Archiwa tagu: india

kanyakumari

no dobrze. dalem sie podejsc. przez chwile nie bylem czujny i zrobili mnie w konika polnego. do kanyakumari mialem (chcialem) jechac pociagiem, ale sie okazalo ze nie ma bezposrednich i trzeba sie przesiadac gdzies po drodze na autobus. pokrecilem sie w okolicach dworca (tzn nawet nie musialem za bardzo bo po doslownie 15 sekundach dorwali mnie kolesie z biura podrozy). Onli tri auers ser, ekspres, werio gud, handred fifti. Ok zabulilem 150 i na drugi dzien stawilem sie z ranca przed biurem. jeszcze wczesniej doszlo do awantury w hotelu, przy oddawaniu kluczy, ciec stwierdzil ze hotel jest 24 na dobe otwarty i jezeli wbilem sie do pokoju o 4.15 rano to doba konczy sie rowno po 24 godzinach i ze mam doplacic jeszcze za nastepny dzien – pokazalem mu srodkowy palec i szybko wyszedlem z hotelu (zeby nie nazwac tego ucieczka). Koles z biura niestety sklamal lub tez nie powidzial prawdy – autobus wcale nie odjezdza spod biura podrozy, ale trzeba bylo miejskim autobusem jechac za miasto (godzinka w plecy) i tam za 10 muinut odjezdza lokalny autobus do kanyakumari (hehe 70 rupii, a ja zaplacilem 150). Mniejsza o kase, chodzi o zasady – robienie w ciula niewinnych i zakreconych typow jak ja to rozrywka w indiach.

Autobus i cala droga okazaly sie bardzo spoko. Przespalem 3 godzinki a nastepne 3 gapilem sie przez okno. gdzies za szarej olowianiej zaslony chmur (pomimo oslepiajacego slonca) majaczyly gory o dziwacznych ksztaltach – wyrastaly wprost z rozleglej rowniny pelnej wiatrakow. liczba wiatrakow siegala zapewne setek – wiatrakowe pola ciagnely sie az po horyzont i zachwycilyby nie jednego don kichota czy tez milosnika alternatywnych zrodel energii. te gory tak na mnie podzialaly ze postanowilem tam sie udac za jakis czas, rezygnujac z bezposredniej jazdy do mumbaju powlocze sie po gorskich stacjach odrobine.

20 kilosow od celu podrozy jedna z miejsowosci tonela w czerwieni flag z sierpem i mlotem – znak ze zblizam sie do stanu Kerala – gdzie komunisci sprawuja rzady (jak i Zachodnim Bengalu).

No i jestem na miejscu. Tutaj wody zatoki bengalskiej, morza arabskiego i oceanu indyjskiego spotykaja sie w jednym miejscu – koniec subkontynentu – poludniowy koniuszek indii – tam lezy niewielkie miasteczko Kanyakumari. Z tego co sie zdazylem zorientowac tsunami unieszczesliwilo mieszkancow. Zniszczone nadbrzeze, rozwalone lodzie – wszystko jednak wraca do normy (oprocz turystow ktorych prawie nie widac).

slonce zachodzi, koniec dnia, wbijam sie zaraz do hotelu popracowac troche nad muzyka i filmami no i calkiem sporo zdjec dzis powstalo…

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

madurai

minal miesiac.wszystko dzieje za szybko, w mgnieniu oka, doby wybijane rytmem wschodow i zachodow slonca, godziny trawione w szumie wiatrakow rozpadajacych sie hoteli, minuty uplywajace w kafejkach netowych, sekundy wybijane rytmem mlaskajacych klapek. oczywiscie to co sobie zalozylem na poczatku nie jest do konca realizowane. plan trasy zapackany jest datami i miejscowkami – to w przypadku indii, bo juz wlasciwie mniej wiecej wiem jak bedzie przebiegac trasa, ale raczej napewno zajda zmiany … czyli na razie wg planu kerala, mumbai, radzastan i kalkuta

