Archiwa tagu: autostopem po japonii

autostopem przez galaktykę

W telewizji Top Gun w którym Tom Cruise gadający po japońsku zabija radzieckich wrogów  a ja zabijam wirusy, których się naściągałem wieczorem. 

Dobrze mi, dziś właściwie się za bardzo nie ruszyłem. A jutro chyba pojadę dalej. Miasto. Ja chcę do miasta. Jestem miejskim zwierzęciem i mam w nosie ładne widoczki. Jutro jest Live8 w Tokio, ale nie zdążę – chyba, żebym wydał całą kasę na superszybki pociąg z Sapporo albo samolot z Kushiro – ale chrzanić to. Bjork już widziałem wcześniej – i choć wiem co tracę nie zdecyduję się na ten wariacki krok. Myślę jednak, że za 3-4 dni będę w Sapporo a potem szybko na południe do ciepełka. I więcej czasu w miejskich dżunglach gdzie aż roi się od tematów, ludzi i abstrakcyjnych sytuacji. Tokio, Osaka, Kyoto, Hiroshima i tak dalej. Może nawet dotrę na Okinawę?

Autostopem przez galaktykę.

Wizyta w Japonii to nie jest wyjazd za granicę. To wczasy na innej planecie, w innej galaktyce. 

Język

Japoński to po japońsku „nihongo”. Właściwie naukowcy do końca nie są pewni korzeni języka – prawdopodobnie ma dużo wspólnego z dialektami tureckimi i mongolskimi a także powstawał pod dużym wpływem chińskiego i koreańskiego. Pomiędzy XVI i XIX wiekiem kupcy europejscy oprócz syfilisu i innych zabawnych chorób przywieźli także parę słów które weszły do codzinnego japońskiego. Oczywiście w wieku XX nastąpiła głęboka amerykanizacja kultury i tym samym na toaletę mówi się toyre, na silnik enjin, na penisa penis, telewizor to terebi, love hotel to rabuhoteru i mógłbym tak długo wymieniać. Chodząc po Tokio pewnego wściekłego deszczowego poranka, niewyspani insomniacy (ja i lca), wymienialiśmy japońskie słowa, które znamy. Lista była imponująca: judo, harakiri, seppuku, kamikaze, karaoke, bonzai, sake, aikido, ninja, jakuza, suszi, orgiami, tsunami, wasali, gejsza, sumo i kupa innych. Potem jak wyruszyłem w drogę miałem mnóstwo czasu na naukę – wcześniej do iPoda załadowałem sobie Japanese-Pimsleur (pierwszy unit) i powoli, z lekkim zdziwieniem, zacząłem przyswajać. Gramatyka prosta, dwa czasy jedynie (przyszły można wyrazić za pomocą teraźniejszego), wymowa prosta, żadnych intonacji jak w chińskim, wietnamskim czy tajskim – tylko się uczyć. Trudniejsza sprawa z czytaniem – słowa pochodzenia chińskiego zapisuje się w kanji (taki sam alfabet jak chiński) w połączeniu z japońskim alfabetem hiragana i katakana (w nowoczesnym japońskim występuje ponad 2000 znaków kanji, natomiast 46 znaki w hiraganie odpowiadają sylabom – w sumie w różnych kombinacjach możemy używać aż 100 znaków; co do karakany – używa się jej aby opisać wszelkie słowa zapożyczone z innych języków – proste prawda? hehe). Czytanie więc sobie odpuszczę – na szczęście w sprzedaży są komiksy (mangi) bez słów – tylko z obrazkami:):)

Mam więc nadzieję, że za miesiąc będę choć odrobinę mówił po japońsku i cokolwiek rozumiał.

Oprócz Nihongo (którym posługuje się prawie 130 milionów ludzi na całym świcie) w Japonii używa się również Ainu (na Hokkaido i Sachalinie w Rosji) oraz Ryukyuan na Okinawie (południowa tropikalna wyspa, bardzo blisko Tajwanu). 

Kible
Znów inna planeta – podgrzewane sedesy, wbudowane komputery, gadające spłuczki, regulowana moc strumienia wody podmywającej odbyt, zaawansowane bidety – generalnie raj co przepadają za lekturą i długim ketonowaniem w toyre.

Automaty

Sprzedaje się w nich wszystko – napoje, lodowatą bądź gorącą kawę, browary, szlugasy (cała Japonia jara jak lokomotywa, a średnią życia mają jedną z najdłuższych na świecie), hotdogi, czekoladki, chrupki, kondomy, części komputerowe, komórki, karty sim, pornosy i komiksy – w Japonii jest największa ilość automatów na świecie – są dosłownie wszędzie, nawet w miejscach gdzie człowiek pojawia się z rzadka (może niedźwiedzie na Hokkaido też zakupują rybne chipsy w automatach?)

Opublikowano travel | Otagowano ,

Kawayu. Hokkaido

Dziś leniwy dzień. Ulice miasteczka puste, niewiele osób, same dziadki w pickupach i turyści. Spało mi się wybornie. Lecz o 7 rano (!!!!!) przyszedł dziadek – właściciel raida hausu. Upierd okropny – szurał, stukał i szeleścił, w końcu zapukał do mojego pokoju – zapłaciłem mu z drugą noc, ale właściwie nie o to mu chodziło – pokazał mi mapę z jeziorem i zakreślił kółko paluchem – spacerek pogoda-san. Powiedziałem mu, że nic z tego, ja muszę spać, dziadek zignorował mnie i wygonił do innego pokoju, aby wywietrzyć z bąków pokój w którym spałem. Nie powinienem się wściekać, ale chciałem sobie jeszcze pospać. Ten nie dał jednak za wygraną, chodził i stukał, ścierał kurze – chyba nie ma co robić za bardzo  i wziął sobie do serca wysprzątanie wszystkich pomieszczeń. W końcu się ulotnił. Niestety nie zdołałem już zasnąć – czas zrobić pranie. Nie ma o czym pisać właściwie – wioska podobna do Breckenridge albo Winter Park w Colorado – już o tym wcześniej wspominałem. Samochody z napędem na 4 koła, hotele, centra konferencyjne, wypchane niedźwiadki i cały ten szajs. Doskonałe to miejsce aby popracować odrobinę. W kolejce czeka jeszcze mnóstwo innych rzeczy – zaległe Indie, Kambodża (niestety zgubiłem jedną z taśm), Wietnam, tuktukiem przez Chiny.

Opublikowano travel | Otagowano , ,