san pedro nowy dzień

Pierwszego dnia nowego roku wracalem do „hotelu-bez-nazwy” o 5:30 rano. Za chwile mialo wzejsc slonce. Wspinalem sie waska droge, wyzej i wyzej, haja end haja, az do miejsca gdzie w srodku tego labiryntu byl moj pokoj. Totalnie zmeczony. Calkowicie usmiechajaco spokojny. Mieszkancy San Pedro de Laguna jak w kazdy inny dzien otwierali sklepy, jechali na rowerze do pracy, dwie kobiety w malym ciemnym pomieszczeniu ugniatalyb wielki kawal ciasta – chleb z tego bedzie. Nie wazne dla nich bylo ze 80% tubylcow i 100% gringos wlasnie dogorywalo gdzies na zgliszczach jednej z wielu imprez.

Zaczelismy o 14:00. Zebrala sie mala ekipa – aby powolutku obrabiac kolejne butelki. Browarowo, zielono – potem przyszedl glod i duza pizza z warzywami i pieczarkami – znow rum i kola zmieszane w butelce po wodzie mineralnej.

Wyczekiwane, gluche rozmowy – muzyka – jakis psychodeliczny tranz – totalnie mnie dobila. ilez mozna – w kolko ten sam rytm, bez sensu. Reszta jak maszyny, w swietle ognia, i swietle ksiezyca podrygiwala jak im zagrano.

5:00 czekam na wschod. Mam ochote skoczyc do wody, ale ruszyc sie nie mego. Jestem wypalony. Chce spac.

8:00 wystrzaly pedard skutecznie mnie wkurwily. wiecej nie spalem – ale kackupka i sniadanko – nalesniki z bananami plus kawa i miod skutecznie mnie obudzily.

Wynosze sie do innego hotelu. Tuz nad woda. Woda mineralna. Plywam w jeziorze godzine, zdjecia, portrety. Jest coraz lepiej. Nowa lepsza jakos i energia. Nowy lepszy bART. Ekefty wkrotce. Zasypiam w koncu o 16:00, aby po 2 godzinach zaladkek mnie obudzil – czas na kolacje.

Pierwszy dzien. Nowy dzien. Rok, czas, i rzeczy ktore zrobie. Jest dobrze.

 Sergei Bobrovsky Authentic Jersey

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.