Category Archives: travel

minidiary

Mam taki mały notesik. Mam też przeterminowane polaroidy typu 100, w których po odklejeniu zostaje masę emulsji…

and this is not a diary

Posted in on the road, sven on the road, travel |

crusing in tallinn

Cruising in Tallinn from Bart Pogoda on Vimeo.

Posted in movies, on the road, sven on the road, travel | Tagged , , ,

Pirita at night…

look here :) silviasencek.blogspot.com

Posted in on the road, sven on the road, travel | Tagged ,

Lasnamäe, Lasnamäe…

Caluteńki dzień spędzony na blokowiskach Tallinna. Przypomniały mi się czasy przedhiphopowe, ulica Rodzinna w Kłodzku, falowiec, betonowe konstrukcje, hałdy ziemi. To co odróżnia te bloki tutaj w Tallinnie od tych w Wawie czy innych miastach Europy to brak anten satelitarnych, zero reklam, szyldów. Wszystko jak za czasow CCCP.

Siska robi swój projekt – więc dziś rekonesans w Lasnamäe…

Od jutra zdjęcia od wczesnego rana….

W połowie dnia ogarneliśmy w ramach łapania inspiracji estoński film, którego akcja dzieje się w całości w Lasnamäe… Autumn Ball – spoko zdjęcia, super oddany klimat dzielnicy… choć całość taka sobie.

Posted in on the road, sven on the road, travel | Tagged ,

wawa – tallinn

Aj pare zdjęć z syfraka….

mamy pełne skrzynki filmow i srednioformatowe zabawki więc dopiero efekt we wrzesniu…

Miałem coś napisać, ale moc odeszła po zrobieniu 1600 km z Wawy do Tallinna… 4 dni w drodze non stop…

Ale S i s k a na pewno wrzuci więcej….

Jeszcze 120 kilometrów i wskoczymy do Bałtyku. Litwa super. Na pewno trzeba tam wrócić.

Granica z Litwą. Jedliśmy dwie godziny śniadanie sluchając trójki. A Teodor pomalował się na czarno smarami ze Svena.

Papierowy blog Siski under construction…

Tu zjadły nas końskie muchy, potem pogryzły komary a na sam koniec nastąpiła ciężka awantura o projekt i nie tylko….

Ulica Metsa 62. Tallinn. Odpoczynek.

Posted in on the road, sven on the road, travel | Tagged , , , ,

Sven on the road. Part 1. From Warsaw to Estonia

Sven on the road. Part 1 from Bart Pogoda on Vimeo.

Posted in movies, on the road, sven on the road, travel | Tagged ,

Baltic – Skandinavia Trip

2000 kilometrów zrobione. Wawa – Kłodzko – WIedeń – Kraliky- Wawa.

Jutro opuszczamy tropiki Warszawy, po dwóch dniach ogarniania.

Na razie brak mocy wyssanej przez dziury na słońcu – ale przez najbliższy miesiąc pojawią się tu wrzuty z tripu przez kraje bałtyckie, Finlandię, Norwegię i Danię (i pewnie Szwecję …)

Posted in on the road, sven on the road, travel | Tagged

B * E * R * L * I * N

odebrałem slajdy i ostatnia wrzutę z Berlina robię.

dość kompa, trzeba iść spać.

good night

Posted in common life, small trips, travel | Tagged

all exclusive

Pojechalismy z Siską na urlop.

Posted in small trips, travel | Tagged

good boring, tunisia

——

Action Photo Shoot

——

Posted in travel | Tagged

polecielimy do afriki

Posted in small trips, travel | Tagged

istanbul

Posted in small trips, travel | Tagged ,

Istanbul – yeni yılın kutlu olsun

Posted in small trips, travel | Tagged ,

israel

Parę fotek “przy okazji” zrobionych. Tydzień w pracy w Izraelu minął – potem na chwilę Warszawa a teraz jesienny Wiedeń.

Posted in small trips, travel | Tagged

tel aviv

Posted in small trips, travel | Tagged

Isle of Skye & Glencoe

Posted in common life, small trips, travel | Tagged , ,

mongolia ciąg dalszy

Wciąż nie skończyłem ogarniać Mongolii – wygląda na to, że będę musiał tam jeszcze powrócić.

I haven’t finished my Mongolia project yet – it looks like I will have to come back there…

Posted in on the road, project, reportage, travel | Tagged

ice

Posted in travel | Tagged

almost wild horses

Posted in travel | Tagged

Coast Riders & Island Invaders

Posted in on the road, small trips, travel | Tagged

island

Island from Bart Pogoda on Vimeo.

Posted in movies, on the road, travel | Tagged , ,

Arsenale & Giardini: Biennale 2009

Posted in small trips, travel | Tagged ,

Black Market – Ulaanbaatar, Mongolia

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged

Trans-Mongolian Railway. Beijing – Ulaanbaatar

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged ,

City Nomads – Mongolia

Posted in project, reportage, travel | Tagged , , ,

In the steppe – Mongolia

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged ,

Beijing

Posted in travel | Tagged ,

Centralna Mongolia

Środa wieczor

Granica pomiędzy Gobi a Ovorkhangai

Jedziemy jeszcze z 20 kilometrów za Bogd. Dojeżdżamy do zagrody z kozami, aby zapytać o drogę. Dwóch jezdzcow bez siodel wyjaśniło nam ze jadąc 80 km na północ nie ma już żadnych rodzin i zaprosili nas do siebie. Pognali radośnie krzycząc, ze będą mieli jeszcze więcej gości. Chwilę potem zrozumieliśmy o co chodzi.

Akurat zakończyła sie ceremonia postrzyzyn – daakhi urgeekh. Jurta pełna ludzi. Trzy letni chlopczyk podawany jest z rąk do rąk, każdy daje mu banknot i całuje w łysa główkę, z tylu głowy mały spleciony kosmyk włosów które pozostaly.

W jurcie gwarno, gospodyni podaje poczęstunek – przepyszny ser byaslak i jeszcze jeden bialego koloru aaruul. Chleb smarujemy swiezym maslem urum.

Dashwaa – stary człowiek o żywych smiejacych się oczach zaczął opowiadać swoją historię. Najpierw okazało sie, ze zna ojca Tserena z dawnych czasów gdy był kierowca ciężarówki ( tak jak tato Tserena ).

Jego zona umarła bardzo wcześnie. Poznał ja na północy kraju w krainie jezior i lasów. Przenieśli się na południe Gobi i tam założyli rodzinę. Urodzila mu dziesiecioro dzieci i wkrótce potem umarła na raka. Dashwaa uważa ze przyczyną była zatruta woda. Starzec jest również myśliwym. Wspomina jak za czasów komunizmu pomagał polować grupie Amerykanow. Zdziwiony pytam czy to na pewno byli Amerykanie, przecież to były czasy Zelaznej Kurtyny. Dashwaa potwierdza w pełni przekonany. Bayarmaa – młodsza córka – podaje mu kolejna czarke z woda ognista. Oczy mężczyzny robią się szklane.

Kubeczek z wódka krąży po jurcie, nie mam ochoty pić, choć muszę przynajmniej zamoczyc usta.

