




Yama – przyśniła mi się, nie wiadomo dlaczego, piękna żydowska dziewczyna, którą kiedyś znałem.
Masala dla mnie skończyła się o 3 rano, taksówka pomknęła przez mgłę Warszawy, zwalniając tylko, aby przepuścić pijanych i zmęczonych imprezowiczów na przejściach dla pieszych.
Dwie godziny snu – 5 rano, kac i książka, nie mogę spać.
Coś zatliło się wewnątrz – w tej jebniętej, ale własnej głowie.
Plan.

Pewnego dnia siedziałem na środku mostu Łazienkowskiego w kurzu i spotkałem gościa, od słowa do słowa, i wpadł mi pomysł do łbuff.
Jeszcze nie jest wszystko pewne, ale prawdopodobnie od 6 grudnia będzie cykl imprez pod nazwą Terror404 w pewnym miejscu w centrum Warszawy.
Na razie szukam chętnych, ludzi, którzy tworzą coś ciekawego, robią fotoblogi, komiksy i inne dziwadła w sieci. Pokazują to na swoich stronach i mieliby ochotę przygotować małą prezentację swoich wypieków.
Jak wszystko będzie jasne (w najbliższych dniach), ruszy strona, na której będą wszelkie szczegóły. Na razie proszę o kontakt zainteresowane osoby.
Nie mogę się zebrać, nie mogę się zebrać.
8:00, 9:43, 10:13, a w końcu 12:12 wstaję?
Słońce w twarz.
Nie mogę się zebrać, nie mogę się zebrać.
Wysprzątać? Odpisać na maile? Opisać zdjęcia?
O, piękny dzień. Może pójdę zrobić zdjęcia?
Nie. Najpierw kawa, komputer, maile, postaci na GG i ICQ, rozmowy, plany.
Notes: zapisać, zanotować, opracować strategie.
Kawa. Hm… Jeszcze jedna, ok.
MP3, zapuszczam, Mano Negra. Nakręca mnie.
Już 13:12. Hm… Może wysprzątam mieszkanie? Stopy kleją się do podłogi zalanej sokiem z czarnej porzeczki.
13:13.
Dzień jeszcze przede mną, więc może coś zdziałam.
16:42.
Nie zdziałałem za wiele, ale odbyłem wiele interesujących rozmów telefonicznych. Życie na kablu, w ekraniku, kierwa.