Pan Witek z Atlantydy

Przeczytałem reportaż w „Wyborczej” o panu Witku z Atlantydy. A teraz moja
historia. 2 lata temu zażenowany wyszedłem z Ground Zero i pol zlem na
przystanek nocnych autobusów. Idąc poczułem straszliwy głód. Wstąpiłem
wiec na hotdoga. Ide se patrze se , a tu stoi starszy człowiek. Twarsz
znajoma, stara gitara przewieszona przez ramie. Pan Witek z Atlantydy. Po
prostu. OOO witam pana WItka – rzekłem. OOO witam , – uśmiechnąl sie pan
Witek. Okazło sie ze jedzie na Wilką Orkestrę do Krakowa, ale ma jeszcze
parę minut do pociągu. Kupiłem hoddoga sobie i panu Witkoi i zacząlismy
rozmawiać. O życiu. Nawet nie pamiętam szczegółów teraz. W pewnym momencie
dał mi swoją gitarę. Tak. Te słynne pudło, poobklejane z każdej strony.
Zagreałem mu Gunatanamerę. A on dośpiewał swoje słowa. Potem on zabrał 6
strunowkę i zagrał mało cenzuralną wersję „Oh ela”. Potem pojechałem na
Pragę a Pan Witek do Krakowa. Tsak sobię myślę , że naprawdę mało jest tak
autentycznych ludzi jak on. Autentycznych? co to znaczy? Nie wiem sam do
końca. Ale to słowo bardzo do niego pasuje. On jest jak Neil Young.

Ten wpis został opublikowany w kategorii common life i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.