Dashwaa, Gansukh i Tseren wdaja się w nostalgiczna dyskusje o dawnych, dobrych czasach. Tseren opowiada o Filatovej zonie szefa partii z lat 70tych. Ze to dobra kobieta była. Budowała szpitale dla dzieci, kina teatry, muzea. Mówię Seke ze równocześnie rusyfikowala naród niszcząc tradycyjna kulturę, zwyczaje i myślenie.

Tseren Potem, który z bohaterów “czterech pancernych i psa” był moim ulubionym. Ja mówię ze szarik a on nasladujac owijanie gwoździa wokół palca wskazuje na Gustlika.

Potem chcą sie koniecznie silowac na rękę. Nie robiłem tego od 7 klasy podstawówki ale ku mojemu zdziwieniu wygrywam dwa razy z Barem (jest wstrzasniety zupelnie więc musi się znowu napić ) i raz z Tserenem. Potem już nie mam siły i Baysgalan ( gospodarz) zalatwia mnie w sekundę. Dobrze ze nie wpadli na pomysł zapasów w błocie, śniegu i konskim gownie.

W końcu gospodyni Ulzii podała zupę i przyznam ze była to najlepsza zupa jaka jadłem w mongolii, nie odmówiłem dokladki. Tseren wydobył z kieszeni koreański ostry sos. Genialne. Pyszne.

Jesteśmy na pograniczu pustynii i stepów – deszcz pada coraz bardziej – jutro będziemy w stolicy prowincji

Bar (po mongolsku Tygrys) mój równolatek tylko ze z lipca. Śmieje sie ze ja też tygrys plus T.

Seke juz wie co sie swieci. Nie pójdziemy spać dopóki nie wypijemy butelki wódki do końca. Już się boję, nie mogę tego kurrstwa przełknąć.

W końcu padają na podłodze – ja zawijam się na dywanie w spiworze i próbuje zasnąć. Lapie mnie myslitok. planuje, sklejam pomysły, liczę barany, oddechy i krople deszczu uderzajce cicho o dach jurty. Sen nie nadchodzi.

Noc najgorsza . Dwoch pijaków wróciło do jurty. Wczesniej lezeli w deszczu i blocie na dworze. Gansukh tarza sie po podłodze – delirium. Po raz czwarty zmienilem pozycję swoją względem niego, facet ma wyjątkowo ciężka jazdę. Rzuca sie, jeczy, chrapie, znow majaczy i tak przez trzy godziny. Reszta rodziny śpi jak gdyby nic. Zapewne przywykli. Nie mogę spać. Jeki, chrapanie, pierdzenie i tak w kolko.

Mongolia ustrzegla się plagi narkomanii, prostytucji i AIDS. Gorzej natomiast z alkoholizmem. Dużo pisałem o wódce. Puste butelki walają się przy drogach, przy owo (przydrożnych kamiennych kopcach), w sklepach zajmuja najwiecej miejsca. Podczas wyborow wprowadzili prohibicje, pewnie meliny nie mogly nadazyc z obsluga klientow. Wódka wita i zegna się gości. Azjaci mają inny metabolizm alkoholu, poza tym jak piją to do upadłego. Seke mówi ze młodsze pokolenie przestawia sie na piwo, ale i tak większość pije na umór. On sam nie nawidzi wódki. Ma ku temu doskonale powody – jego matka zapila się na smierc.

Czwartek

Spadł śnieg. Spałem z 4 godziny, teraz siedzę nieprzytomny w jurcie u Bara. W poprzedniej jurcie zostawilem spiwor – Bar pojechał po niego.

Błoto. Błoto. Błoto. W jednym miejscu utopily się 4 ciężarówki i jeden van. Wyciągamy samochód za pomocą łańcucha. Godzina w plecy. Ale w Mongolii każdy pomaga sobie nawzajem.

Zasnalem w fotelu na dwie godziny. Jeszcze kolejne dwie i będziemy na miejscu w Arvaikheer w centralnej Mongolii. Znów mgła i śnieg. W końcu z ulga witamy asfalt i wjezdzamy do miasta. Seke uradowany – to jego rodzinne miasto, z którego wyjechał dopiero po podstawówce.

Arvaikheer

Seke oprowadza mnie po okolicy. Tu było przedszkole, tam salon z grami, tu zakład xero. Idziemy do bloku w którym mieszkał, potem na targowisku bierzemy side-car’a (motocykl z koszykiem) i obiezdzamy okolice. Piękne chmury na granatowym niebie. Szukamy alejki na wzgórzu gdzie mieszkał ze swoją babcia. Miejsce już nie istnieje. Na wzgórzu stoi okropny betonowy obelisk ku czci przyjaźni radziecko-mongolskiej. Robimy siku i dalej w miasto.

Arvaikheer w tym swietle wydaje się całkiem sympatyczne. Położone na 2000 mnpm, kliladziesiat tysięcy mieszkańców, stolica prowincji. Zasuwamy motorem – mam tylko bluzę z kapturem i przeszywa mnie przerazliwy chłód.

Tseren znów spotyka się z kumplem – tym razem jest to gruby, duzy człowiek – szef lokalnej policji. W czwórkę idziemy do koreańskiej restauracji. Gliniarz mówi płynnie po rosyjsku. I jest fanem Hansa Klossa. A jak tam pan Stanislaw Mikulski – pyta ku mojemu zaskoczeniu, ze pamięta nazwisko. Największy problem jest z kradziezami zwierząt – nowoczesna technika pomaga im bardzo – siedzą na szczytach gór z lornetkami i telefonami komórkowymi, obczajaja stada i pasterzy i kradną w najbardziej spodobnym momencie.

Piątek.

Śpię z 10 godzin i rano budzi mnie ponownie słońce i błękitne niebo. Po śniadaniu (zylaste mięso w gorącej wodzie – buee , po zastosowaniu kuracji keczup + chili zupa jest zjadliwa) ruszamy w kierunku UB.

Przejezdzany mostem nad rzeka Ongi – rzeka której już prawie nie ma. A wszystko przez Erel group i czlowieka o nazwisku Erdrnebat. Jego kopalnie zlota, majac gdzies protesty lokalnej ludnosci i ekologów skutecznie zniszczyły system rzeki która prawie wyschla.

Jedziemy w góry, białe szczyty przyciągają mnie jak magnes.

Jedziemy droga przez lancuch górski khangain nuruu. Pytamy o drogę – wygląda na to ze musimy przebić się przez osniezona przełęcz górska.

Rozmawiamy o historii, o tym co zdarzyło się 800 lat temu.

Co byś zrobił gdybyś był wielkim khanem? Pytam Seke

Odpowiedz jaka mi daje zaskakuje mnie – Zmongolizowalbym cale imperium i wszystkie podbite kraje.No tak, widać ze nie był nigdy za granicą i inne kultury zna z książek i filmów no i z opowiadań obcokrajowców.

Mongołowie są bardzo dumni z własnej przeszłości, no chyba ze się zrusyfikowali albo jak młodsze pokolenie zamerykanizowali. Młodzi marzą o Ameryce, Australii czy Europie. wyjeżdżają na obozy letnie do Kanady, czy na Work & Travel do USA i zostają. Seke mówi ze krążą legendy jak szybko można się dorobić i stać się bardzo bogatym człowiekiem wyjeżdżając za granicę.

W Mongolii mieszka 2,8 miliona mieszkańców. W Rosji 2 miliony, w Chinach w Inner Mongolii prawie 4. Oczywiście za oceanem też spora grupa.