dalszy plan jest mglisty i pelen niewiadomych: jeszcze z miesiac w indiach, potem miala byc birma, ale to chyba odpuszcze, z kalkuty skok do bangkoku, pare dni tamze na miejscu i prrzebitka w okolice granicy z kambodza (paillin jezeli to cos komus mowi), miesiac w kambodzy, przeskok do sajgonu, wietnam, chiny, mongolia, rosja i jak sie uda to wykorzystam swoj bilet na trasie moskwa – warszawa (powrotny mam z mumbaju, ale nie ma sensu sie wracac ladem, choc kto wie, bo jest jeszcze opcja powrotu do indii, przez tybet – ale to wraznie nie powodzenia z wiza rosyjska). tu prosba to czytajacych – gdyby ktos z was mial pojecie jak zalatwic wize tranzytowa przez rosje (poza granicami polski, czy jest to mozliwe?), na dajmy na to tydzien dwa (przejazd transyberysjka koleja). czas i zasoby finansowe wszystko zalezy od tego

4,5 miesiaca co mi pozostaly wydaja sie byc tylko chwila, po ktorej obudze sie w swoim mieszkaniu na pradze polnoc

—pociag relacji chingalpattu – madurai —

wiekszosc wspolpasazerow juz spi, zjedli szybko posilek przyniesiony z domu. ja spac nie ide, nie jestem pewnien czy jak nie zasne to nie przespie stacji – o 3.50 mam byc na miejscu

podroz mija szybko, nad ranem wysiadam na stacji w madurai. kawa na niespodziewanie czystym i przyjemnym dworcu i dreptam pare krokow do hotelu – oczywiscie zatrzymywany przez mniej wiecej 20 rykszarzy na koncu przyczepia sie do mnie dziadek, ktory idzie za mna, choc mysli ze to on mnie prowadzi do hotelu, do ktorego przeciez wiem jak dojsc (widac go wlasciwie od razu z dworca), no ale on idzie za mna, przyspiesza kroku tupiac bosymi stopami po posadzce uslanej cialami spiacych pracownikow hotelu

jestem tak zmeczony ze nie zwracam na niego uwagi. w ogole ostatnio nie mam wyrzutow sumienia. jak wydac calkiem spora sume pieniedzy w indiach dajmy na to w miesiac? policzmy: dziennie jestem nagabywany okolo 50 razy (zalezy od miasta, czy jest to moloch w stylu delhi, czy tez spokojna plaza). kazdej z tych osob daje po 5 rupii (raz dalem kolesiowi 1 rupiaka to myslalem ze mnie zabije wzrokiem, ale on tylko splunal czerwona wydzielina) – daje to mniej wiecej 250 rupii (oczywiscie suma wzrasta, bo gdyby sie plotka rozniosla ze bialas wariat rozdaje rupie to ….) 2000 rupii tygodniowo – 8000 rupii miesiecznie – czyli mniej wiecej wychodzi 200 dolarow do rozdania – wiem wiem sa to wyliczenia liczygrosza i sknery, ale prosze sie postawic w mojej sytuacji. po prostu nie da sie kazdemu dawac pieniedzy. dzieci zdeformowane w ksztalt malp, kaleki bez rak nog, staruszki ktorym nie pozostalo za wiele, wychudzeni starcy z dredami, dzieciaki ze szkoly, male radzastanskie dziewczynki lapiace za konczyny i cala masa innych. o tym juz wielkokrotnie pisalem – jestes tylko bialym workiem pieniedzy ktorego tytuluja „sir”

no tak ale jestesmy w madurai… nie ide spac po przyjezdzie, udaje sie do swiatyni, niesamowite miejsce, innny swiat – 2 godziny oderwania sie od wszystkiego….

potem sen… jest zbyt goraco w czasie dnia… a jutro zmykam na koniuszek indii…

ps. odkad mam mozliwosc pisania z polskimi literami na laptopie, nie cierpie tego robic w kafejkach w wiekszosci ktorych ledwo co cos dziala

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

Mammallapuram – a month after tsunami – miesiac pozniej…

Miesiac po tsunami. Zdjecia zrobione w obozach dla poszkodowanych w okolicach Mammallapuram i Kovalam.

Mlode malzenstwo na plazy w Kovalam.

Dzieciaki z Nemmelikuppam. A wlasciwie z New Nemmelikuppam.

Ojciec i syn w New Nemmelikuppam

Rybak z Kovalam.

