Archiwa tagu: india

bangalore

10 godzin po kiblem w pociagu zaladowanym do granic mozliwosci – bilet byl nie bylo miejsca – wlasciwie to koles mnie zrobil w bambo ten z agencji – ale coz taki lajf

potem wiecej napisze. miasto jest dziwne. przez 2 godziny szukalem taniego, a potem jakiegokolwiek pokoju. 300 rupii, sir, only for you – pod dworcem autobusowym ale trzeba pare rzeczy zalatwic na miejscu. no i z netu skorzystac – bo wczesniej to byl dramat – lacza netowe piaskiem zapchane

 

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

hampi

Widok za oknem kojarzyć mógł mi się tylko z Kapadocją w Turcji. Autobus z miejscami do spania sennie toczył się żwirowatą drogą mijając formacje skalne (wyglądające jak ogromne groby dla słoni) pomiędzy które ludzie wcisnęli domostwa i zagrody dla zwierząt. Był piątek, bardzo wcześnie rano. Jak zwykle przyjezdnych przywitali niezłomni naganiacze i rykszarze. Jak zwykle ich zignorowałem i na chybił trafił doszedłem do rzeki, mijając typowe miejsca dla zachodnich podróżnych – pozamykane jeszcze knajpy, kafejki netowe czy guesthouse’y. Przedostałem się na drugą stronę na pseudo promie – czyli niewielkiej okrągłej łodzi z bambusa i liści palmowych.  Ghaty na brzegu i schody ciągnące się do góry pełne były pielgrzymów z różnych stron stanu Karnataka. Akurat wypadało święto, kompletnie mi z głowy wypadła jego nazwa, choć mi powtarzano a nawet zapisałem ale mój zielony notatnik z prawie wszystkimi tajemnicami zaginał i pewnie skończył w żołądku tej która daje opał i mleko. Setki rozebranych do majtek wąsatych kolesi z radością parskało w Tungabhadrze rzece nawodniającej te okolice i pewnie całkiem inne też. Po schodach schodził brudny słoń. Baba wprowadził go do rzeki na kąpiel przed ceremonią  w świątyni – słoniu będzie pobierał rupię za błogosławieństwo a czasem dostanie też kiść bananów. Hampi tego piątku tętniło życiem aby jednak szybko powrócić do typowego stanu zawieszenia gdzieś pomiędzy przeszłością a przyszłością, pomiędzy duchami przodków uwiezionymi w ruinach Widźajanagaru a zwykłymi codziennymi sprawami i kombinowaniem jak by tu zarobić trochę kasy na tłumach turystów.

Wciągam się na prawie tydzień, a może jest zbyt gorąco aby „zrobić” wszystkie  jego atrakcje w jeden dzień. Wypad do świątyni, rytualne oglądanie zachodów słońca (nie ma siły wstać rano na wschód), rowerek nad jezioro tudzież wodospad. Pożyczam rozklekotany motorek marki TVS. Droga do Hospet (całkiem spore miasto – 11 km od Hampi) jest wąska, pełna dziur, krów, rykszy, autobusów i dzieci wybiegających ze szkoły. W miarę obeznany z tym klimatem całkiem sprawnie, używając non stop klaksonu przemieszczam się z punktu A do B jak bankomat w Hospet. W drugą stronę tych punktów jest znacznie więcej. Zatrzymuję się tu i ówdzie wjeżdżając na teren ruin Widźajanagaru, które dni swojej chwały ma już dawno za sobą. Kiedyś stolica ogromnego królestwa, rozciągała się na obszarze 30 kilometrów kwadratowych i była domem dla pół miliona mieszkańców. Gorące dni nastały, choć noce wciąż chłodne i śpię w polarze. Przesiaduję w jednej ze świątyń. Jest kompletnie pusta, jeżeli by nie liczyć dwóch śpiących pod murem sprzedawców pocztówek. Rozkładam się w sali kolumnowej. Nie potrafię medytować. Nie umiem się wyłączyć całkowicie, chyba że muszę – przykładowo podczas hardkorowej podróży autobusem. Teraz atmosfera wręcz sprzyja temu aby się wyłączyć. Cisza. Słońce. Wiatr. Jestem.

