RIO MAMORE – 7 dni na rzece.

Barka cargo wabiaca sie Don Humberto raz na dwa miesiace przemierza trase z Guayara-Merin do Puerto Villaroeal i z powrotem. 1312 km.

Caly stateczek sklada sie z dwoch czesci – pierwszej, napedowej i sypialnej i drugiej – cargo. W porze deszczowej, gdy poziom rzeki jest wystraczajaco wysoki moze przewiezc 450 tys. litrow benzyny. Taka mala bomba na rzece :))

ZALOGA

Razem 10 osob + pies + dwoch gringos (ja i Marcel). Mamy wiec – kapitana Fernando i jego grubasna zone, ktora trzyma caly biznes. Fernando sie w miedzyczasie opala i poluje na zolwie (o tym w dalszej czesci). Jest tez gruby przezywacz lisci koki i chudy przezuwac lisci koki. Gruby steruje statkiem a chudy siedzi w maszynowni, gdzie ogromny silnik Scania daje jak trza. Pies – o slicznym imieniu Viagra, szczeka na delfiny i buszujace na brzegu stworzenia. Kucharka Gloria zapodaje tluste potrawy. Dwojka dzieciakow – Maria (4 latka, corka kapitana i jak sie mozna domyslec, jego zony)) i Bebecho (6 lat, syn kucharki) to istne diably. Bija sie z nami, wyzywaja, smieja, szaleja i placza, jak nie moga czegos dostac. Cabrones. Kto jeszcze? Jest jeszcze koles o twarzy latynowskiego sprzedawcy kokainy, w okularach cobrach i nieodlacznym zwitku koki pod policzkiem – w zasadzie najbardziej w porzadku z nich wszystkich. Jest mlody byczek w przerwach w nic-nie-robieniu podnosi cementowe ciezary na dachu lodzi i podwozie z kopalnianego wozka. Jest tez wariat – starszy pan bijajcy sie rekami po glowie i dzwonijacy na posilek. 3 innych kolesie, ktorz nie wiadomo co robia, snuje sie jak duchy przez caly czas po pokladzie. To juz chyba wszyscy. Bede ich nazywal LUDZMI RZEKI.

DZIEN

Posilki – proste, 3 razy dziennie. Rybka (suszona, gotowana i smazona), kurka, ryz, kluchy, suchy ser, smazone banany, czasem zolw lub jajeczka zolwia. Do picia – woda z rzeki, API (chicha , napoj z kukurydzy, cynamonu, cukru – bardzo slodki, jak wszystko zreszta, dlatego ekipa nie ma zebow, lub ma zlote).

Dzien za dniem. Leze, czytam, pije wode i czekam na zarcie. Patrze na brzeg. Zielono i monotonnie. Woda brazowa, czasem pojawi sie jakis rozowy delfin dla urozmaicenia krajobrazu lub inna barka.

Rzeka dosc szeroka 300-500 metrow. Mnostwo ptakow, mozna wylukac kajmany, delfiny, zolwie, malpiszony.

Spojrzalem na mape – z Puerto Barador do Guayara-Merin jest 839 km.

Triumfo – 4 domy i ranczo. Fernando wymienia nielegalne jaja zlowi na kwasny ser. Robie zdjecia. Mala dziewczynka stojaca obok martwej swini, po raz pierwszy w zyciu widzi aparat. Osada znajduje sie o 4 godziny jazdy koniem od najlbizej wioski. Zero cywilizacji – zyja z tego co da im natura. Maja krowy, konie, swinie, kozy i sad owocowy. Rzeka daje im ryby.

Spogladajac na mape Amazonki mozna odniesc wrazenie, ze nikt tam nie mieszka. Blad. Zyja tam ludzie. W malych chatkach, nad rzeka. Co chwile mijamy jakas osade. Dwie chaty, palenisko, czolno na rzece.

