Siedze w luku bagazowym wojskowego samolotu lecacego z Rurre do La Paz. Nie mam pasow, obserwuje prace pilotow, ktorzy nawet pozwolili porobic mi pare fotek wewnatrz. Wspanialy widok zachodzacego slonca nad Andami.
Wlasciwie to mialem leciec rano. 11:30. Coz, zycie czasem jest trudne. W biurze TAM (Transporte Aereo Militar) powiedzano mi ze o 2:30. Lot zostal przelozony. Nie pozostalo mi nic innego jak pojsc na basen. Gram z ekipa w Yatsi(kosci) i ciesze gebe do slonca. Muzyka klasyczna – jest uroczyscie, tropikalnie i kosmicznie. I ten dziwny ptak – mutant, koguto-tukan wielkosci malego strusia, lupiacy okiem na wylegiwujacych sie bialasow. Cudnie.
Przylaze z Nicole i Benem (Sud Afrika). Okazuje sie ze samolot se juz polecial, nie czekajac na nas. O 1:30. Who cares? Nikt, w calej wsi. Oczywiscie nic nie widza – pytam kolesia w biurze. Jego oczy mowia: O co ci kurewwa chodzi czlowieku? Nie trace czasu i w koncu okazuje sie, ze mozemy leciec popoludniowym samolotem.
45 minut i w koncu La Paz. Into the thin air. Brak tlenu, bejbe. 4500 El Alto – miasto, gdzie znajduje sie lotnisko. Ogromny plaskowyz otoczony bialymi szczytami gor. Slonce zaszlo. Bierzemy taxi. Dolar na glowe. Zjezdzamy w dol 500 metrow. Bienvenidos a La Paz – wita mnie zarzacay sie neon. I nagle buummm… wspanialy widok setek tysiecy swiatel w dole. La Paz. La Ciudad de Nuestra Senora de La Paz. Zalozone 453 lata temu przez Alonzo de Mendoze – kolejnego zadnego zlota, krwi i slawy konwistadora.
Hotel Austria – mile miejsce, w samym centrum. Nocna przechadzka. Setki ludzi, krece sie tu i owdzie. Mam rece w kieszeniach i kieszenie jak ocean. Dobranoc.