Na zasniezonej przełęczy zabieramy autostopowiczow. Starsze małżeństwo i młodego chłopaka. Młody jechał na motorze jako pasazer wcześniej ale trudno przejechać we dwójkę w zapadajacym się śniegu.

Dojeżdżamy do Bat-Olziy. Znów mała knajpka – kawa i buuzy. Zakupy i pytanie o drogę. Mijamy masę skał pochodzenia wulkanicznego i widoczkow a la tapeta defaultova z windows xp.

Dolina Orkhon to przepiękne miejsce. Rzeka wije się niewielkim kanionem. Trawa wyglada jak przystrzyzona pod pole golfowe. Stada koni, jakow, owiec, szukamy wodospadu a potem jakiejś fajnej rodziny aby zostać na noc.

Spozywam bułgarskie wino “niedźwiedź ” rocznik 2008 nad wodospadem z którego nie spada ani kropla. Pijemy, słuchamy Jacka Johnsona i wrzucamy wielkie wulkaniczne kamienie do rzeki – stonefall.

Zbliża się wieczor – trzeba poszukać miejsca do spania. Przez lornetkę wypatrujemy białych pereł stepu. Żadnych jurt na horyzoncie jednak nie widac.

W końcu dojeżdżamy do końca doliny. Nad rzeka stada jakow, owiec, koz i koni. Dwie jurty. Okazuje się ze to krewni, którzy dopiero dziś rozlozyli jurty. Zatrzymujemy się w pierwszej, w której mieszka młode małżeństwo – pobrali się w tamtym roku. Ona w ciąży.

Dzisiaj masakra jeżeli chodzi o żarcie. Cały dzień twarde mięso – zylaste, wchodzące pomiędzy wszystkie zeby. Ledwo udało mi się za pomocą szczoteczki i nitki uporać z jednym posiłkiem zaraz nadchodzil następny. W Mongolii wyboru nie ma – jesz co dają. Bolą mnie więc wszystkie żeby od rzucia i nici dentystycznej. Brakuje mi owoców i warzyw na maxa.

Gospodarz Galiya jest byłym lesniczym – opowiada historie o klusownikach, pożarach, ludziach którzy nie dbają o srodowisko. Miejscowi uważają go za bohatera, człowieka walczącego o prawidłowe zarządzanie darami Pachamamy :)

Bardzo mila rodzinka, rozmowa toczy się do polnocy. Ja już leze w spiworze przysluchujac się rozmowie z której nic nie rozumiem. Seke tłumaczy mi co ciekawsze kawałki i mogę wtedy przez niego włączyć się w temat.

Mlodszy brat daje mi maila, mówi po angielsku (pierwsza osoba na prowincji jaka spotykam wpadająca przynajmniej odrobinę w tym jezyku

Sobota

Wyjeżdżamy z rana i kierujemy sie w kierunku Karakorum. Ze starożytnej stolicy Czyngis Chana nie wiele zostało. Coś tam odbudowali, stworzyli na nowo, aby przyciągnąć turystów. Ja muszę do apteki kupić coś na gardło – chyrlam strasznie.

Powoli zbliżamy sie do UB – robię kalkulacje – wychodzi ze w ciągu dwóch tygodni przejechałem 4000 km po bezdrożach Mongolii.

Jutro lece do Pekinu.

Posted in on the road, project, reportage, travel | Tagged

Gobi

Poniedziałek

Opuszczam UB. Wynajalem za 30 dolarów za dzień terenowego vana hyundai starex i kierowcę o tybetanskim imieniu Tseren. Ma 43 lata, od 18 roku życia jeździł wielkimi ciężarówkami po bezdrożach i stepach. Wygląda na spoko gościa choć ma kamienna twarz Takeshi Kitano. Jako tłumacz i ogarniacz jedzie ze mną Seke.

Unstiin Khiid (Ash Monastery). Trzy czarne kruki siedzą w ruinach lamaickiego monastyru. Drepczemy w kurzu po ruinach kompleksu budynków. Kości zwierząt, czaszki kozłów i obciete kopyta susza sie w morderczym słońcu.

Wspinamy sie po belkach pod dach świątyni. Seke rzuca mimochodem ze to dobrze ze komuniści rozpieprzyli feudalno lamaicki system, który tak naprawdę brał od miejscowej ludności. Takie jego zdanie. Koleś jest anty wszystko – anarchista, wanna-be Indianin – nienawidzi Przewalskiego, który w XIX wieku “odkrył” Takhi – dzikiego konia stepów Mongolii. Ponoć to “odkrycie” przyczyniło się do prawie całkowitej zagłady gatunku. Ale to bardzo ciekawa postać. Trudno o tak dobrego kompana i przewodnika a właściwie łącznika pomiedzy mną a lokalna ludnością. Pewnie gdyby nie Junior & Olusia i poznana przez nich Tuya musiałbym sobie poradzić inaczej. A tak od 2 tygodni przebywam jedynie w towarzystwie lokalesow.

Już dawno zjechalismy z głównej asfaltowej drogi, która i tak kończy się kilkadziesiąt kilometrów za UB.Kępy trawy. Pojedyncze osady jedna na 10 km majaczy na horyzoncie. Zdechła krowa przy drodze. Niefortunnie akurat tutaj zatrzymujemy się aby oddać co nieco.

Wiatr i kurz. Słońce i pustka

Jesteśmy jedynym statkiem na pustyni, ktora była kiedyś morzem.

Opuszczamy suchy step. Teraz tylko zwir, kamienie, piasek i Nic.

You like it ? – pyta Seke

I like – odpowiadam – I like nothing around

Kopalnia wegla – dziś wygląda na opuszczona. Kiedyś komunistyczna potem sprywatyzwana po 1990 roku. Kobieta u której zatrzymaliśmy się w gościnie mówi ze teraz przyjeżdżają chińscy robotnicy aby kopać węgiel rękami – mongolskie bieda szyby.

Suszone mięso – innego o tej porze roku w jurtach nie miałem okazji spróbować. Wiosna rodzą się młode a reszta musi nabrać masy – w lecie zacznie się ucztowanie natomiast jesienią przygotowania do zimy.

Zachodzi słońce. Chyba się zgubilismy lekko. Od jednej jurty do drugiej jest czasem 20 km.

Krajobraz nuzacy i monotonny. Jeden jedyny raz spostrzegan jedno zielone drzewo rosnace przy studni. Kępki trawy, krzaki, piach, kamienie po horyzont. Coraz więcej dwugarbnych wielbladow.

Samochód rzuca coraz bardziej. Kamienisto – zwirowa droga robi sie coraz węższa, choc kierowca naprawdę nieźle daje radę. Zatrzymujemy się w jurtach i pytamy o drogę. Zachodzi słońce, potem pustynny monochrom. Aż przychodzi noc. Pył w płucach, coraz bardziej kaszle. Aparaty zawijam w plastykowe worki.

W pewnym momencie widzimy swiatlo. W okolo dziury siedza ludzie. Kopalnia złota – nielegalna, więc wydobywają rękoma i za pomocą prostych narzędzi i tylko pod osłona nocy. Wśród nich Afro-mongoł , owoc związku afrykańskiego studenta i mongolki. Ludzie którzy nielegalnie wydobywają recznie zloto nazywani sa “ninja”.

