Wzdłuż Gangesu

Staram się znale?? w tej ca?ej egzotycznej chaotycznej kiczowatej mieszance CO?. Tak bardzo nieokre?lone co?. Je?eli kto? poniesiony wspó?czesn? lektur? na temat Indii my?li, że zaraz po przyje?dzie odnajdzie tam samego siebie, zg??bi istot? wszechrzeczy i odszuka z?oty ?rodek, jest w potwornym b??dzie. Pierwsze doznania po przybyciu nale?? do tych nieprzyjemnych i irytuj?cych: upa?, jeszcze raz upa? i niewys?uchane modlitwy o zdolno?? aklimatyzacji. Człowiek zamiast ch?on?? now? kultur? zamyka się w pokoju hotelowym, poruszaj?c się wci?? po tej samej nieskomplikowanej trasie: kierunek prysznic i powrót w stron? wiatraka. Zreszt?, có? czeka go na zewn?trz? Brud, kleiste i pe?ne kurzu powietrze i ulice upstrzone przez ?wi?te krowy. Ale to tylko pozory, niewygodny, wr?cz dokuczliwy jak nagabywanie kupców, test, który musi przej?? ka?dy, kto bardziej lub mniej jest zaangażowany w swoja wypraw?. Indie są jak nieufna kobieta os?oni?ta warstwami sari: onie?miela kolorami i pstrokacizn?, ale jednocze?nie kusi skrywan? wewn?trz tajemnic?. Niby banalne, a jednak fascynuj?ce.

Delhi.
W po?owie kwietnia znalazłem się w Indiach. Znajomi „fachowcy” od Indii jak najbardziej odradzali mi wyprawy w tak ma?o korzystnym okresie – niesamowite upa?y, zbli?aj?cy się monsun, z?a widoczno??. Có? byłem jak najbardziej zdecydowany i ani się spostrzeg?em jak jecha?em zdezelowan? taksówk? z lotniska do dzielnicy Paharganj. Bez planu, pomys?u co dalej, znalazłem się w Delhi.

Pierwsze dni mia?y pozwoli? mi przystosowa? się do panuj?cych warunków. Nic bardziej b??dnego. Jakiekolwiek przystosowanie nie było mo?liwe. W czasie dnia można było jedynie le?e? pod wiatrakiem, czy te? w zacienionej knajpce, co chwilę wracaj?c do hotelu wzi?? prysznic. Egzystowa?em rano i w wieczorem. Czasem w ogóle nie k?ad?em się spa?, wybiera?em się robi?c zdjęcia, wykorzystuj?c znakomite światło jakie daje wschodz?ce s?o?ce.

Pierwszy kontakt z Indiami mo?e by? pora?aj?cy, wkurzaj?cy, przyprawiaj?cy o ból g?owy. Brud, krowy i „placki”, kleiste i pe?ne kurzu powietrze, niesamowity ha?as, ?cisk na ulicach. No i ludzie. Wsz?dzie, ani chwili spokoju, wci?? coś oferuj?, pytaj?, nagabuj?. Tak, pierwszy kontakt mo?e by? szokiem.

Ale zapomnij o tym. Daj się wie?? zapachom, kolorom, s?uchaj ludzi, lecz jednocze?nie nie ufaj nikomu, tylko sobie. Znale?? balans, równowag? w tym wszystkim, to trudna sztuka. Pewnie potrzeba czasu. Aby zrozumie?.

Trzeciego dnia przykry incydent. Trac? kamer? cyfrow? – kr?ci?em film irobiłem zdjęcia. Teraz pozostaj? tylko zdjęcia.

Postanawiam opu?ci? Delhi. Które chcia?o mnie zje?? w ca?o?ci. Moja droga wiedzie na pó?noc. Do miejsca gdzie Ganges wyp?ywa z gór na nizin?.

Rishikesh.

W latach 60 tych wpadli tu John, Paul, George i Ringo – ale z ca?ej czwórki tylko Georgowi zosta?o zami?owanie to sitaru, hinduskich klimatów. Od tego czasu zje?d?a?o tu coraz wi?cej przybyszów z zachodu. Pomedytowa?, znale?? się w innym ?wiecie, nie je?? mi?sa, mie? swojego guru, powygina? się na jednym z kursów jogi, czy te? zapali? sobie co nieco dobrego charash (?ywica z konopi z?uszczana w d?oniach i formowana w plastelin?), którego zachwalaj? „pseudo-sadhus”.