Szukam wokoło pomysłów. Nawet najmniejsza rzecz, z pozoru nieistotna może nabrać znaczenia. Idea – coś co można wdrożyć po powrocie. Prości ludzie, nie mający dostępu do rzeczy które można sobie kupić w hipermarkecie, sami kombinują, wymyślają, konstruują. Jak urządzić sobie mieszkanie, kibelek, knajpkę a nawet jak zrobić design WWW – wszystko jest wokoło – otworzyć mózg i zarejestrować, zmodyfikować użyć we własnym celu. 

Dnia szóstego zacząłem się nudzić. Może inaczej – nie nudzić ale odczułem potrzebę zmian. W końcu nie mam całego czasu i droga wzywa. Bilet do Bangalore zamówiony. Jutro wbijam się w nocny pociąg do induskiej doliny krzemowej.

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

Goa

Mrówki zjadły plecak, zachęcone hinduskimi słodkościami z bazaru w Canaconie. Piasek wchodzi dosłownie wszędzie, czego nie przeżył mały ixus, umarł wczoraj zapchany drobinkami piasku. Sól i słońce wysuszają i palą skórę białasa, w nocy chłodny wiatr znad Morza Arabskiego nakazuje ubrać się w polara i długie spodnie.  Na stopach pojawiły się głębokie rany, efekt chodzenia po skałach obrośniętych ostrymi muszelkami.

Wstaję z rana. Zanurzam się w morzu. Leżę na plaży, schnę, zjadam niewielkie śniadanko. Potem robie kupę i zachwycam się nią (jak sugeruje jeden z anonimowych emaili jaki dziś dostałem).

Beztroska? Lenistwo? Poniekąd tak. Biję się z myślami. Trasę planuję po omacku, porażony wielkością kontynentu. 5 dni przemierzałem Goa motocyklem. Nie za wiele z tego wyszło. Zdjęcia takie sobie. Brak reportażu, tematu, bohatera – wszystkiego tego co sobie założyłem przed wyjazdem. Z drugiej strony jednak nie da się tak. W moim wypadku. Powoli się rozkręcam. Nigdy nie trwało to tak długo. Wciąż siedzi we mnie zimowa Warszawa. Mam nadzieję, że wena przyjdzie do mnie pewnego słonecznego styczniowego dnia. 

Goańczycy szczerzą się od ucha do ucha. Ogromnie gościnni, przyjacielscy i pomocni. Goa to jeden z najlepiej rozwiniętych ekonomicznie stanów Indii. Jeszcze 40 lat temu była Portugalia, jednak dziś raczej nie uświadczysz ludzi mówiących po portugalsku, choć mógłbym znaleźć mnóstwo podobieństw z inną byłą kolonią – Brazylią. Dziś to rajskie miejsce, pełne niewielkich wiosek, niewielkich kościołów i kapliczek, gajów palmowych, rzek, strumieni i pól ryżowych. Od lat 80tych Goa jest synonimem nieustających imprez – gdzie alkohol leje się strumieniami, pigułki znikają w żołądkach, knajpy zasnute są chmurami marihuany a zkwaszeni obywatele świata zachodniego doznają oświecenia na plaży. Parę lat temu rząd postanowił coś z tym zrobić. Wprowadzono zakaz grania głośnej muzyki po 22, policja wzmocniła kontrole (prawdopodobnie po to aby napchać sobie portfele bakszyszem). Zmieniło się wiele – północ Goa nadal imprezuje, natomiast południe jest znaczniej spokojniejsze. Puste plaże, miejsca lęgowe dla żółwi morskich, rezerwaty przyrody, wąskie drogi, opuszczone forty. Można nie robić nic, leżeć na plaży, czytać książkę czy grać w karty ale z drugiej strony człowiek ciekawy świata nie może pozostać w bezczynności. Rower albo skuter chyba najlepiej pomogą  w eksploracji okolic. 

