odpierdolcie sie od odpierdalania

Otwieram oczy i wlasciwie to nie wiem gdzie jestem. Maras mowi – wstawaj stary – idziemy do pracy. Kac. Leb. Moja glowa. Gdzie ona jest? Nic to. Jestem w chacie u Romella z Kostaryki wraz z Justa i Marasem. Wczoraj byl niezly zrzut. Rum w autobusie, potem Buckets, zebralismy luda i uderzylismy na impreze gdzie gral digital underground (ten kolo zasuwal kiedys z Tupakiem) – zajebista ipopowa impreza.

Autostop. Slonce wali z rana, zimno jak cholera. Ladujemy sie kolesiowi do troka.

Skad jestescie chlopaki – pyta wasaty redneck w czapce bejsbolowej z prostym daszkiem, czy wspominalem juz ze nie cierpie prostych daszkow? No my wiec tego z Polski jestesmy. Aa to dlatego tak smierdzi od was wodka – zasmial sie burak, ktory nie byl az takim burakiem, chociaz twierdze tak dlatego ze zlitowal sie nad nami w ten chlodny poranek. Potem chcial od nas kupic marijuane, ktorej przeciez nie mielismy. Zreszta czy ja i maras wygladamy na dilerow zielonego? Pewnie byl tajniakiem. hehh…

Potem praca. 5 godzin z kacem morderca, ktory ciezko dyszy mi za ramieniem. Fuj…

rowerek maras_and_friendz

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.