ISLA DEL SOL

Challapampa. Mala wioseczka w polnocnej czesci wyspy. Kompletny relaks. Pare domkow. Znajduje hotel za 10b. Skromny pokoj. Brak prysznica. Jak dowiaduje sie – nie ma sensu. Gdyby byl – temperatura wody byla by taka jak w jeziorze (15st). Nie pozostaje mi nic innego odmrozic sobie jajeczka w krystalicznie czystej, ale lodowatej wodzie.

Australijczycy rano wyruszyli z Pilko Kaina (gdzie spalismy poprzedniej nocy), a ja wskoczylem na lodke. Kolano mi prawie wysiadlo – 20 km z 20kg plecakiem, muchos gracias :)

Przyszedlem do hotelu – pusto. Wlasciela nie ma. Spotkalem tylko dwoch Norwegow (okolo 40-45 lat). Totalnie upaleni marijuana – zapodali mi kawe, i powiedzieli aby sam sie zameldowal – na gorze jest wolny pokoj. Jeden z nich jest malarzem – artysta, a drugi sam nie wie kim jest:)

Siedze na drewnianej lawce przed hotelem. W okolo hasaja swinie, krowy, owce, lamy (zostalem bezczelnie obwachany przez 2 prosiaki, radosnie pochrzakujace nieopodal – zreszta i tak nie wiele im zycia pozostalo). Tubylcy wracaja z polowu, dzieciaki graja w pile na boisku. Co jakis czas przed oczami przebiega mi karawana turystow. Posapujac, odziani w goretex, polar, czapki i spodnie khaki. 20-60 lat. Niemcy, Japonia, Francja. Nacieram sie kremem, bo slonce coraz mocnej grzeje. W koncu przychodzi wlasciciel hostelu. Usmiech od ucha do ucha. Spoko, spoko – strasznie sie cieszy ze sam sie obsluzylem. A jutro o 6:30 wybiera sie ze swoim synem na ryby – tez moge sie zabrac. Spoko, spoko, gracias, gracias.

Dzien mija leniwie. Biore aparat, minidisk z Bobem Marleyem – i uderzam zobaczyc pobliskie ruiny i El Labirinto – wszystko przez Inkow skonstruowane, pare setek lat temu.

Spotykam Aussies. Ledwo zyja, znow sie zgubuli. Tym razem 4 godziny w plecy.

Wieczorem piwko, la trucha (pstrag) i salatka. Mistrzostwo. Ide spac.

Kiedy to ja ostatni raz odlewalem sie przez okno? No w kazdym razie tej nocy…

Rano polow. 2 sztuki.

Powrot do Copacabany. Nie moge sluchac Australijczykow – naprawde gadanie w kolko o zaletach McDonalda i olimpiadach bywa o tej porze dnia nuzace.

Api (wywar z kukurydzy, cynamonu i cukru) i chrupiace buleczki na mercado.

Spotykam Polakow – ehh ehrr hee mm…… zapomnialem jak sie po polsku mowi – ledwo klece zdania – nie jest to zadna poza, po prostu od jakiegos czasu mowie tylko po angielsku i hiszpansku a pisze po polsku. Aparat mowy sie spinkolil.

Granica z Peru – dwie znudzone urzedniczki przyjmuja petentow. Bum – i mam pieczatke w paszporcie. Wiza? Nawet nie spojrzala – a ile to ja sie nameczylem w Ambasadzie w Warszawie…

Puno – wieczor. To juz Peru…

isla_del_sol1

isla_del_sol2

lama

lisa_norwegowie

pigs

pod_woda

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.