AUTOBUS / RURRENABAQUE

7:30 szybki dojazd na dworzec riksza – aby sie nie spoznic.
8:00 mial odjechac autobus. Mialo byc 15 godzin do Rurrenabaque. Mialo.

Ja do Rurre, Marcel do La Paz.

Pojazd nie ruszyl jednak ani o 8, ani o 9 czy 10. W Samo Poludnie – jak w dobrym westernie.

Ludziska powoli sie zbierali. Wydaje mi sie ze Leniwiec powinien byc w godle Boliwii. Potem przyjechala ciezarowka. 30 skrzyn w niebieskiej folii powedrowalo na dach. Nie wierzylem oczom. Zaladowali wszystkie plus bagaze 40 pasazerow (bylo tego sporo). Ogromne lozko, materac i rower na deser. Wszystko na dach.

W siodmym debowe stoly i szafy,

W osmym slon, niedzwiedz i dwie zyrafy

Maszyna ruszyla. Az byla wyzsza niz dluzsza, zerwala linie telefoniczna na stacji benzynowej. Znow dwie godziny w plecy. Policja, wyjasnianie, nikt nie poczuwal sie do winy. Generalnie mysle, ze winny byl wlasciciel stacji benzynowej – bo dzien wczesniej po pijaku hustal sie na drutach. A dzis druta pociagnal autobus… ;))

guayara1

guayara2

guayara3

guayara4

guayara5

riberalta

Znow w drodze. Z godziny na godzine ciemno-pomaranczowy pyl pokrywa twarze pasazerow. Ogolnie w autobusie FREAK SHOW. Gruba, 200 kilowa kobieta (klasycznie zlote zeby:)) a jakze) pozera niesamowite ilosci zarcia. Potem zapala papierosa i podaje go swoim 4 letnim synkom. Jej maz – boliwijski kowboj wyciaga gole stopy przed siebie. Nie wierze. Sa kwadratowe. Kowbojki o kwadratowych czubach leza na ziemi. Dzieciaki biegaja w kolko, czepiaja sie rak i krzycza. Autobus zatrzymuje sie co chwile. Chwila bolwianska – trudny termin….

Slowniczek:

ahora – teraz : czyli za jakis czas, moze do 15 minut
ahorita – za chwile: to 5 minut do 5 godzin
mas tarde – pozniej: generealnie oznacza ze na pewno nie dzis, moze jutro
manana – jutro: oznacza, spierdalaj, nie chce cie znac, nie chce cie widziec na oczy, szczegolnie jutro.

Po 24 godzinach dojezdzamy do Rurrenabaque. Marcel jedzie dalej. Spoko koles – jemy sniadanie i zegnam sie – szukam hotelu.

Rurrenabaque – sami turysci, az bialo od koloru ich skory. Ja jestem juz oczywiscie brazowy, heheh… Hotel – 20b. i ide do lekarza.

Z dwoch malych ranek, zdartej skory zrobilo sie cos wiecej. Wdala sie infekcja – upal, syfiasta woda i mam za swoje. No i ten przeklety motor – juz nigdy nie bede dawca nerki.

Lekarz jest naprawde spoko. Przebadal mnie, ogladnal rany, przepisal antybiotyki i kurcje 5 dniowa. Bedzie spoko, rzekl. Tak jak i z malaria. Chloroquina jest ok i jezeli nie mialem dreszczy ani innych takich , wszystko bedzie dobrze.
Zreszta malaria tu jest jak grypa – dodaje i mruga okiem.

Sprawdzam konto bankowe – udaje mi sie sprzedac jedno zdjecie do PRESSu (dzieki Hirek). Wiec zakupuje sobie za te pieniazki bilet lotniczy do La Paz – w samolocie wojskowym. Nie mam ochoty rozbijac sie kolejne 24 godzin w autobusie, szczegolnie kiedy spadl deszcz. Autobus moze tez spasc – w przepasc.

Na jutro zakupuje wycieczke 2 w dzungli. Obiadek, spotykam pare Angolow i szkota. BLablabla – gdzie byles, gdzie jedziesz. Sa zblazowani ale naprawde mili i sluza rada. Wskazuja na bandaze na rece i nodze – to ty dzis wjechales w drzewo na motorze??

– It wasn´t me :))) odpowiadam ….

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.