Nemmelikuppam – opuszczona wioska

 

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

mammallapuram, kilka zdjec

Festiwal Tanca

Kolonia rybacka

 

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

dlugi dzien, albo raczej podwojny

tym razem sie nie udalo. z enfieldem model bullet – nauka na ulicy pelnej krow, dzieci, turystow nie szla najlepiej – ciezka sprawa – wszystko jasne z poczatku – tu sprzeglo, tu hamulec tu gaz tam ssanie a tak sie go odpala (zebralo sie paru nauczycieli)- tak tak, dam sobie rade, no ale po raz pierwszy na takiej bestyji nie za bardzo wyszlo – dlawilem sie, silnik gasl, a stary bullet nie chcial odpalic – wylalem z siebie 2 litry potu – ale jutro znow sprobuje

poza tym – dwa wieczory pod rzad na festiwalu tanca (takakatakatak tikatikatak tikiktikatak – bedzie mi sie snilo przez nastepne noce)

dziwne rozmowy przy slodkiej herbacie

lepkie palce od parroty

dwa pogrzeby i jedno wesele

kapiel o wschodzie slonca – a raczej rozbijanie sie o dwumetrowe fale

robie postepy w montowaniu filmow – adobe premiere nie taki straszny

odpalilem skypa – majac nieoczekiwana przyjemnosc rozmowy z mr. adomasem

pobawilem sie kamera – hmm.. na takim czyms mozna robic „prawdziwe filmy” – ma m na mysli calkiem spora profesjonalna kamere soniaka – i tym samym coraz bardziej wkrecam sie w film

generalnie – wszystko idzie jak najlepiej i nie powiem abym sie zle czul…. :))

chce mi sie jedynie baaardzo spac i dlatego wypisuje polamane zdania…

jeszcze chwile tu zostane

a potem bardziej na poludnie na sam koniuszek subkontynentu

 

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

mammallapuram

Pustka. Cisza. Spokój. Siedzę na plaży, pośród dziesiątek łodzi rybackich, powietrze zawinięte w sieci, które wydają się być zrobione z obłoków waty cukrowej.

Wszyscy widzieli w TV, Internecie i gazetach co stało się tu miesiąc temu. „Tu” – mam na myśli nie tylko to miejsce, ale tysiące kilometrów wybrzeża po obu stronach Morza Andamańskiego i Oceanu Indyjskiego.

Wczoraj wieczorem jadąc nabitym ludźmi, rozklekotanym autobusem z Chennai, widziałem po drodze porozbijane namioty w obozach, gdzie mieszkają poszkodowani. W całej okolicy podobnych obozów jest kilka (i pewnie dziesiątki na całym wybrzeżu). W całych Indiach powstają też sierocińce dla 2000 sierot. Około 1500 matek straciło swoje dzieci, 15000 dzieci wciąż jest poszukiwanych. W autobusie spotykam Szwajcara – Vashist ma na imię, tzn chyba mial inaczej na imie ale przyjal nowe. Mój równolatek – pracuje dla jednej z NGO (Organizacja Pozarządowa) zajmującej się pomocą dla ofiar tsunami. Szefem organizacji jest niewidomy guru Vashista – pokazuje mi zdjęcie człowieka w ciemnych okularach, uśmiechniętego od ucha do ucha, w jednym z obozów dla poszkodowanych przez tsunami.

Po przyjeździe do Mammallapuram, Szwajcar prowadzi mnie do hotelu, w którym mieszka – Ramakrishna Lodge. Hotel jest prawie pusty i za 100 rupii mam całkiem niezły pokoik.

Potem podczas kolacji dowiaduję się paru szczegółów z życia Vashista. Jak już wspomniałem mój rocznik 76 – pracuje obecnie przez pół roku dla jednej z rosyjskich firm (dokładnie nie wyjaśnił czym się zajmują – chodzi o przemysł paliwowy) a drugie pół jeździ po świecie (czasem jest wysyłany służbowo, bo rosyjska firma ma oddziały na całym świecie). Już wcześniej był w Mammallapuram więc jak tylko dowiedział się o tragedii od razu wziął wolne i przyjechał pomagać na miejscu.