Wtorek

Dalanzadgad – stolica prowincji Omnogov. Zakurzone, całkiem spore miasto. Dojeżdżamy po 1 w nocy. W ciemności z daleka mami nas czerwony swietlny szyld Bayan Gobi Hotel. Wbijamy się do skromnego pokoju. Tseren zasypia w ubraniu. Ja jestem tak zmęczony ze nie moge zasnqc, wyciągam z plecaka rozpadajaca sie książkę “podróż do zrodel czasu”, wydanie z 1988 roku, kupione na dworcu w Katowicach. Dzieło Alejo Carpentiera wciąga mnie tak bardzo, ze odplywam dopiero po godzinie. Śnie o dżungli, oceanie i Ameryce Poludniowej ….

Rankiem sniadanie w gospodzie. Czterech typów przy sasiednim stoliku opróżnia litr wódki – dobrze rozpoczęty dzień. Tseren opowiada historyjki z czasow trzyletniej sluzby w wojsku. Koty, bicie, picie i pomiary korytarzy zapalkami. Nastepnie zalatwiamy zakupy, internet, stację benzynowa. Jedziemy do parku narodowego Gurvan Saikhan.

Celem jest Yolyn Am gdzie znajduje się lodowy kanion. Nie jest to może to czego sie spodziewałem – ale parokilometrowy spacer wśród skał, po lodzie to czysta przyjemność.

Zaliczamy pierwsza katastrofę samochodowa – na wertepach pęka wzmocnienie podwozia. Na szczęście całkiem niedaleko mieszka kumpel Tserena z wojska. Ostroznie jedziemy do obozu, aby zreparowac hyundaia. Z zachodu idzie piaskowa burza. Wiatr coraz silniejszy widoczność żadna. Dzisiejszy plan to dojechać do obozu przy diunach. 150 km – moze się uda.

Parę godzin później

Zapomniałem jak kończą się spotkania z kumplami z wojska. Tseren z ziomkiem znikają gdzieś, w poszukiwaniu “narzedzi” a może “instrukcji obsługi do poczytania”. W każdym razie wracają szczesliwsi. szybko naprawiają brykę, jedziemy w odwiedziny i na posiłek do rodziny ziomka. Znów ten sam rytuał: herbata, ciasteczka, zupa z mięsem i kluskami, polariody, oglądanie zdjęć w rodzinnym albumie i w drogę. Tseren jest ewidentnie wstawiony – opierdalam go zeby wolniej jechał. Po godzinie jazdy lapiemy gumę. Seke robi nu wykład: stawiamy ultimatum albo przestaje pić albo nie jedziemy z nim. Dziwnie zapewnie brzmia te slowa na srodku pustyni – jestesmy przeciez na niego skazani.

Widoczność spada do 200 metrów, nisko zawieszone słońce nieśmiało święci, lecz szarość popołudniowa jest niemal przygnebiajaca. Nie wiemy czy dobrze jedziemy, trudno znaleźć drogę w tym mongolskim mleku. na następny taki trip biorę z sobą gps. Seke przez chińska lornetkę dostrzega coś co wygląda na majaczace diuny…

Dwie godziny później

Wciąż jedziemy. Mamy jeszcze 20 kilometrów do obozowiska. Powtórka z wczorajszej nocy, dobrze ze Tseren już wytrzezwial. Pisząc te słowa lapiemy znów gumę, zostala nam druga zapasowa opona – pod podwoziem. Problem w tym ze nie możemy jej odkręcić. W końcu udaje się, oby tylko trzecia opona nie strzeliła.

Dojeżdżamy do tourist camp. Turystów nie ma w ogóle, gwiad na niebie nie widać. Seke negocjuje ceny za prosty posiłek i spanie. Trwa to dobry kwadrans zanim zasiadziemy w restauracji. Piwko, zupa, swiezutki, goracy chleb.

Środa

O poranku budzi mnie deszcz. Błogosławieństwo dla pustyni i jej mieszkańców. Choć wcale nie dla podróżnych. Owszem kurzu nie będzie , gorzej z koleinami i błotem. Chyba przywiozłem im dobra pogodę.

Rezygnujemy z odwiedzin i wloczegi po diunach. Lepiej nie ryzykować zakopania się w błocie. Druga rzeczą są opony a raczej ich brak. Ruszamy do Bulgan – pierwszej osady na północ od Gobi. To tylko i aż 130 kilometrów. Wulkanizacja, sklep i ropa – podstawowe potrzeby.

Jest mglisto i zimno. Temperatura spadła o 25 stopni. Jedziemy we mgle, z magnetofonu wciaz ta sama taśma. Kobieta spiewa o Gobi i smutnym placzacym wielbladzie. Muza jest może pompatyczna i kiczowata w sposobie aranżacji i doboru instrumentów ( a raczej ich braku – syntezatory kroluja), ale jest klimat.

Seke mowi ze tala mgła oznacza trzy dni deszczu. Potem przyjdzie słońce i pustynia zmieni kolor na zielony. Na pewno będzie też masę grzybów. Od razu wyobrażam sobie kempy trawy i miejsca w których sraja owce – mongolscy szamani na pewno znają działanie psylocybiny. Seke natomiast nie wie o czym do niego rozmawiam.

Zapuszczamy Yat-Kha. Love will tear us again – wykonane w technice śpiewu gardlowego pasuje jak nic innego w tym mrocznym, mglistym i tajemniczym miejscu.

Zrobiliśmy już tysiąc kilometrów po bezdrożach południowej Mongolii. Za szybko, za dużo, ale co zrobić jeżeli bycie w drodze uspokaja mnie, rozklekotane skamlemie amortyzatorow to czysta muza dla duszy. Monotonny krajobraz pomaga myśleć i skupić sie na paru rzeczach w głowie. Drogę urozmaicają wizyty u przypadkowych ludzi. Co kilkadziesiat czasem wiecej kilometrow przejezdzamy przez małe wioski na końcu świata, gornicze osady zapomniane przez rząd i notabli, bez łączności, zapewne niegdyś zbudowane w trudzie, teraz zapuszczone, straszace kikutami zawalonych budynków.

Przy drodze rozstawiono stoły. Na nich poukladane bezladnie i przpadkowo dziesiątki, setki niewielkuch skamieniałości, kamienii, jaj dinozaurów, rzadkich kamieni. Za chwilę na motorach zjawiaja sie lokalesi. liczą ze kupię coś od nich. Spoglądam na te dowody, ze świat nie powstał 6666 lat temu, jak twierdzą fundamentalni chrzescianie, dla których ziemia wcale nie jest okrągła. Wywozenie z kraju tych kawałków zamierzchłej przeszłości karane jest przez służbę celna.

Wulkanizacja w Bulgan. Kły czarnego kundla o szalonych czerwonych oczach prawie zatapiaja sie na moim udzie. Na szczęście odskakuje i zostają mi tylko niewielkie siniaki. Naprawiamy zapasowe opony, tankujemy 40 litrow ropy i szukamy gospody. W jurcie postawionej na środku placu przygotowano nam kluski z mięsem i ziemniakami. Mongolska telewizja nadawała akurat transmisje z operacji nerki a potem japońska operę mydlana.

W drodze znów. Deszcz nie przestaje padać. 150 do następnej osady – Bogd.