Dzięki różnym znajomościom blogowym (dzięki Marta) łapię namiary na Kaśkę (www.rudawazji.blog.pl). Wraz z Manu prowadzi małą knajpkę Sunklub w Patnem. 3 miesiące temu sklecili  z bambusa, drewna, liści palmowych i sporych płacht kolorowego materiału bardzo sympatyczne miejsce, gdzie można zjeść, pogadać, posłuchać dobrej muzy i zwyczajnie wygrzać się w słońcu na antresoli. Mam więc gdzie zostawić plecak (dziś wyniosłem się z plaży, wieczorem odjeżdżam autobusem do Hampi), dowiedzieć się paru interesujących rzeczy i złapać kolejne kontakty do dobrych ludzi.

Tsunami. Magiczne i złowrogie słowo. Teraz już żadna plaża w Azji nie będzie taka sama. Wciąż myślę o tym co zdarzyło się raptem 3 tygodnie temu i będzie miało swoje konsekwencje na długi czas. Na Goa doszły jedynie echa tej  niszczycielskiej fali – podmywając odrobinę plażę w Palolem (jak i inne miejsca wzdłuż zachodnich wybrzeży Indii). 

Czytam po raz kolejny na głos to co napisałem i zdaję sobie doskonale sprawę z małości tych słów i bezsensu istnienia istoty ludzkiej –  z czym godzę się pokornie ale raczej będę uparty  swoich działaniach-niedziałaniach.

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

goa

ufff… zsiadlem z motorka po 2 godzinach jazdy przez gory, zatloczone miesciny i jestem w panaji (stolicy goa)

rafal, kamila i piotrek pojechali poprzedniej nocy na samo poludnie do kerala – aby wracac po 2 dniach – ich nagli czas a mnie raczej nie

po raz pierwszy podczas tej podrozy jestem sam

dzis przez pol godziny po przebudzeniu gapilem sie w sufit podziwiajac promienie slonca przeswitujace przez dziury w dachu mojej chatki na plazy

dalej nie moge sie wtrybic. ani w zdjecia ani w teksty – szukam odpowiedzi dlaczego tak sie dzieje . wiecej radosci sprawia mi polykanie swiezego powietrza jezdzac po okolicy, zagladajac na puste plaze czy przesiadywanie w knjapkach zajadajac sie przysmakami poludniowej kuchni.

zmykam. nadchodzi wieczor – a mam jeszcze 80 kilosow do przejechania.

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

ostatni dzien w mumbai

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

colaba i okolice grand road

Kurcze nie wiem kiedy pisac teksty – moze wyluzje na plazy w goa – dalej nic zaplanowane – dzis wypad na miasto – zakonczony jak zwykle wychodzeniem ladnych kilometrow plus rajdy pociagiem, rykszami i taksowka.

Przepocilem sie Miastem. Przesiakam zapachem. Przywyklem do obrazow. Dzwiekow. Wszystko jednak jest zludne i zaskoczy cie w najmniej oczekiwanym momencie.

Okolice Grand Road to dzielnica uciech – przed malymi burdelami stercza kobiety (od malych dziewczynek po starsze kobiety) – ciezki makijaz, obcisle sari – miedzy nimi transwestyci…

Jedna z bocznych uliczek.

Salon gry w Carrom.

 

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

krishna niwas house, bandra, mumbai

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

Bandra

Zapewne wiele lat temu, nie pamietaja tego najstarsi Indianie, byla to tylko mala wioska – gdzie uprawiano ryz i fasole az nadeszly czasy gdy rozrastajaca sie lakomie metropolia Bombaju wchlonela ja bezpowrotnie. Dzis Bandra to w miare bogata dzielnica Mumbai (do 1996 roku obowiazywala brytyjska nazwa Bombaj). Sklepy z ciuszkami (strasznie kiczowate kolorowe szmaty), zaklady jubilerskie, kina, centra handlowe – jednakze w induskim stylu – porosniete grzybem malych zakladow rzemieslniczych spowite spalinami z tysiecy ryksz i taxi Ambasadorow.

