YO QUIERO SALVAR THE WORLD

Noc byla ciezka. Autobus zepsul sie gdzies w srodku Boliwii, na drodze pomiedzy Sucre a St. Cruz. Zachrubotalo, zaskrzypialo i stanal. W srodku rzeki. Musze dodac ze niewiele jest normalnych drog w Boliwii. Siedzialem w autobusie 18 godzin po wertepach, na skraju przepasci, poprzez strumienie….

3 godziny chlopaki naprawiali autobus, wyciagali go zrzeki, az zasnalem. Obudzilem sie na miejscu. Santa Cruz. Tym razem poruszam sie z malzenstwem z Australii i Marcelem z Niemiec. Miasto gorace, na skraju dzungli polozone. Drugie co do wielkosci w Boliwii – milion luda. Aczkolwiek nie da sie tego zauwazyc. Zycie plynie spokojnie, w czasie sjesty ludzie spia na ulicach, lawkach, gdzie popadnie. Niektorzy nie wytrzymuja i popadaja w szalenstwo – jak ten mlody czlowiek, co rozebral sie w centrum miasta i zaczal krzyczec: YO QUIERO SALVAR THE WORLD (mieszanka angielsko hiszpanska – CHCE OCALIC SWIAT). W koncu po dlugich pertraktacjach odmowil ubrania sie – wiec go aresztowano.

Cieplo, goraco, spozywam wode mineralna, nie wiele jem. Aha i wiadomosci dla tych co mysla, ze oszalalem: TO NIEPRAWDA. jheheheehhe….

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.