Nie mijamy żadnych jurt, stad wielbladow; zero pojazdów, jeźdźców. W pewnym momencie Tseren zwraca uwagę na samotna owce, obracajaca sie wokół wlasnej osi, w szalonym tańcu. “To szalona owca, zwariowala, ludzie nie jedza takich sztuk.” mówi Seke.

Nie mam GPS ale to nie szkodzi. Mongolska wersja to również GPS – Ger Positioning System. Ger to jurta. Po prostu szukamy jednej, gdzie wskażą kierunek, potem nastepnej itd.

Bogd znaczy święty albo król – miasteczko wygląda natomiast jak blotnista zmora. Probujemy przejechać na druga stronę rzeki ale rezygnujemy z tego pomyslu. Przebijamy sie przez wysypisko smieci do innej drogi. Nagle chmury przegnane przez wiatr odkrywają osniezone szczyty górskie a na horyzoncie wyskakuje piekna tęcza. A my gnamy na północ w błocie, opuszczamy Gobi i wjezdzamy do środkowej Mongolii – do prowincji Ovorkhangai.

Posted in on the road, project, reportage, travel | Tagged ,

Niedziela w UBC i wybory prezydenckie

wybory? no sa ponoc wybory, jest dwoch kandydatow – jeden stary i obecny ( Nambaryn Enchbajar )drugi nowy z partii demokratycznej (Cachiagijn Elbegdordż) . Wiecej do wyboru nie ma a szanse sa ponoc wyrownane. Mysle ze jednak ludzie zaglosuja na starego – wiadomo lepiej nie ryzykowac i wybiora jeszcze raz tego samego typa.

Ale kto wie co przyniesie zycie?

Tak naprawde najwazniejsza sprawa jest stosunek kandydata do polityki zagranicznej – co sie stanie ze zlozami miedzy, wegla i innych bogatych zloz mineralnych w Mongolii… Przyjda Chiczycy? czy Rosja? Mongolia to bardzo bogaty kraj – ponoc dochod na glowe ma skoczyc 10 krotnie do 2020…. hmm… co z tego jezeli ziemia wybuchnie w 2012…

Seke i Bambol nie ida do wyborow – Polityka smierdzi mowia – poza tym nie ma znaczenia – kandydaci ponoc sie nie roznia miedzy soba … Natomiast dziewczyna Seke glosuje na starego – bezpieczniej i pomimo ze ponoc jest strasznym ch… to woli na niego.

Dzis szukalem dzipa z Seke – zrezygnowalismy z pomyslu wynajmowania radzieckiego vana – zre 25 litrow na 100… lepiej drozszy japonski – ktory ssie max 15 litrow. Mam 3 opcje do wieczora sie wyjasni. Zgubilem Lonely Planet – i dobrze – lzej w plecaku. Kupilem za to mape “drogowa” mongolii – ta sie przyda na pewno.

PS

wczoraj przed zasnieciem wlaczylem telewizor. ma moze z 12 cali – wiec musialem siedziec bardzo blisko – meczu NBA nie ogladalem od lat. Orlando : Cavaliers i ostatnie 60 sekund meczu mnie rozpieprzylo. Magic juz mieli to w kieszeni po genialnym rzucie za 3 punkty Hego. Cavaliers zostala ostatnia sekunda…

Pomyslalem wtedy, ze chyba warto walczyc do konca – ale z drugiej strony chyba trzeba miec cos z geniuszu Lebron Jamesa

PPS

Wygral demokratyczny nowy kandydat – ponoc roznica wyniosla 40000 glosow.

Posted in on the road, project, reportage, travel | Tagged

UB

Wyspalem się. Cały tydzień dużo się działo, teraz staram się odpocząć odrobinę i wyluzować trochę. Siedzę na tarasie Amsterdam Cafe – i mysle co dalej. Coś znów się nie udało w życiu – może taka karma. Na niepowodzeniach wzamacniam się – tak sobie to tłumaczę.

W poniedziałek wynajmuje jeepa i ruszam na pustynię Gobi. Tam w ogóle nie ma ludzi. Ostatni tydzień w Mongolii – po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego jak niewiele mogę zrobić w tak krótkim czasie. Jeżdżąc całymi miesiącami zostając w jednym miejscu dłużej przepieprzalem masę czasu na bzdury – teraz jest produktywnie, bardziej świadomie i intensywnie. Tylko coraz mniej czasu…

Posted in on the road, project, reportage, travel | Tagged

Wschodnia Mongolia

[ pisane w iphonie - sorry za literowki i lapidarnosc ]

Poniedzialek

W końcu wyruszylismy. O 7 rano Seke przyszedł pod hostel. Śniadanie w mongolskim fastfoodzie. Potem taxi na wschód. W końcu opuszczamy wielkie miasto. Pod drodze na kompletnym pustkowiu błyszczy ogromny kiczowaty pomnik Czyngis-chana – promienie porannego słońca odbijają się od srebrzystego monumentu. W ostatnich latach w całej Mongolii powstało setki pomników człowieka, który rządził kiedyś połowa świata.

Dojeżdżamy do Baganuur ( po mongolsku Male Jezioro). Wbijamy się do rodziny Seke. blokowisko jak w polsce. Nie spałem w nocy teraz mam moment żeby pospac. musimy poczekać aż Bambol załatwi brykę. Bambol to ziomek Seke – przez ostatnie trzy dni bujalismy się po Ub. Siostra Seke przygotowuje coś do jedzenia i ruszamy. Zanim wyjedziemy na dobre, zwiedzamy jeszcze opuszczone sowieckie osiedle. Przypomina mi się Borne sulinowo w 1993 roku.

W końcu pustka. Wąską asfaltowa droga zbudowana w stepie. Pojazdów niewiele. Zmieniamy się za kierownicą, Bambola ogarnęła senność. Wsiadam więc na jego miejsce i gnam kolejne 100 km toyota sprowadzona z Japonii. Iphone podłączony za pomocą adaptora i bateria sloneczna przez usb . droga bardzo dobra – 140 mozna zasuwac. Jutro bedzie gorzej – naszym celem jest Dadal pod granicą rosyjska.

Zajechalismy do Ondorkhan. Największe miasto w okolicy. Znów klimat radziecko-mongolski. Trzeba coś zjeść . Jesteśmy jedynymi gośćmi w prostej knajpie. Robimy zakupy – prowiant na 2 dni i zjezdzamy z asfaltowej drogi w kierunku polnocnym aby poszukać spania.

U podnóża góry 30 km od Ondorkhan dostrzeglismy stada kóz i owiec a chwilę potem dwie jurty. Po krótkiej rozmowie zostaliśmy zaproszeni do środka.

Khureltogoo (na polski – Zelazna Filizanka czy jakos tak) 88 letnia nauczycielka biologii i chemii. Odkąd umarł jej mąż jest na emeryturze w stepie. Ma jedzenie , świeże powietrze, gra w szachy z przygodnymi gośćmi. Jej dzieci mieszkają w mieście. w drugiej jurcie mieszka młode małżeństwo z 4 letnia córeczka. Pomagają Khureltogoo przy kozach i owcach.

Wznieslismy toasty. Potem jedzenie, jogurt, jeszcze raz wódka, ale w małych ilościach. Przyszedł czas aby zapędzić trzodę do zagrody.

