowiedziec.

Czego chce ode mnie ten gringo? Skad ci ludzie biora pieniadze aby przez rok jezdzic po swiecie, co z rodzina, dziecmi? Maja dzieci? Zony, mezow, dom? Ja mam 7 dzieci to wyzywnienia, a przez cale zycie siedze tu i sprzedaje te cholerne owoce. Mam na wode, chleb, ziemniaki, kurczaka czasem. Ser i mleko dla dzieci. A ten gringo chce mi jeszcze zrobic zdjecie! POszedl sobie, asio!

Bo co innego sobie moze pomyslec? Sa ludzie ktorzy probuja to zmienic. BYli tacy i beda. Co walcza o rownosc klasowa. Byl taki jeden. Zszedl tu, na boliwijskiej ziemi…

ERNESTO „CHE” GUEVARA DE LA SERNA

Przyszedl na swiat w Rosario, Argentynie, 14 czerwca 1928.

Lewak, socjalista, idealista z marksistowskimi zasadami. Lekarz, idol, gwiazda, astmatyk i trup. W NYC, Warszawie, El Salvador, Pradze, La Ciudad Mexico kupisz plakat, koszulke, zdjecie i tomik wierszy o nim. Znam przynajmniej 4 osoby co uwielbiaja swoja koszulke z CHE i nie piora ich, aby sie nadruk nie spartaczyl ( Minimal, prosze wstac ! a moze to nie ty? jak cos to mnie popraw, ale kupowales taka w Paryzu??)…. a Max Cegielski zapuszcza taka rzewna piesn w Radiostacji — Comandante Che Guevara….

Guevara wychowal sie w bogatej rodzinie, potem ksztalcil na lekarza i w imie idealow porzucil wszystko i zaczal podrozowac po Ameryce Pld. (MOTOCYCLE´S DIARES – to jego pamietnik z tamtych czasow… (znalazlem tez taki artyklu …. naprawde przerazajacy tytul….hheh)

Sprawowal rozne funkcje w komunistycznym rzadzie Gwatelmali a potem wraz z Fidelem Castro obalil rzad Batistuty na Kubie i zapoczatkowal rewolucjie, ktora z marnymi skutkami trwa tam do dzis…

Che staral nie wplatywac sie w rzadowo-polityczne klimaty. Wciaz szukal nowych drog. Zaprowadzily go do Arfyki, potem znow do Ameryki PLd. Ostatecznie osiadl w okolicy Santa Cruz (mieszkal w tym samym hotelu co ja 34 lata potem), gdzie prowadzil swoje partyzanckie dzialania.

8 pazdziernika 1967 roku zostal schwytany przez wytrenowane przez CIS boliwianskie oddzialy dyktatora Ortuno. Nastepnego dnia, w malej szkolce w La Higuera zostal stracony. W tym samym czasie na calym swiecie duch pernamentnej rewolucji mieszal sie z odjazdami hipisow. All you need is love. T. Leary eksperymentowal z LSD. Caly swiat palil slabiutka marijuane. Bill C. tez, ale sie nie zaciagal. Dzieci kwaity, dzieci smieci. Po Che przyszedl czas na innych – Hendrix, Morrison, Janis, Brain Jones. Byli ikonami popkultury. Taka tez ikona stal sie Che. HASTA LA VICTORIA SIEMPRE.

Ja mialem swojego Kurta Cobaina. O nic nie walczyl. Bo nie widzial sensu, zapewne. Dlatego moze pociagnal za spust…

Opublikowano travel | Otagowano ,

AUTOBUS / RURRENABAQUE

7:30 szybki dojazd na dworzec riksza – aby sie nie spoznic.
8:00 mial odjechac autobus. Mialo byc 15 godzin do Rurrenabaque. Mialo.

Ja do Rurre, Marcel do La Paz.

Pojazd nie ruszyl jednak ani o 8, ani o 9 czy 10. W Samo Poludnie – jak w dobrym westernie.

Ludziska powoli sie zbierali. Wydaje mi sie ze Leniwiec powinien byc w godle Boliwii. Potem przyjechala ciezarowka. 30 skrzyn w niebieskiej folii powedrowalo na dach. Nie wierzylem oczom. Zaladowali wszystkie plus bagaze 40 pasazerow (bylo tego sporo). Ogromne lozko, materac i rower na deser. Wszystko na dach.

