Bodhgaya

Znalazłem miejsce na dachu w hotelu Deep Guest House. Na moment lekko unieruchomiony, zastały w miejscu, nie mogąc sie ruszyć z powodu kontuzji przemieszczam sie w kwadracie – hotel, internet, knajpa, dach. Miejscówka na dachu doskonala, aby obserwować życie ulicy. Droga niczym z westernu, ciągnąca sie wzdłuż niej parterowa zabudowa sklecona jest z betonu, lichych desek i blachy falistej. Znajdują sie tam domy, knajpki, zakłady usługowe. W zasięgu wzroku mam „Raaz Digital Studio”, „Sushima Sweets, Chat & Tea Corner”, „Tailouring House” czy „Hotel Budda”. Muchy karmią sie moja obojętnością. Zastygłem wewnątrz siebie.

Jeszcze w Delhi spiknąłem sie z Karolina. Z Delhi przedostaliśmy sie do Gai – 16 godzin pociągiem. Wychodząc z pociągu w miejscu popularnym wśród turystów należy liczyć sie z tłumem rykszarzy wierzących we własne szczęście ze to wlasnie on a nie jego kumpel upoluje parę białasów z plecakami. No i upolowali. Po ustaleniu ceny ruszyliśmy do rykszy – tłum wciąż za nami. Nie zauważyłem w tym chaosie wysokiego progu chodnika i upadłem uderzając kością piszczelowa lewej nogi w betonowy próg. Gdy sie podniosłem, spostrzegłem trzy centrymetrowa dziurę w nodze – nie powiem ze bylem bardzo szczęśliwy widząc kosc piszczelowa. Rykszarze zniknęli w jedna sekundę. „Ja-kosc” rany nie pozostawiała mi żadnych złudzeń – trzeba znaleźć szpital i szyć ranę. Szpital państwowy w Gai wyglądał nieco przerażająco ale krew ciekła z nogi i nie mialem wyjścia. Dwóch typów (chyba lekarzy ale bez służbowych ubranek) poszukało igły i nici – po odkażeniu duża ilością jodyny zaszyli mi ranę gruba dratwa – zamiast 3 szwów mialem tylko jeden. Noga wyglądala jak zaszyta szyneczka. Dostałem jeszcze zastrzyk i w drogę. Usługa darmowa – wzbraniali sie przed przyjęciem ode mnie zapłaty. W Bodhgai w lepszym punkcie medycznym jeszcze raz mi to oczyścili – dostałem lekarstwa. Chyba jakoś to będzie – nie pierwsza i nie ostatnia rana w moim życiu.

Bodhgaya niestety nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Wiem ze to miejsce bardzo ważne dla buddystow, którzy przyjeżdżają tu z całego świata aby medytować w zamkniętych miejscach gdzie budda doznał oświecenia. Niestety nic. Jak dla mnie. Wioska pelna much, żebraków i ludzi próbujących ubić interes na fakcie ze miasto jest miejscem pielgrzymek … nie ważne – nie mi osadzać cokolwiek. Poza tym moze pojawiłem sie tam w nieodpowiednim czasie…. kto wie?

Dnia trzeciego przyszedł czas aby opuscic Bodhgaye. Problem – dokąd?

Spojrzeliśmy na mapę – Karolina miala jechać do Kalkuty załatwiać sprawy i prawie sie z nia wybrałem. Ale nie bylo pociągu żadnego w tamtym kierunku. Postanowiliśmy pojechać do Allahabadu.

Ten wpis został opublikowany w kategorii India, travel i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.