Wyszedłem ma zewnątrz. Reszta gra w szachy. Ja siedzę w kompletnej ciemności i gapie się w gwiazdy.

Wtorek

300 km bo bezdrożach. Niby nic – przez step, parę potoków i lasy. To ze nisko zawieszona toyota dała radę to cud. Zajęło nam to 10 godzin. zatrzymujemy się przy owo na rozstajach dróg – jedno okrążenie, parę kamieni rzuconych na duży stos. Na większości owo leżą rozbite butelki wódki.

Siedzę na schodach drewnianej chaty w Dadal. Właśnie umylem nogi i gapie się na tumany kurzu szalejace po okolicy. To osada na koncu świata. Syberia.

Przyjaciel Seke buduje domy z drewna. Robi sie je z grubych pali bez uzycia gwoździ. Temperatury są tu o wiele niższe niz na stepach więc nieliczni mieszkają w jurtach. Pomimo ze to koniec świata każdy ma komórkę – Mobi com działa bez problemowo.

Zatem ponownie zatrzymujemy sie u lokalnej rodziny. W każdym z miejsc robię polaroida i wreczam rodzinie. mysle ze to najbardziej fair rozwiązanie – polaroidy wychodzą super, z chęcią bym je ze sobą zabrał. Radość jaka sprawiam domownikom tym prezentem jest bezcenna. Polaroid trafia obok innych rodzinnych zdjęć, zazwyczaj koło lustra. W każdym domu widzę taki oltarzyk. Czasem trafiają się naprawdę stare zdjęcia. Zastygniete, poważne twarze, czasem bardzo mocno wyretuszowane, niektóre kolorowane. portrety syna który sluzyl w wojsku
W wielu domach zdjęcia Dalaj Lamy. Dalaj po mongolsku znaczy “ocean”

Zmęczony jestem okrutnie – odleglosci ogromne, czasu nie wiele – całe dwa dni spędzone w aucie. Bambol frikuje za kierwnica, Seke martwi się o kanadyjska wizę, więc komórka nonstop w użyciu.

15 kilometrów od Dadal mieszka 93 letni Zundoi Davag. Słynny na cała Mongolie myśliwy, bohater wojenny. Czlowiek ten utrzymuje, ze swój wiek osiągnął dzięki piciu świeżej krwi zabitych przez siebie zwierząt. Ledwo słyszy ale wzrok ma doskonały. W szopie obok swojej chaty urządził mini muzeum w którym straszą wypchane niedźwiedzie, list, ptaki – jest także skóra białego królika albinosa – pierwszej ofiary która zabił w wieku lat 13. Skórka jeŚli wierzyć ma 80 lat. Potem starzec przebiera sie do zdjęcia – w klapie medale i ordery – najlepszy strzelec, najlepszy sportowiec, bohater wojny z Japonia i 46 innych. Słynie także z potencji – jego trzecia obecna zona ma 41 lat i prawie dała mu potomka – niesety pojawiły się komplikacje i poroniła.

Wymieniamy grzecznosciowe formułki, robimy sobie wspólne zdjęcie, zostawiam mu polaroida i wracamy do dadal.

Once upon in time in dadal – miasteczko jak z westernu. Drewniane domy, sklepy w których miejsce reprezentatywne zajmują butelki wodki. Jest też bar o nazwie “bar”.

Noc. Po kolacji, piwku i klasycznej wymianie złośliwości i żartów pomiędzy mną, Seke i Bambolem , zaleglimy na podłodze. Na łóżku koło mnie leżą też dzieci – chłopcy a na w kołysce słodko śpi 9 miesięczna dziewczynka. Matka jeszcze się krzata, ojciec poszedł na faje. A Seke zaraz dostanie w ryj ode mnie bo cały czas na opór gada przez telefon. Zupełnie ma w dupie ze śpią dzieciaki.

Środa

Obudziły nas ciężkie chmury. Wiem ze jak zacznie padać droga zamieni sie w koszmar. “what do you want me to do?” pyta Seke… Co ja mogę chcieć – trzeba jechać … Damy radę .

W samochodzie cisza, gdy jedziemy przez las. Wygarnalem Seke ze gadał przez tel przez godzinę w domu gdzie wszyscy spia w jednym pokoju. “it’s important it’s my life” odrzekl wzburzony. Na moje argumenty ze dzieci spały – odrzekl to, nie ma problemu, tu w Mongolii wszyscy żyją na jednej kupie. No i racja – zderzenie kultur. Jak bardzo cenimy sobie prywatność

Ciężkie chmury na niebie które prawie zawsze jest błękitne.

Po 100 km zatrzymujemy się aby spytać o drogę. Zapraszają nas do środka – herbata (mleko, sol, herbata składające się na Suutei Tsai). Seke i Bambol gnaja przez 10 minut na koniach, ja w tym czasie robię polaroida rodzinie.

Zatrzymujemy się w kolejnej zapadłej dziurze. Zakupy, trochę zdjęć i dalej przed siebie. Deszcz jednak nie spadł więc może dojedziemy do asfaltu.

Czy w Polsce jest niebieskie niebo? – pyta Bambol.

W Batnarov jemy obiad w jedynej czynnej knajpie. Akurat pierożki z mięsnym nadzieniem zwane “buuz” – wsuwamy po 5 popijając kawa rozpuszczaln i herbata mleczna.

W niedzielę wybory prezydenckie w Mongolii – w osadach rozwieszane są wielkie plakaty obecnego prezydenta ubiegającego się o druga kadencję i jego przeciwnika z partii demokratycznej.

Jeszcze 90 km do asfaltu, jeżeli bryka się nie rozkraczy.Z godziny na godzinę coraz piękniejsze swiatlo. Z ulga witamy asfaltowa szosę w Odnorkhan – teraz jedzie się płynnie i wygodnie – czytam książkę, rozmawiamy, co jakiś czas zatrzymujemy się na siku albo zrobić zdjęcia. W sklepie kupujemy landrynki “pszczółki” – kolejny z polskich produktów. Wcześniej delektowalem się korniszonami “braci urbanek”, drazetkami orzechowymi “korsarz” – nazywanymu tu Ali Baba.

O 21 jestesmy w gorniczym miescie Baganuur – idziemy z chlopakami na kolację i browca. Potem wbijam się do mieszkania starszego brata Seke. Mieszka wraz z żona i dwójka dzieci koło 20 tki. Wraz z nimi żyje też starszy człowiek – Seke nie wie kim on jest . Może się od niego sam dowiem bo mówi po rosyjsku – wygląda jak mongolska wersja Brezniewa.

Czwartek

Strasznie późno zaczety dzień. Wciąż nie wyjechaliśmy z Baganuur. Wygląda na to ze będę musiał trochę popracować w UB przez net – cały czas przywiązany do spraw w Warszawie -szkoda ze tak jest ale taki zawód freelancera.

No i tyle. Dziś za bardzo nie wiem gdzie jedziemy – będziemy się skupiać na okolicy Baganuur i rejonie gdzie żyją nomadzi – 70 km na północ od Malego Jeziora.