15 godzin w autobusie z Delhi, znajduj? nocleg i aplikuj? sobie 16 godzinny sen. Mieszkam w asramie, woko?o same ?wi?tynie, 20 metrów poni?ej pla?a nad czystym jeszcze Gangesem. Budz? się o 4 rano, pada deszcz, powietrze czyste i rze?kie. Stoj? nago na tarasie, potem ubieram gatki i schodz? nad Ganges, zanurzam d?onie i myj? twarz.

Indie coraz bardziej mnie wci?gaj?, tyle rzeczy nie wiem, tak wiele nie rozumiem, i nie zrozumiem nigdy. Staram się znale?? w tej ca?ej egzotycznej chaotycznej kiczowatej mieszance CO?. Tak bardzo nieokre?lone co?.

Nad brzegiem Gangi kobiety susz? Sari. D?ugie na 6 metrów, szerokie na metr. Wiatr rozwiewa i nadyma je jak bajecznie kolorowe paralotnie. Wchodz? pomi?dzy nie, te tylko się u?miechaj? i mocno trzymaj? materia? aby wiatr nie porwa? go gdzie? daleko. Ten rytua? – powinno?? – obowi?zek powtarza się ca?y czas. Ludzie ?yj? z rzeki, przy niej i w niej rozp?ywaj? się ich prochy.

Samotno?? jest zbawieniem i przekle?stwem zarazem. Jeste? wolny w tym co robisz, jednocze?nie szukasz towarzystwa innych. Nie jest to trudne raczej, bo w Indiach non stop otaczaj? ci? ludzie. Czy to tubylcy czy te? inni podró?nicy. Czasem się wy??czam. Siadam gdzie? na dachu hotelu, czy jak wczoraj w ?wi?tyni, w której na samej górze nie było nikogo. Jednak w dalszym ci?gu nie potrafi? oddali? się tak do ko?ca, uspokoi?, oddycha? równomiernie, uspokoi? my?li, uporz?dkowa? dysk twardy w mózgu.

Da?em sobie spokój z namiastk? jogi. W ca?ym mie?cie oferuje się kursy jogi. Niektóre za darmo, inne co ?aska, są te? takie, gdzie kursy odbywaj? się po par? tygodni czy miesiący. Zamykasz się wtedy w asramie i zg??biasz w?asne wn?trze. Mowi? o namiastce, bo hatha joga traktowana jest przez trawelersów jak kolejna atrakcja, coś jak rafting, jazda wielb??dem, safari czy wyprawa w góry. 2-3 dni i dalej w inne miejsce. Oczywi?cie wiele osób zostaje d?u?ej. Ja niestety nie mam takich mo?liwo?ci czasowych (finansowe raczej odpadaj?, bo można się za grosze tu utrzyma?) wi?c tym razem daj? sobie spokój, cho? jestem pono? w ?wiatowej stolicy jogi.

Obrazowanie Boga (czy tez bóstw, w przypadku Indii) jako? nie przemawia do mnie. Nie daje pracowa? wyobra?ni. Indie to wszechobecny kicz- wiec tak?e i ?wi?tynie nie pozostaj? w tyle je?eli chodzi o kosmiczny sposób dobrania kolorów czy sposób wykonania rze?b rocznych bóstw. Pstrokacizna masakryczna. Prawdopodobnie nie dzia?a to na mnie, na pewno jednak na Hindusów, którzy ca?ymi wycieczkami przybywaj? do ?wi?ty? Rishikeshu czy te? innych ?wi?tych miast.

HARIDWAR

W tym 200 tys. mie?cie Ganges wyp?ywa na nizin? i p?ynie w stron? Varanasi, Kalkuty, a? do oceanu.

Haridwar to jedno z naj?wi?tszych miast Indii. Co 12 lat go?ci miliony pielgrzymów na ?wiecie na festiwalu na cze?? Wisznu – Kumbh Mela.