Jak mówi – jego życie zmieniło się gdy przyjechał do Indii po raz pierwszy i spotkał swojego guru. W Szwajcarii siedział po uszy w szambie. Stracił prace, w jego mieszkaniu non-stop przybywała grupa znajomych a czasem nieznajomych, więc stracił i mieszkanie (sąsiedzi nie mogli znieść permanentnej imprezy). Notorycznie pod wpływem kokainy, sprzedawał gandzię, hasz, MDMA, ekstazę i LSD tylko po to aby brać jeszcze więcej kokainy. I tak ładnych parę lat. W końcu postanowił wyjechać. Indie to niezbyt dobre miejsce aby wyjść z dragów. No i rzeczywiście, właściwie od razu po przyjeździe trafił na Goa gdzie przez parę tygodni oddawał się różnorakim halucynogennym uciechom. Przyszły jednak upały, więc Vashist przemieścił się na północ do Riśikeśu. Z ciekawości odwiedził jedną z aśram (świątyń) no i stało się. Człowiek, którego tam spotkał, obiecał, że będzie jego wsparciem w walce z nałogiem, ale jeżeli tylko on sam tego chce. No i jak mówi Szwajcar tak się stało. Guru przekazał mu swoją energię, właściwie nie wiele mówił i nic nie robił, po prostu spędził w świątyni jakiś czas. Po powrocie do kraju, nikt ze znajomych nie mógł uwierzyć w przeobrażenie Vashist. Siła woli. Bóg. Energia kosmiczna. Guru. Sam nie wiem. Ale coś w tym musi być.

Znów poprzestawiał mi się zegar biologiczny. Nie mogę spać w nocy, czytam, leżę, montuję filmy, słucham muzyki. Czekam na poranną krzątaninę za oknem i wtedy powoli odpadam w sen. I śpię do 15:00. Dziś postanowiłem w ogóle nie iść spać aby jakoś się wyregulować. Ale który to już raz z rzędu. Odkąd pamiętam poranne wstawanie było moją piętą achillesową. Wielka niemoc, wkurwienie i przestawianie budzika w nieskończoność. Przez to oczywiście miałem różnego rodzaju problemy, w szkole, na studiach a potem w pracy, z której mnie za te moje senne spóźnienia w końcu wywalili. No cóż, ja po prostu lubię sobie długo pospać, szczególnie, że moje sny są lepsze niż filmy ;)

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

still here

znow sie nie udalo – spalem jak zabity do 15.00 (!!!) i pol dnia poszlo sobie gdzies – wszystko przez glebokie zanurzenie sie w 3 ksiazkach na raz i paru artykulach w Tehelce i Outlooku…

mysle jednak, jest jeszcze szansa ze dojade do Mammalapuram dzis wieczorem ale chyba musze zabierac tylek z tej kafejki netowej pelnej kolesi podniecajacych sie najnowszymi telefonami komorkowymi (im bardziej idiotyczny dzwiek tym lepiej – ale to juz znacie)

wschodnie wybrzeze – miesiac temu – wlasnie tu na pasie ponad 1000 kilometrowym uderzyla fala. W Chennai juz nie ma sladu – na Marina Beach odnowili ogrodzenie, malujac je na bialo – plaza pelna ludzi – wlasciwie jakby nic sie nie stalo.

wiem jednak ze tak jest tylko na pierwszy rzut oka – im dalej na poludnie tym gorzej…

ale o tym bedzie potem.

 

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

Chennai

Moment zawieszenia. Gdzieś pomiędzy nocą a dniem nieubłaganie każącym już się budzić.

Zrobiony w bambuko w Bangalore (słowo nie jest pochodzenia hinduskiego w żadnym wypadku – co oznacza proszę sobie znaleźć w encyklopedii albo w sieci) – brzmi jak kiepski tytuł kiepskiego filmu. Zakupiony bilet do centrum miasta okazał się biletem zakupionym na obrzeża Chennai.

Spałem może ze 3 godziny. Wcześniej 3 myślałem i słuchałem Boba Dylana, pieśni chwalących Śiwę – Chants of Shiva i albumu Soul Position 8 million stories – dobra melasa dźwięków, myśli i … chrapania ogromnego kolesia w czapce kominiarce, przyciskającego do szyby swojego syna (tak mniemam) i młodego chłopaka z dziewczyną siedzących z tyłu. Mistrzem był ten dżentelmen – chrapał odkąd tylko zostawiliśmy światła Bangalore.

