Czyli Chichi w skroce. Dotarlem z Panajachel. Pisze w telegraficznym skrocie bo tu kurtka internet chyba maja przez 9600 modem. I kosztuje … 5 dolcow za godzine. Jestem tuz przy granicy z Meksykiem – miasto tez sie ladnie nazywa Huehuetenango. hue hue….
Wiec… co tam… dojechalem do Chichi, aby ujrzec ten slynny dzien targowy. Zadekowalem sie w hoteliku i dzis z rana taszczac cyfraka , eosa i dwa obiektywy plus 5 filmow wybralem sie na lowy.
W kosciele zdjec robic nie wolno – moga cie za to ukamieniowac. Otoz kosciol to tylko budynek dla indianskich ceremonii – nikt, ani Hiszpanie, ani Inkwizycja, ani Gringos nie dali rady. Guatemala w dalszym ciagu kieruje sie wlasnymi zasadami, wierzeniami… etc….
przejebane pisac w skroce i wogole lapiac sie na tym ze mysli uciekaja bo w glowie mi huczy od chicken busa w ktorym kierowca zapodawal klasyke z 70tych: slide, led zep, rod stew, i tysiace inych baranow. POza tym scisk byl taki ze wciaz mam slad na twarzy od metalowej rurki ktora mi sie wgniatala na kazdym zakrecie – a zakretow bylo sporo
wiec… pstrykalem zdjecia, bedac w niejakim pospiechu, ale pare wyszlo, co wyjdzie wkrotce jak sie dostane do meksyku, gdzie ponoc lepsiejszy inet
dobra. pozdrawiam. ide zjesc… mialem napisac kurczaka .. ale kurczakow to ja dzisiaj zjadlem 3… wiec moze cos innego…



