W siodmym debowe stoly i szafy,

W osmym slon, niedzwiedz i dwie zyrafy

Maszyna ruszyla. Az byla wyzsza niz dluzsza, zerwala linie telefoniczna na stacji benzynowej. Znow dwie godziny w plecy. Policja, wyjasnianie, nikt nie poczuwal sie do winy. Generalnie mysle, ze winny byl wlasciciel stacji benzynowej – bo dzien wczesniej po pijaku hustal sie na drutach. A dzis druta pociagnal autobus… ;))

guayara1

guayara2

guayara3

guayara4

guayara5

riberalta

Znow w drodze. Z godziny na godzine ciemno-pomaranczowy pyl pokrywa twarze pasazerow. Ogolnie w autobusie FREAK SHOW. Gruba, 200 kilowa kobieta (klasycznie zlote zeby:)) a jakze) pozera niesamowite ilosci zarcia. Potem zapala papierosa i podaje go swoim 4 letnim synkom. Jej maz – boliwijski kowboj wyciaga gole stopy przed siebie. Nie wierze. Sa kwadratowe. Kowbojki o kwadratowych czubach leza na ziemi. Dzieciaki biegaja w kolko, czepiaja sie rak i krzycza. Autobus zatrzymuje sie co chwile. Chwila bolwianska – trudny termin….

Slowniczek:

ahora – teraz : czyli za jakis czas, moze do 15 minut
ahorita – za chwile: to 5 minut do 5 godzin
mas tarde – pozniej: generealnie oznacza ze na pewno nie dzis, moze jutro
manana – jutro: oznacza, spierdalaj, nie chce cie znac, nie chce cie widziec na oczy, szczegolnie jutro.

Po 24 godzinach dojezdzamy do Rurrenabaque. Marcel jedzie dalej. Spoko koles – jemy sniadanie i zegnam sie – szukam hotelu.

Rurrenabaque – sami turysci, az bialo od koloru ich skory. Ja jestem juz oczywiscie brazowy, heheh… Hotel – 20b. i ide do lekarza.

Z dwoch malych ranek, zdartej skory zrobilo sie cos wiecej. Wdala sie infekcja – upal, syfiasta woda i mam za swoje. No i ten przeklety motor – juz nigdy nie bede dawca nerki.

Lekarz jest naprawde spoko. Przebadal mnie, ogladnal rany, przepisal antybiotyki i kurcje 5 dniowa. Bedzie spoko, rzekl. Tak jak i z malaria. Chloroquina jest ok i jezeli nie mialem dreszczy ani innych takich , wszystko bedzie dobrze.
Zreszta malaria tu jest jak grypa – dodaje i mruga okiem.

Sprawdzam konto bankowe – udaje mi sie sprzedac jedno zdjecie do PRESSu (dzieki Hirek). Wiec zakupuje sobie za te pieniazki bilet lotniczy do La Paz – w samolocie wojskowym. Nie mam ochoty rozbijac sie kolejne 24 godzin w autobusie, szczegolnie kiedy spadl deszcz. Autobus moze tez spasc – w przepasc.

Na jutro zakupuje wycieczke 2 w dzungli. Obiadek, spotykam pare Angolow i szkota. BLablabla – gdzie byles, gdzie jedziesz. Sa zblazowani ale naprawde mili i sluza rada. Wskazuja na bandaze na rece i nodze – to ty dzis wjechales w drzewo na motorze??

– It wasn´t me :))) odpowiadam ….

Opublikowano americana | Otagowano

GUAYARAMERIN

W koncu po 7 dniach do Guayaramerin. 7 dlugich, krwistych nocy.

Wizyta w migraccion (aby przedluzyc se wizy). Koles w krotkich spodenkach wita mnie w drzwiach – Hola, amigo, como estas? – pot leje sie ciurkiem, jest parno i tropikalnie. Zar tropikow. Atmosfera ociera sie o szczyty lenistwa – koles przybija mi i Marcelowi piaczatke w paszporcie: 30 dias. Czyli moge sobie pobyc w Boliwii do 12 pazdziernika 2001. Ladnie, ladnie.

Siedze w knajpie. W ktorej nic nie serwuja. Zero zarcia – cale miasto oczekuje prezydenta Boliwii. Chrzanie prezydenta – ja chce jesc! W koncu nadjezdza. Pije piwo. Kolumna samochodow mija bar w ktorym siedze. Znuzenie.

Wieczor.