Uciekam z Rishikeshu. Na po?udnie. Wyskakuj? przy g?ównej drodze, zabieram plecak z dachu rozsypuj?cej się rykszy i sadystycznym upale id? szuka? hotelu Ashok. Przechodz? przez jeden z mostów na Gandze. Mieszam się z t?umem na bazarze i powoli id? do hotelu, tu? przy stacji hinduskich PKP. Zadekowa?em się w brudnym i zapuszczonym hotelu za 2 dolce i na miasto. Ryksza i p?dzimy w kurzu i s?o?cu, pomi?dzy innymi uczestnikami tego ulicznego chaosu.

Har-ki-pairi (?lady stóp boga – Wisznu) – dok?adnie w tym miejscu rzeka opuszcza Himalaje. Jeszcze w miar? czysta (przynajmniej w Rishikeshu, tutaj już raczej nie) z ka?dym kilometrem poch?ania coraz to większe ilo?ci ?mieci, ?cieków, chemikaliów i innych okropie?stw.

Pod mostami, przy ghatach, ?wi?tyni i na brudnych kamienistych pozosta?o?ciach po wyschni?tym nurcie rzeki tysi?ce ludzi siedzi w g??bokich dziurach, kopi?c zapami?tale. Pono? szukaj? z?ota. Tu? obok gromada dzieciaków tapla się w b?ocie, 10 metrów dalej przy schodach ?wi?tyni obmywa się cala rodzina. Na wschodnim brzegu ogromne koparki marki Tatra przekopuj? i reguluj? brzeg rzeki.

Nie ma innych turystów. Gdziekolwiek się nie pojawiam kto? mnie zaczepia, pyta, oferuje, chce sobie zrobi? zdjęcie, czasem tylko spojrzenia, gdy siedz? w knajpie zajadaj?c się thali za 20 rupii.

Poci?g do Varanasi. Ca?? noc przespa?em, budz?c się dopiero o 9. Ca?y czas bior? kodein? na ból z?ba.

W poci?gu już prawie pusto – przez ostatnie godziny le?a?em na górnym siedzeniu, teraz ?a?? tu i tam. Upa? się zwi?ksza, przez otwarte, zakratowane okna wida? spalon? s?o?cem ziemi?, co jaki? czas kawa?ek zieleni, ale dominuj?ce kolory to ?ó?ty, br?zowy, i wszechobecny szary. W dolinie Gangesu ko?cz? się ?niwa. Kolorowo ubrane kobiety p?yn? polami z ogromnymi snopkami siana na g?owach.

Sko?czy?a mi się woda. Pragnienie rozwala mnie, na szczęście stajemy na jakiej? stacji i kupuję 2 butelki ciep?ej wody (tylko tak? maj?, poza tym podejrzanie zakr?cona, wi?c pewnie z jakiego? niewiadomego ?ród?a)
3 dnia pobytu w Varanasi trac? z?ba, dentystka w b??kitnym sari i z kompletnie niezrozumia?ym angielskim m?czy?a się z 15 minut. Koniec bólu i brania leków – Varanasi od razu wydaje się bardziej przyjazne.

Wybra?em się nad rzek?. ?ódka za 40 rupii – muszę sam macha? bambusowymi wios?ami, odrobina gimnastyki zawsze mile widziana. Pocz?tek problematyczny – lawirowanie pomi?dzy innymi ?odziami zaparkowanymi przy kamiennych schodach schodz?cych do Gangi. P?yniemy na wschodni brzeg rzeki. Piach, dzikie psy, krowy, wo?y, tony ?mieci no i nieboszczyki. Napuchni?te, opatulone w szmaty le?? na brzegu lub te? sm?tnie unosz? się w wodzie. Psy nigdy tu nie g?oduj?.

P?on?ce zw?oki nie ?mierdz? tak jak my?la?em. Dzięki u?yciu drzewa sanda?owego odór nie jest tak silny, wr?cz znikomy, ginie w innych zapachach miasta. W bocznych uliczkach le?? tony drzewa, kilogram kosztuje 120-200 rupii, do ca?kowitego spalenia przeci?tnych zw?ok potrzeba pono? 200 kg tego cennego drewna. Niebagatelny to wydatek, nie wszystkich na to sta?. Nieopodal znajduje się te? ta?sze – elektryczne krematorium. Lecz ci, których nawet na to nie sta? wrzucaj? zw?oki po prostu do rzeki. W Varanasi codziennie pali się 500-600 zw?ok. Non stop. 24 godziny na dob?.