POWOLNE ZYCIE ZOLWIA I SZYBKA SMIERC

Zolwie wodne w dorzeczu Amazonki sa pod scisla ochrona. Jednakze Indianie i ludzie rzeki je spozywaja. Ekipa przez pierwsze dni plywala po okolicy i zbierala zolwie jaja (sprobowalem jednego, tak sobie smakuje). Zapodali mi takze omlet. Potem sie dopiero dowiedzialem co to bylo. Jestem przeciw oczywiscie, lecz nie zmienie ich. Nie zmienia swoich przekonan, bo jakis Polak im to powiedzial.

Dzis rano robilem zdjecia. Z egzekucji. Krwawy spektakl. W nocy ludzie rzeki zlapali 7 duzych zolwi. Rano odrabali im glowy, rozcieli pancerze ze srodka wyciagneli tylko niektore jadalne czesci i odnoza. Jaskrawa czerwien zalala poklad. Dzis to bedzie nasz obiad. Co mam robic – w kwestii zarcia zdany jestem tylko na nich.

MORSKA NUDA, PANIE, MORSKA NUDA

Mija godzina za godzina. Jest nieprzyzwoicie goraca. Z trwoga oczekuje nocy. Przyjda wampiry i tajniacko wslizgna sie przez dziure w moskiterze. POd glowa trzymam spluwe. Nazywa sie OFF. FUCK OFF.

Nie wiem kiedy skonczyla sie woda mineralna. Teraz pozostaje ta z rzeki. Czasem wyciskam grejpfruta i robie miks.

Smaruje rany po wypadku. Ropa sie leje. Ale mam nadzieje, bedzie lepiej.

Ludzie z rzeki gubia sie w domyslach, kiedy dotrzemy do celu. Jutro wieczorem, za 4 dni, jeszcze dwie noce, pewnie z rana w piatek. Moze, moze. Morze, morze. Rzeka, rzeka. Poczucie czasu znakomite. Wszystko jest MANANA, AHORITA – co oznacza jakis czas w nieokreslonej przyszlosci. Generalni REJS w wydaniu w boliwijsko-polsko-niemieckim. Marcel cierpi na halucynacje i szuka swojego telefonu komorkowego aby zamowic piwko i pizze z PIZZY HUT. Wiesz stary, pamietasz meksykanska pizze? byla naprawde zajebista – przezywa mi nad uchem. Staram sie skupic nad tekstem. Pisze i czytam, hustajac sie w hamaku. Mala MAria przychodzi co chwile aby kapnac lub uszczypnac jednego z nas. Bebecho natomiast domaga sie abysmyn mu naprawili proce. Chcialby sie postrzelac trochu…

Manu Chao snuje sie z glosnika walkmana produkcji bolwijskiej. 24/7, caly dzien – znam juz wszystkie slowa na pamiec. Na walkmanie dwie najklejki: SONY i SUNNY. Uwielbiam podrobione nazwy: Dadidas, Panascanic, Toshuba, Timmy Hilfegger -takie kwaituszki widywalo sie w zyciu.

Dzien kolejny. Wedlug najnowszych obliczen i dlugich konsultacji z cala zaloga bedziemy za dwa dni.

Upal zabija. Po co wlasciwie istnieja komary. Jestem juz niezle pokasany. Mam nadzieje ze chloroquina da rade i obroni mnie przed malaria. Nadal odpoczywam, pisze. Czasem skok z 3 pietra statku w brazowe wody Mamore. Po drugiej stronie rzeki BRAZYLIA.

Plyniemy w nocy. W swietle ksiezyca. Przyjemny chlod. Ludzie rzeki ryzykuja oczywiscie – wszystko konczy sie prawie katastrofa – wpadamy na mielizne.

Dzien siodmy.

Zaloga prawie placze gdy sie rozstajemy… mala lodka docieramy na brzeg. Ufff…. mam dosc.

mamore1

mamore2

mamore3

mamore4

mamore5

mamore6

mamore7

mamore8

mamore9

mamore10

mamore12

mamore14

mamore15

mamore16

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.