Bandra to dzielnica zamieszkala przez calkiem spora grupe katolikow. Slumsy znajdujace sie tuz nad woda, wspinajace sie po wzgorzu – przypominaja troche te z Rio de Janerio – z mala roznica – nad samym mozem, tuz przy „plazy” stoja nedzne chatki, sklecone z „czegosietylkoda” nad nimi odrobine wieksze chatenki, powyzej apartamentowce i hotele.

W labiryncie slamsow mozna zagubic sie na dobra chwile. Odrywamy nowe przejscia, podworka, z niewielkich pomieszczen wylaniaja sie zaciekawione twarze – po godzinie cala okolica wie ze 4 bialasow buszuje po ich terytorium – nie wyrzucaja – uporczywie tlumacza ze nie ma przejscia…

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

spacerek po mumbaju

na razie chodze ogladam przyzwyczajam sie obiadam hinduskim zarciem przemieszczam pociagami rykszami – jednym slowem – trza sie zaadaptowac…

Opublikowano India, travel | Otagowano ,

bombaj

Trzeba zapisywać wszystko.
Zapachy, dźwięki, obrazy.
Ubrać je w słowa.
Myśli są ulotne.
Wspomnienia się zacierają.

Przyzwyczajenie, adaptacja do nowego miejsca sprawia, że te sytuacje, które na pierwszy rzut oka zadziwiają, po jakimś czasie wydają się mało ciekawe, zwykłe – zmęczenie upałem szybko wprowadza w stan lenistwa i nicnierobienia.

Moskwa, lotnisko. 30.12.2004

Przedostatni dzień tego dziwnego roku, w którym tyle się zdarzyło – zarówno dobrego, jak i złego – ale to oceni historia.

Lotnisko pełne sklepów wolnocłowych, cen w euro, hinduskich rodzin palących kadzidełka pod schodami prowadzącymi na górne piętro lotniska, które tak dobrze znam – spędziłem tu ładnych parę godzin lecąc do Delhi i z powrotem w 2003 roku.

3 godziny nerwowego snu, wizyta w szpitalu z rana – badania wyciętego torbiela wypadły dobrze – wszystko jest OK, a resztki szwów wkrótce wypadną. Monika zabiera mnie na lotnisko – widzę się z tatą przez 3 minuty, jest też Kufel i Makao – błyskawiczne pożegnanie i już siedzę w tupolewie do Moskwy.

Spotykam polskiego Mongoła – Anu – zapewne jest bywalcem dyskotek w Ułan Bator, opowiada mi o tamtejszych realiach, cenach, drogach, samochodach, mrozie, śniegu, stepie, jurtach, dyskotekach w szarej betonowej stolicy Mongolii. Skończył liceum w Warszawie – teraz studiuje turystykę w Ułan Bator. Może kiedyś zahaczę te okolice – każdy kontakt dobry.

Mam jeszcze 2 godziny na lotnisku. Laptop chyba ucierpiał – trzeba go lekko podkleić – nie wiem kiedy się to stało, ale wnikać nie będę – superglue i taśma izolacyjna załatwią sprawę.

Jestem zmęczony. Przerażony brakiem planu – trzęsienie ziemi i tsunami zrobiły swoje – i miejsca, w które miałem jechać, po prostu nie istnieją. Daję sobie 2 tygodnie na wymyślenie najbliższych 2 miesięcy.

Lot z Moskwy do Mumbaju – mieszanka indyjskiego pociągu z dobrą radziecką techniką – tak się jeszcze nie bałem – turbulencje, pijane Rosjanki, indyjskie rodziny, ścisk, tumult, ale i szczęśliwe lądowanie.

Jestem w Mumbaju.

Opublikowano India, travel | Otagowano ,