Człowiek niewyspany jest człowiekiem niegodnym. Wściekły, zły, mówi szybko, bezsensu się wścieka – pozostawiając tylko uśmieszki na twarzach lokalesów. Człowiek po całej nocy w autobusie czy pociągu nie jest po prostu myśleć logicznie i jest łatwym kąskiem dla całej chmary rykszarzy oferujących swoje zardzewiałe usługi.

Wysiadłem więc z autobusu przy jednej z głównych dróg prowadzących do miasta. Światła samochodów z trudem przebijały się przez tumany kurzu. Nie zdążyłem pierdnąć aby pobłogosławić nową ziemię pod stopami a już otoczyli mnie ONI. Przy kompletnym braku asertywności dałem się wrzucić wraz 15 kilo bagażu do środka żółto czarnego trójkołowego pojazdu międzyplanetarnego. Rykszarz błądził ale trafił a ja z kolei trafiłem na następnego typa który pokazał mi ze 3 hotele w których pokoje były gorsze niż kible. Tak bardzo chciał mi te pokazać pokoje, że wchodził do nich i zapalał światło, budząc śpiących jeszcze na kupie, po 3 na dwuosobowym łóżku zawiniętych w koce małych wąsatych człowieczków.

Jak się okazało trudno jest znaleźć wolny pokój ze względu na zjazd muzułmanów – jest jakieś spotkanie religijne nie wiem jeszcze jakie, ale się dowiem. W końcu za 150 rupii dorwałem całkiem przyjemny pistacjowy pokoik z kontaktem (trzeba baterie ładować), wiatrakiem i oknem.

Zbieram brudy, zawijam je w sarong koloru bordo, o 9 odbiorą je pracze, Wypijam herbatkę na schodach sklepu przy Pantheon Road i tak myślę sobie, że chyba czas się przespać chwilę, zanim wyruszę na miasto.

Moment zawieszenia. Pomiędzy nocą a dniem – dniem który można jeszcze narysować.

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

wypad z bangalore

po raz 3 z rzedu wstalem o 12.30 – spalbym dalej gdyby nie cala orchiestra grajaca za oknem i na korytarzu hotelowym, oraz z solowym wystepem w kanalizacji

bangalore, bangalore …

pomijam lozko, prysznic, telewizor z kablowka ale bez pilota, odwiedziny tych samych knajp, masala dosa, puri baji, czai, czai, kursowanie ryksza do mg road i powroty na piechote kluczac i wciaz sie gubiac

wszystko tonie w spalinach, ciezka won betonu polanego woda, wiezowce powstaja na glowach robotnic z radzastanu, gdzies w tych wiezowcach zasiaduja setki programistow klepiacych aplikacje dla IT korporacji

super hiper „jak-na-zachodzie” ale przesiakniete olejem przeslodzone ciastkiem z induskiej cukierni, musi byc markowo i z metka, blyszczaco i extra

przegladam Outlook, India Today – 3 lata temu na topie byly te same gwiazdy co teraz. Ta sama Aishwarya Ray, Amitabh Bachchan czy jeden z Khanow. W Polsce jak mi donosza swieci tryumfy najdrozszy hinduski film ostatnich lat – ponoc swietna zabawa. Ja narazie nie jestem tak zdeterminowany aby 4 godziny siedziec w jednym z zaplutych betelem kin. ale jak sie trafi to sie trafi

pomimo kosmopolityzmu – i duzej ilosci obcokrajowcow nie spuszczaja z ciebie oka. w kazdym momencie w kazdej chwili ktos cie obserwuje. mozna wpasc w paranoje. ale to juz przechodzilem wczesniej – choc nigdy do konca nie jestem w stanie pozbyc sie tego uczucia

bangalore to jedno z najbardziej rozwijajacych sie miast azji – moze jest szansa ze nie zje wlasnego ogona

zaraz wsiadam do autobusu i rano powinienem byc w Chennai

PS.
znow na glos przeczytalem to co napisalem (dziwnie sie patrza w kafejce netowej) – w tym Bangalore nie bylo tak zle – hehe – bylo wrecz przednio i jak pomysle co jeszcze przede mna

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

foto

 

 

Opublikowano India, travel | Otagowano ,