Z tarasu budynku zbudowanego tu? nad krematorium można obserwowa? ca?? ceremoni?. Przykleja się do mnie m?ody Hindus, wkr?ca historie o tym jak to powinienem zrobi? coś dobrego dla swojej karmy. Np. zasponsorowa? par? kilo drewna dla wysuszonych kobiet czekaj?cych na ?mier? w rogu pokoju. Dwie staruchy natarczywie patrz? na mnie. Niestety nic dla swojej karmy zrobi? nie mog?. Wszystko zosta?o przecie? już zapisane, no nie?

10 rupii – z?a karma, 1000 rupi – dobra karma. Indie jak wida? są wyj?tkowo uduchowione i wznios?e. Ju? dawno ten kraj, zreszt? jak i wszystkie inne zosta?y przeliczone na dolaresy.

Wszyscy wiedz? ze Ganges w Varanasi jest tak brudny, że jakiekolwiek normy przekracza kilkaset tysi?cy razy. Có? z tego – herbat? robi? z wody pompowanej z rzeki, przez ca?y dzień tysi?ce ludzi za?ywa „orze?wiaj?cej” k?pieli w nurtach, ?owi się ryby i wszystko niby wygl?da w porz?dku.

G?osy ulicy.

– Hellou Sir!
– Which Country?
– I am the Yoga Master
– Hasish, hasish, veri cheap
– massage? veri good for your body
– ryksza, ryksza
– wanna to see my shop?
– you want something, sir?
– etc.

Jest to nie do zniesienia, wiele już widzia?em, ale takiej natarczywo?ci w ?adnym kraju nie odczu?em. 24/7 – totalna nagonka.

Brak jakiekolwiek uporz?dkowania, brak FORMY. Nieregularno??, kicz, zaniedbanie, wszystko wydaje się zakurzone, bardzo stare. Pi?kno miesza się z pod?? brzydot?.

Oprócz dźwięków i obrazów dochodz? jeszcze zapachy. Pora?aj?ce, nos przyzwyczaja się z czasem lecz ich intensywno?? przygniata, ?adna z woni nie pozwala się skupi? na sobie nawet przez chwil?. Tutaj zapach sma?onych potraw i przypraw, 5 sekund nie mija, idziesz dalej i już dusisz się od zapachu ?cieków. Ciekawie jest, gdy spadnie deszcz – który zdaje się zmywa? to wszystko dodaj?c odrobin? orze?wienia, lecz tylko na chwil?.

Deszcz. Nie widzia?em go od czasu wyjazdu z Polski. Spad? wieczorem. Zamieni? ulice w p?yn?cy rynsztok. Ga?nie światło, w ruch ruszaj? generatory pr?du, ulice roz?wietla nik?e światło ?wiec i lamp naftowych. Próbuj? po omacku wróci? do domu, lecz daj? sobie spokój, siadaj?c na schodach sklepiku z herbat?, w dzielnicy arabskiej. Jestem niewidzialny w ko?cu. Cała ulica jest niewidzialna. Zamawiam herbat? z mlekiem i betel – małe li?ciaste zawini?tko które ?uj? przez par? minut.

Deszcz wci?? pada. To znak zbli?aj?cego się monsunu. Wody Gangesu zatopi? schody na których teraz przesiaduj? t?umy ludzi, rozlej? się a? po niskie drzewa, daleko na horyzoncie.

Nie można by? oboj?tnym wobec tego subkontynentu. Bo Indie to nie jeden kraj. To wiele pa?stewek, d???cych wci?? do większej autonomii. To kraj wielu kultur, wyzna?, j?zyków, twarzy ludzkich. Przera?a i wci?ga. Nie jeste? oboj?tnym, to nie kolejne wczasy w kurorcie, trzeba się zm?czy? i napracowa?, aby uzyska? cho? odrobin? prawdy o tym miejscu.

 Kenny Vaccaro Womens Jersey

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.