Oczywiscie tradycyjny spektakl w wydaniu boliwijsko – tropikalno – malarycznym. Kolko, koleczko. Motorki, motory – mlodociani boliwijscy DAWCY NEREK daja z siebie wszystko. Flirty, pogaduchy. Czerwone swiatlo – jak swiatlo..?

Wpadam na pomysl aby wynajac moto-riksze. Marcel przynosi 4 zamrozone browczyki i dolaczamy do widowiska. Wygodnie siedzac liczymy okrazenia. W koncu nasz drajwer staje. POkazuje na flaka. Ehh….

Spotykamy Julia z migraccion. Jest ze swoim kumplemm Cezarem. Jedza, gwizdza na panienki – wypijamy pol skrzyni piwka PACENA. Kolesie sie zarzekaja za najlepsze na swiecie – ze jak?:)))

Julio idzie do kibla – Cezar zwierza sie ze Julio powinien byl spedzic w wiezieniu 120 lat – za seks z nieletnimi chicami.
A ile tych lolitek bylo? – pytam. Diez – odpowiada Cezar, usmiechajac sie pod wasem. No comments.

Rzeczywiscie – panienki, mlodziutkie laseczki biegaja po placu. Hola, hola – wolaja na bialych gringo, usmiechajac sie zalotnie. Maja po 12-14 lat. Te starsze maja pewnie juz dzieci i nie moga po placu sobie pobiegac. No chyba ze mamusia przypilnuje.

Opublikowano americana | Otagowano

RIO MAMORE – 7 dni na rzece.

Barka cargo wabiaca sie Don Humberto raz na dwa miesiace przemierza trase z Guayara-Merin do Puerto Villaroeal i z powrotem. 1312 km.

Caly stateczek sklada sie z dwoch czesci – pierwszej, napedowej i sypialnej i drugiej – cargo. W porze deszczowej, gdy poziom rzeki jest wystraczajaco wysoki moze przewiezc 450 tys. litrow benzyny. Taka mala bomba na rzece :))

ZALOGA

Razem 10 osob + pies + dwoch gringos (ja i Marcel). Mamy wiec – kapitana Fernando i jego grubasna zone, ktora trzyma caly biznes. Fernando sie w miedzyczasie opala i poluje na zolwie (o tym w dalszej czesci). Jest tez gruby przezywacz lisci koki i chudy przezuwac lisci koki. Gruby steruje statkiem a chudy siedzi w maszynowni, gdzie ogromny silnik Scania daje jak trza. Pies – o slicznym imieniu Viagra, szczeka na delfiny i buszujace na brzegu stworzenia. Kucharka Gloria zapodaje tluste potrawy. Dwojka dzieciakow – Maria (4 latka, corka kapitana i jak sie mozna domyslec, jego zony)) i Bebecho (6 lat, syn kucharki) to istne diably. Bija sie z nami, wyzywaja, smieja, szaleja i placza, jak nie moga czegos dostac. Cabrones. Kto jeszcze? Jest jeszcze koles o twarzy latynowskiego sprzedawcy kokainy, w okularach cobrach i nieodlacznym zwitku koki pod policzkiem – w zasadzie najbardziej w porzadku z nich wszystkich. Jest mlody byczek w przerwach w nic-nie-robieniu podnosi cementowe ciezary na dachu lodzi i podwozie z kopalnianego wozka. Jest tez wariat – starszy pan bijajcy sie rekami po glowie i dzwonijacy na posilek. 3 innych kolesie, ktorz nie wiadomo co robia, snuje sie jak duchy przez caly czas po pokladzie. To juz chyba wszyscy. Bede ich nazywal LUDZMI RZEKI.

DZIEN

Posilki – proste, 3 razy dziennie. Rybka (suszona, gotowana i smazona), kurka, ryz, kluchy, suchy ser, smazone banany, czasem zolw lub jajeczka zolwia. Do picia – woda z rzeki, API (chicha , napoj z kukurydzy, cynamonu, cukru – bardzo slodki, jak wszystko zreszta, dlatego ekipa nie ma zebow, lub ma zlote).

Dzien za dniem. Leze, czytam, pije wode i czekam na zarcie. Patrze na brzeg. Zielono i monotonnie. Woda brazowa, czasem pojawi sie jakis rozowy delfin dla urozmaicenia krajobrazu lub inna barka.

Rzeka dosc szeroka 300-500 metrow. Mnostwo ptakow, mozna wylukac kajmany, delfiny, zolwie, malpiszony.

Spojrzalem na mape – z Puerto Barador do Guayara-Merin jest 839 km.

