3 dzien w Maraleszu. Ta klawiatura mnie zaraz dobije. Arabski uklad klaiszy i jestes zalatwiony. Efektywnosc pisania spada o 1000 proecnt (nie mogmem wlasnie znalezc znaku porcenta).
Jest dosc pozno, ale jak pisalem wczesniej miasto tetni zyciem. Wiola zostala na tarasie hotelu i pisz chyba ksiazke _ dziennie okolo 6 stron w zeszycie. Dzis tez udalo mi sie wywolac 5 negatywow czarno bialych – bedzie co ogladac – teraz tio ju mowie :)))
Niestety lacza sa cienkie i nie udalo mi sie wyslac fotek z aparatu cyfrowego. Generalnie sztuka robienia fotek wymaga sporego samozaparcia, drobniakow a kieszeni, niezlego oka, refleksu i w naszym wypadku olowkow i dlugopisow ktore rozdajemy dzieciakom i doroslym w zamian za pozowanie…….
Obeszlismy caly Marakesz, zbaczajac oczywiscie z turystycznych szlakow. Prawde mowiac jestem niezle pod wrazeniem tego wszystkiego i trudno mi jest cokolwiek napisac.
ogolnie – mamy wrazenie bycia w drodze od wielu dni, a nie minal nawet tydzien… jutro z rana wywalamy nasze kosci w gory..
Archiwa tagu: morocco
As Salaam Aleykum
Marakesz
Jestesmy na miejscu…. Marakesz to szalone miasto… dotarlismy tu wieczorem wczeoraj. 2 godziny poszukiwania taniego hotelu (za 5 dolocw na dwize osoby) spelzly na niczym. W koncu spalismy za 8 na dwiz osoby = kaaluchy, kibel i prysznic jak z trainspotting; ale ok….. Glowny plac Marakeszu dzemaa el Fna jest niezle pokrecony; wlasnie przed chwila trzymalem na szyji jakiegos weza; a obok koles gral drmatyczny utworek dla swojej kobry. Pomiedzy 19 a 22 plac zapzlnia sie setkami niegroznych psychopatow, stragana,i z wysmiznitym i tanim zarciem (kuskus, chleb, ryba, kola dla daoch osob za 4 dolce).
Z samego rana zmienilsm hotel = na tanszy i lepszy. Z widokiem na ten szalony plac. Zaraz ruszamy na obchod calego miasta. Zostaniemy tu jeszcze dwie noce. Potem jedziemy w gory do Imlil gdzie Martin Scorsese krecil KUnduna, potem Zagora na Saharze, kraina Kazb, Erg Chebbi na pustyni, Fez i powrot do Casavblanki.
Ponownie pozdrowka dla wszystkich…
Maroko – As Suwajra
Afryka. Maroko. Casablanca. Siedzimy na kartonach przed dworcem autobusowym. 5 godzin do autobusu. W koncu po wielu perypetiach, jeszcze przed wschodem
slonca udaje sie nam wyjechac. Po paru godzinach budzi nas slonce. Przez okna autobusu ogladamy mijane przez nas wioski, ludzi, czerwien laczy sie z blekitem, popielate twarze, okrzyki, nagabywania, lecz my wciaz w drodze…..
dojezdzamy do portowego miasta As Sawijra…. mala uczta, 2 klisze zdjec, 10 zapisanych stron w notatniku.. mamy zamiar zostac tu ze 2 dni; a potem w
strone marakeszu // to nie jest jeszcze ta afryka. ale juz ja czuc
…
Dzis skuszeni przejazdzka na dzamalach [wielbladach) udalismy sie do ruin sredniowiecznego zamku na plazy.. potem wedrowka przez wydmy do malej wioski; gdzie w latach 60 narkotyzwal sie Jimi Hendrix… niestety zadnych sladow po nim nie znalelismy… ogolnie czas uplywa na wloczeniu sie po miescinie, wsuwaniu wspanialosci kulinarnych prosto z morza w starym porcie (za dwie garscie krewetek, dwa homary, dwie wyjebiste ryby, 2 cole, mnostwo chleba i salatke dalismy 90 dh = 9 dolcow) i opedzaniu sie od miejscowych dilerow czekolady [mysje !!! haszisz maj friend, weri czip, gut for ju)
Jutro walimy w strone Marakeszu… co dalej zobaczymy… mamy w koncu troche czasu :))