Od paru dni nie spotkałem żadnego cudzoziemca – ale atmosfery w stylu zapadłych dziur na prowincji brak. Nikt nie zwraca na mnie uwagi – klimat jak na osiedlu w Polsce tylko wszystko bardzo zaniedbane – połamane chodniki, zniszczone ławki, początek lat 90tych w Polgarii. Mongołowie zawsze woleli żyć w stepie – wolność i swoboda i kobyla młoda. Mobilność to podstawa, czyste niebo, powietrze i przestrzeń – to drastycznie zmieniło się na początku XX wieku. Mongolia jako drugi kraj na świecie po CCCP przyjęła ustrój komunistyczny. Wywarło to wielki wpływ na psychikę i mentalność potomków Czyngis-chana. Szczególnie destruktywne były lata 70te – kiedy to Sowieci zaczęli poczyniac sobie bardziej . Język rosyjski, sztuka, kultura, radziecka siermieznosc…

Znów step i droga choć natrafiamy na rzekę dla urozmaicenia. Bambol zna miejsce gdzie chodził się kąpać nad rzekę jak był mały – wykonuje efektowny skok do lodowatej wody z urwiska.

Osada Srebrny Kon – szybko rozniosly się wieści ze przybył brodaty bialas i Indianin co rozdaje cukierki – daliśmy wcześniej na wzgórzu dzieciakowi “pszczolek” w zamian za konia. Wieści roznoszą się szybko. Podczas obiadu (smażone w oleju buuzy polewane przyprawa z “miś-polu”, do drewnianej budy zlazly się dzieciaki szukające Indiania.

Jeździmy po Srebrnym Koniu szukając ziomka. On wie gdzie są jakieś dobre rodziny do odwiedzenia. kierujemy się za wzgórze w kierunku rzeki – przepiekna dolina, zielony dywan jak na polu golfowym, po którym biegają i pasa się setki koni.

U podnoza góry zajezdzamy do pierwszej jury. Witamy się, siadamy, pijem mleczna herbatę, robię polaroida i idziemy do następnej jurty … Gdy w niej siedzimy i znów pijemy herbatę łapie się na tym ze to zupełnie bezsensu. Wracamy do pierwszej znów. I zostajemy na całe popołudnie, wieczor i noc. Gnanie aby zrobić dwa kolejne zdjęcia jest zupełnie bezsensu.

41 letni Buyamtogtokh i jego zona Baigalmaa maja dwojke dzieci ktore studiuja w Srebrnym Koniu – w chatce pozostal im tylko nowonarodzony synek o imieniu Gwiazda. Bardzo fajni ludzie – wieczorem probujemy zlapac narowistego konia, ktory musi zostac ujezdzony bo zdziczeje do konca (hm…) tak samo z biala krowa ktora Buyamtogtokh lapie na lasso – szalona biala krowa nalezy do sasiada. Ten w koncu pozuje z nia do zdjecia. Tego wieczoru ustawia sie cala kolejka – matki z dziecmi, koles z krowa, mlodzian z koniem, Buyamtogtokh z zona, dzieckiem i sasiadka. Wszyscy chca polaroida – zupelnie nie rozumiem jak ta firma postanowila zaprzestac produkcji materialow…

Piatek

Rano znow temepratura ponizej zera, wstaje o 5, robie pare kiczowatych widoczkow i ruszamy do UBC. Do 12 musze odebrac wize. Znow wertepy i bezdroza – potem droga asfaltowa na ktorej zasypiam. Budze sie w miescie – mam wrazenie jakbym znalazl sie w Nowym Jorku albo w Tokyo. W chinskiej ambasadzie mila niespodzianka – juz chce placic za wize – pani oddaje mi paszoport z chinska naklejka i oswiadcza ze obywatele Polski wizy do Chin maja za darmo (chyba miala stare informacje sprzed wstapienia Polski do Schengen).

Posted in on the road, project, reportage, travel | Tagged

Cruisin’ in UBC

“Mieszkam tu tyle lat ale jeszcze nie bylem w tylu miejscach jednego dnia, dziekuje sprawiles mi radosc dzis” – mowi taksowkarz, ktory ma dwie maupki rozowa i zielona jako maskotki za kierownica. Wraz z Seke jego ziomkiem Bambolem krazymy po miescie jak wariaci od samego rana.

Na pierwszy ogien poszedl Black Market – bardziej poukladana wersja Stadionu w Wawie z poczatku lat 90′tych. Jest sektor z butami, potem ze zwierzetami, piecami, zarciem, srubkami, demobilem i tak dalej. Mozesz kupic wszystko. W przewodniku odradzaja to miejsce. Rzeczywiscie jestem jedynym cudzoziemcem, kaptur na glowe aparat schowany – lajka i trix tym razem oraz holga pinhole do fotografowania zlotych rybek w malych sloikach i kroliczkow w klatkach oraz wielkich kozlow obdzieranych ze skory przez usmiechajaca sie na zloto 40 letnia kobiete. Nie ma problemow z robieniem zdjec – tzn staram sie byc dyskretny.

Wracam po sredni format. Jedziemy do Ger District – ogromny teren na wzgorzach za miastem – gdzie w jurtach mieszkaja ludzie z prowincji. Seke mowi ze sprzedali oni swoje stada zwierzat i przeniesli sie do miasta w poszukiwaniu lepszego zycia. Ciezkie zimy i zmieniajacy sie klimat – zupelnie nie do przewidzenia daje sie im we znaki. Wiec ciagna do UB. Alkoholizm, bezrobocie, ciezkie warunki sanitarne. Nie jest lekko.

Jezdzimy potem bez celu po obrzezach miasta – zatrzymuje sie szukajac kuriozalnych sytuacji – a tych bez liku.

W koncu nie wiadomo skad trafiamy do dzielnicy przemyslowej – gdzie powstaly w ostanich latach fabryki a kominy wielkiej elektrowni puszczaja ciezkie chmury…

CDN. (lece na miasto, bo slonce zachodzi)

Posted in project, reportage, travel | Tagged , ,

UBC

Zapowiadają śnieg. Wczoraj upał 30 stopni, dziś zimno koło 12.

Ulaanbaatar – ponoc najbrzydsza stolica swiata. Nie zgodzilbym sie z tym – sa pewnie gorsze miasta. UBC ma swoje uroki – choc na razie wlocze sie po centrum.

Ulice pełne studentów – koniec szkoły. Na galowo, z kwiatami, rodziny odswietnye ubrane wysypują się z bryk. Studenci świętują , leje się wódka pita z małych szklanek, wieczorem rusza w tango. Teraz pozują do zdjęć , dziewczyny w szpilkach, z tipsami, ciężkim makijażem – chłopaki w garniakach z orderami w klapie.

Piątek wieczor. Temperatura spadła do paru kresek powyżej zera. Z ust leci para. Zimno strasznie. Ubrany na cebulę ruszam w miasto. Choć na razie siedzę na ławce po blokiem pijąc browara. Czekam na Seke i wdalem się w rozmowę z Toroo właścicielem guesthousu który właśnie opuścił budynek aby odjechac nowiutkim terenowym lexusem “from amerika” . Widocznie backpackerski hostel w UBC to dobry biznes. Na pożegnanie rzucił ” dont go out in the night” ….

Seke w końcu przybył. W międzyczasie temp spadła do zera.