Triumfo – 4 domy i ranczo. Fernando wymienia nielegalne jaja zlowi na kwasny ser. Robie zdjecia. Mala dziewczynka stojaca obok martwej swini, po raz pierwszy w zyciu widzi aparat. Osada znajduje sie o 4 godziny jazdy koniem od najlbizej wioski. Zero cywilizacji – zyja z tego co da im natura. Maja krowy, konie, swinie, kozy i sad owocowy. Rzeka daje im ryby.

Spogladajac na mape Amazonki mozna odniesc wrazenie, ze nikt tam nie mieszka. Blad. Zyja tam ludzie. W malych chatkach, nad rzeka. Co chwile mijamy jakas osade. Dwie chaty, palenisko, czolno na rzece.

POWOLNE ZYCIE ZOLWIA I SZYBKA SMIERC

Zolwie wodne w dorzeczu Amazonki sa pod scisla ochrona. Jednakze Indianie i ludzie rzeki je spozywaja. Ekipa przez pierwsze dni plywala po okolicy i zbierala zolwie jaja (sprobowalem jednego, tak sobie smakuje). Zapodali mi takze omlet. Potem sie dopiero dowiedzialem co to bylo. Jestem przeciw oczywiscie, lecz nie zmienie ich. Nie zmienia swoich przekonan, bo jakis Polak im to powiedzial.

Dzis rano robilem zdjecia. Z egzekucji. Krwawy spektakl. W nocy ludzie rzeki zlapali 7 duzych zolwi. Rano odrabali im glowy, rozcieli pancerze ze srodka wyciagneli tylko niektore jadalne czesci i odnoza. Jaskrawa czerwien zalala poklad. Dzis to bedzie nasz obiad. Co mam robic – w kwestii zarcia zdany jestem tylko na nich.

MORSKA NUDA, PANIE, MORSKA NUDA

Mija godzina za godzina. Jest nieprzyzwoicie goraca. Z trwoga oczekuje nocy. Przyjda wampiry i tajniacko wslizgna sie przez dziure w moskiterze. POd glowa trzymam spluwe. Nazywa sie OFF. FUCK OFF.

Nie wiem kiedy skonczyla sie woda mineralna. Teraz pozostaje ta z rzeki. Czasem wyciskam grejpfruta i robie miks.

Smaruje rany po wypadku. Ropa sie leje. Ale mam nadzieje, bedzie lepiej.

Ludzie z rzeki gubia sie w domyslach, kiedy dotrzemy do celu. Jutro wieczorem, za 4 dni, jeszcze dwie noce, pewnie z rana w piatek. Moze, moze. Morze, morze. Rzeka, rzeka. Poczucie czasu znakomite. Wszystko jest MANANA, AHORITA – co oznacza jakis czas w nieokreslonej przyszlosci. Generalni REJS w wydaniu w boliwijsko-polsko-niemieckim. Marcel cierpi na halucynacje i szuka swojego telefonu komorkowego aby zamowic piwko i pizze z PIZZY HUT. Wiesz stary, pamietasz meksykanska pizze? byla naprawde zajebista – przezywa mi nad uchem. Staram sie skupic nad tekstem. Pisze i czytam, hustajac sie w hamaku. Mala MAria przychodzi co chwile aby kapnac lub uszczypnac jednego z nas. Bebecho natomiast domaga sie abysmyn mu naprawili proce. Chcialby sie postrzelac trochu…

Manu Chao snuje sie z glosnika walkmana produkcji bolwijskiej. 24/7, caly dzien – znam juz wszystkie slowa na pamiec. Na walkmanie dwie najklejki: SONY i SUNNY. Uwielbiam podrobione nazwy: Dadidas, Panascanic, Toshuba, Timmy Hilfegger -takie kwaituszki widywalo sie w zyciu.

Dzien kolejny. Wedlug najnowszych obliczen i dlugich konsultacji z cala zaloga bedziemy za dwa dni.

Upal zabija. Po co wlasciwie istnieja komary. Jestem juz niezle pokasany. Mam nadzieje ze chloroquina da rade i obroni mnie przed malaria. Nadal odpoczywam, pisze. Czasem skok z 3 pietra statku w brazowe wody Mamore. Po drugiej stronie rzeki BRAZYLIA.

Plyniemy w nocy. W swietle ksiezyca. Przyjemny chlod. Ludzie rzeki ryzykuja oczywiscie – wszystko konczy sie prawie katastrofa – wpadamy na mielizne.

Dzien siodmy.

