JEDEN DZIEN Z SZYCIA BARTEKA POGODY

Obudzil sie wczesnie. Tym razem obylo sie bez nocnych koszmarow. Dwie ostatnie noce snil paranoidalne sny. Wsadzil leb pod prysznic, umyl zeby. Zielone jablko na sniadanie. Troche na pale wladowal rzeczy do duzego plecaka i malego. Hotel byl za drogi – znalazl drugi, dwa razy tanszy. Wprawdzie bez cieplej wody. Maly pokoik, lozko, krzeslo, lampka, w oknie siatka chroniaca przed komarami.

W dwoch pokojach obok ulokowali sie artysci malarze. Czy pija absynt? – nie wiedzial, ale pokrywali papier akwarelami z szalenstwem w oczach. Nie odpowiedzieli mu na przywitanie.

Otworzyl brudny czarny plecak (pamiatka po niedawnej wizycie w kopalni srebra) i wrzucil co nastepuje: dokumenty, zeszyt, przewodnik, 2 aparaty…

Tradycyjnie odwiedzil Internet – 2 razy dziennie – rano i wieczorem – nalog i koniecznosc – tak mu sie przynajmniej wydawalo.

Zaburczalo w brzuchu, dosc glosno, aby nie mogl tego zauwazyc. Tuz obok byla knajpka. Serwowali wlasnie amuerzo – lunch, za 5 bolivianos. Zupa z kawalkiem kosci kurczaka – rzecz raczej tlusta, lecz pozywna. Na drugie, kurczak, ktory mial byc pikantny (lubil zjesc ostro) i kupa ryzu.

Miasto. Santa Cruz. Swiety Krzyz. Mial w planach robienie zdjec zebrakom pod kosciolem – aczkowiek wydalo mu sie to efekciarskie, banalne i glupie.

golas

santa1

santa2

santa3

santa4

santa5

santa6

santa7

Zniszczona kobieta z malutkim dzieckiem przyssanym do duzej piersi wyciagala reke i cicho prosila o monete. Moze nawet nic nie mowila. Mala dziewczynka (jedno z 4 dzieci zniszczonej przez los kobiety) przylgnela mu do kolan. Patrzyla prosto do gory. Trzymal w reku aparat, latwo i szybko mogl zrobic jej zdjecie. Zamiast tego dal jej 1 boliviano. Rzekl do matki – w porzadku, dam ci pieniadze, ale pozwol zrobic mi zdjecie tobie i twoim dzieciom. Kobieta skrzywila sie i powiedziala, ze za 10b. Nie zgodzil sie. Zdjecia i tak byly by nieprawdziwe. Wyrazalyby tylko czekanie na 10 bolivianos. Nic wiecej. Poza tym nie czul sie z tym dobrze. O wiele lepiej wychodza zdjecia ludzi pracujacych – pomyslal. Zostawil rodzinie 1 monete. Starczy na chleb.

Wlasciwie jaki to mamy dzis dzien ? Przypomnial sobie o urodzinach Taty – za dwa dni. Za dwa dni to nie wiadomo czy bedzie Internet w okolicy. Pognal wiec do kafejki i wysmazyl krotki list z zyczeniami.

Powietrze bylo przejrzyste, lecz slonce dawalo coraz bardziej, wiec ulice opustoszaly, lecz nie Mercado – targ miejski.

Kolorowe stragany, grube wiedzmy siedzace tuz na ulicy. Zjadl kawal ananasa i spozyl orzecha kokosowego, zmagajac sie potem dlugo z miaszem. Przygladal sie tej apokalipsie – tony pieknych smieci, autobusy i ludzi wskakujacy-wyskakujacy prawie w biegu i dzieciaki proszace o LA PLATA, SENOR…

Targ odrzucal, przyciagal, fascynowal, napawal smutkiem i obrzydzeniem. Bylo to jednak najtansze miejsce w miescie.

Plac glowny. Leniwe leniwce wspinajace sie po okolicznych drzewach. Centymetr na godzine. Najlepsze miejsce aby obserwowac ludzi, sprzedawcow coli, gitar, lodow i chipsow domowej roboty. Patrzyl – wspaniala strata czasu.

Zwiedzanie miasta samo w sobie przestalo miec dla niego sens. Coz z tego, ze zobaczy kosciol z 1659 roku lub oltarz z 17?? ….
Nie mialo to wiekszego znaczenia. Wazni byli ludzie i atmosfera.

Wieczor. Wzial krotki prysznic i znow ruszyl na miasto. Pizza, piwko. Dobrze wypelnia. Slonce zaszlo. Dzien sie konczyl. Jutro nastepny – ale kompletnie inny – mial przynajmniej taka NADZIEJE.

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.