Zaloga prawie placze gdy sie rozstajemy… mala lodka docieramy na brzeg. Ufff…. mam dosc.

mamore1

mamore2

mamore3

mamore4

mamore5

mamore6

mamore7

mamore8

mamore9

mamore10

mamore12

mamore14

mamore15

mamore16

Opublikowano americana | Otagowano

EASY RIDER

Dzien zapowiadal sie podobniez jak poprzedni. Chowanie sie przed upalem i czekanie na niewiadomo co…

W hotelu zabraklo wody. Upal. Klejace sie powietrze. Doprowadza mnie to do szalu. Internet szwankowal wiec nic sie zdzialac nie dalo.

W koncu wraz z Marcelem wpadlismy na szalony pomysl dorwac dwa motorki i pojechac do Los Puentes aby sprawdzic barke do Puerto Villaroel.

Wlasciciel wypozyczalni spal. Ocknal sie i nieprzytomny zaoferowal polautomatyczny skuter kawasaki za 10 boliwianos za godzine (1,3$). Spoko…. Nie przyznalem sie wprawdzie, ze na motorze jezdzilem po raz ostatni w I LO. OSA pozyczyl motorek na chwile. Skuter Samson to chyba byl. A teraz Osa siedzi w Paryzewie i tu na mysl przychodzi sentencja:

Co sie stalo z nasza klasa?

Motorek jest szybki. Marcel ma Honde. Dajemy wiec rady zapodajac i kluczac po tropikalnych ulicach Trinidad. Najswietszej Trojcy. Setki inny motorkow, cale rodziny na jednosladzie, ciezarowki, ludzie. Trza lawirowac. Spakowalismy plecaki i jazda. Maszyna szybka – da sie jechac 120. Droga do Los Puenetes na poczatku jest przyjemna. Ale w Puerto Barador robi sie syf. 3 kolory. Blekit, zielen, braz. Niebo, dzungla, ziemia. Dziury, wyboje, gesty zielony las. W Puerto Barador z trudem wjezdzam po waskiej desce na barke. Transportuja nas na drugi brzeg. Potem wyjazd dop gory po stromym, obsuwajacym sie, piaszczystym brzegu. Gaz do dechy, inaczej lezysz.

Zasuwam dalej. Momentami nic nie widze, kurz wlazi wszedzie. Motor nie ma zbyt dobrego zawieszenia. Przez wiekszosc drogi stoje a nie siedze. W pewnym momencie kompletnie juz nic nie widze i wjezdzam w dziure. Jechalem wolno ale i tak po chwili gryze piach. GLEBA. Nic sie na szczescie nie stalo. Tylko zadrapanie na nodze i rece. Prostuje kierwnice w dwokolowym zlomie i jade dalej. Motor ma jeszcze jedna durna ceche, przy startowaniu blokuje sie gaz i wyrywa go w kosmos. Eh…

Dojezdzamy do Los Puentes. W barze spotykamy dwojke Francuzow. Wlasnie przyplyneli z Puerto Villaroel. 8 dni na lodzi. A barka na ktorej plyneli plynie dalej (na polnoc, na granice z Brazylia). Gadamy z szefowa – gruba kobieta o zlotych zebach. Poczekamy, mowi, popijajac ciepla cole, odplywamy o 5:30.

Byla 2:30. Szybki poworot do miasta. Po drodze zabieramy starszych panstwa, jadacych na stopa. Gracias, senor, mowi dziadek, normalnie musimy isc 3 godziny, bo nie mamy pieniedzy na taxi.

Miasto – zakupy, oblewam sie jodyna. 16 litrow wody, moskitera i hamak, ktorego w koncu nie uzyje, bo za krotki.

Nie mamy kompletnie czasu, aby kupic owoce, ciastka, piwko etc. Taxi driver zawozi nas na miejsce. Znow wertepy, drewniany prom przez rzeke.

Placimy 150 bolivianos za osobe za caly rejs i wskakujemy na barke. Kolacja, zachodzi slonce, ludz rusza. Ponoc 5 dni. Bedzie wiecej. Caly tydzien na rzece. Lodz nie moze plynal w nocy, nie za bardzo widac, niski poziom wody i inne tam. Stajemy wiec 2 godziny po zapadnieciu zmroku. Skladam zmeczone cialo w hamaku, szczesliwym, ze nic sie nie stalo. W okolo nowe dzwieki, z krzakow, wody, z powietrza. Zasypiam…

Opublikowano americana | Otagowano