Seke i jego dziewczyna chca wyjechac. Do Ontario – bo tam zimno i Seke mysli ze jest podobnie jak w Mongolii. Nigdy nie wyjechal poza granice swojego kraju. Cel jest blisko. Seke ma juz paszport, z duma pokazuje mi nowiutki dokument bez ani jednej pieczatki. Nazbieral juz mase dokumentow, falszywych rzecz jasna, ktore dowodza ze jest bardzo bogatym czlowiekiem. W polowie lipca wyjada do Kanady.

Tymczasem odwiedzam jego nore ulokowana w piwnicy czteropietrowego obskurnego bloku. Za sto dolcow miesiecznie wynajmuje pokoj 3×3 metry. Poznaje jego sasiadow – w piwnicy mieszka piecioro mlodych ludzi.

Klub hollywood. Czuje się jak jedyny rusek na sali. Stroboskopy, wypakowani w garniakach i z brulantyna, mongolskie białe kozaczki, sowieckie techno i smirnoff na stole.

Wódka pogrzewa atmosferę. Yo. Biggie i Snoop a potem parę hitów na czasie. W Mongolii potrafią się bawić choć Seke mówi że to najbardziej obciachowe miejce. robię 10 zdjęć i pada mi baterią w małym contaxie.

Pijany Mongol nie ma zahamowan. Do naszego stolika zatacza sie mlodzian w blyszczacej koszuli z cekinami – chwyta butle wodki i wali z gwinta wywracajac przy okazji szklanki i butelki z piwem.

O pierwszej w nocy mam dosc stroboskopow. Zostawiam Seke z przyjaciolmi i ruszam taksa do hotelu.

Z nieba spadaja platki sniegu.

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged , ,

k3 Beijing – UlaanBaatar . Trans-Mongolian Railway

Kawa o wschodzie słońca. Ostatni raz sprawdzam maile. Sprawdzam raz jeszcze papiery dokumenty bagaż . Zegnam się z Juniorem i ruszam w drogę. Taxi. Puste ulice pekinu, czyste niebo, spokój miesza się z niepewnością. Bagaż trochę ciąży gdy idę z postoju na dworzec. Już kiedyś tu byłem. 4 lata temu jadąc do beidahe z ekipa. Teraz większy porządek , czysto i miło. Jeszcze jedna kawa, małe śniadanie.

Znów w drodze. 30 godzin z pekinu do ulan bator. Kawałek transyberyskiej. Plan był inny – wracać do domu pociagiem. Nastąpiła zmiana – za dwa tygodnie powrót do Pekinu samolotem jeżeli wszystko się uda.

Wygląda ze czasu nie mam zbyt wiele na miejscu. Parę dni w UBC, pomysły do ogarniecia, wiza chińska jeszcze raz do zalatwienia, bilety na samolot.

Potem wielka jak step niewiadoma.

Tymczasem już mi się podoba. Jack johnson w sluchawkach, piękne widoki za oknem. Poznałem się ze wspolpasazerami – Blair i Francis z Kanady oraz Masza z St. Petersburga która 26 raz robi Transyberie – pracuje jako tour leader dla Gap.

Przespacerowalem się przez cały pociąg… A teraz czytanie gapienie sie przez okno i muzyka. Czuję się lepiej – miałem dwa mentalnie ciężkie dni – mam nadzieję ze się ułoży wszystko w Wawie. Always on the run. Już tyle lat.

Noc. Kurz. Mikroskopojne drobinki pylu z pustyni są wszędzie w pociągu. Pociąg został szczelinie zamknięty – z zewnątrz i wewnątrz – toalety, okna. Pociąg jest prawie pusty, zapelni sie na granicy mongolskiej – handlarzami wiazacymi dobra z Chin.

Chiczycy zabrali paszporty. Z pomocą nowych technologi wagon za wagonem ma zmieniane koła. Nie można opuścić pociągu ale idzie sprawnie. Robie zdjecia przez okna, szkoda ze nie mozna wyjsc i pokrecic sie po hali. Przypomina mi sie dokument Marcela Lozinskiego “89 MM OD EUROPY”

Cala operacja przekraczania granicy trwa prawie 4 godziny.

Zachwycony jestem ta podroza. Jest czas na rozmowy z ludźmi , browar, spanie , robienie zdjęć i książki.

Wstaje rano. Wokolo pustka. Step. Niby nic nie widac oprocz paru osad na horyzoncie. Czasem pojawi sie wielblad albo ciezarowka pedzaca przez step.

Siedzę teraz w mongolskim Warsie. Omlet, kawa, sok. Wystroj wnetrza kiczowaty do granic mozliwosci. Wszystko wyrzezbione w drewnie, niedbale przybite gwozdziami rzezbione ornamenty przedstawiaja fantazyjne scenki, demony, pedzace konie. Na scianach wisza instrumenty – rownie niedbale sklecone. Cepelia w mongolskim wydaniu.

Za godziny na godzine wiecej osad, coraz wiekszych. W koncu w dolinie pojawiaja sie pierwsze zabudowania wielkiego miasta. Ulaanbaatar (czyli Czerwony Bohater).

Posted in on the road, project, reportage, travel | Tagged , ,

Chiny i Mongolia

No dobra. W końcu znów w drodze. Jutro tato odwozi mnie do Pragi na lotnisko. Potem Paryż a pojutrze rano juz Pekin. A potem do Mongolii…. ale to juz zupełnia inna historia.

Posted in on the road, travel | Tagged ,

Białowieża

Posted in small trips, travel | Tagged ,

troche koloru, Ethiopia

w międzyczasie pomiędzy godziną 35:54 a 42:22 przebieram afrykańskie rzeczy ale jeszcze długa droga przede mną

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged ,

On the road – Ethiopia

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged ,

Trochę koloru. Etiopia

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged

North Ethiopia / Północna Etiopia

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged ,

Ethiopia – Harar

Posted in .., on the road, reportage, travel | Tagged , ,

Zanzibar

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged , ,

Harar

Zupelnie inny “vibe” niz polnoc kraju. Wschodnia Etiopia – blisko do granicy z Dzibuti i Somalia. Inny klimat, ludzie, architektura. “Wszyscy” zuja chat, coraz wiecej wielbladow i ludzi pustyni.

Przeskoczylem z Mekele do Addis, pare godzin na lotnisku, godzinka lotu do Dire Dawa, taxi na dworzec i w koncu busik do Hararu.

Rano znow akcja z przewodnikiem, ktory na mnie czeka w recepcji hotelu. Znow czuje sie jak “amerykanski turysta” czy tez “niemiecki emeryt” no ale coz – ten czlowiek akurat sie przydaje. Informuje mnie o zwierzecym markecie w Babille. Wskakujemy w autobus do Dzidzigi (stolicy prowincji Somali). W autobusie spotykam Marcela z Montrealu, ktory od lat wlasciwie robi to samo co ja – zdjecia, podroze, pilotowanie grup, filmy, dzialanosc edukacyjna. Choc ma 40 lat, wyglada na 10 mlodziej – kursowanie pomiedzy Afryka, Ameryka i Azja dobrze mu robi – zdazyl tez zalozyc rodzine w miedzyczasie – ma zone z ludu Mon ( z Tajlandii) i coreczke. Jakos w kupe wszystko ogarnia.

Ludzie na markecie przyjazni i wyluzowani. Nie robia problemow ze dwoch faranadzi robi zdjecia. Sami sa nas ciekawi. Setki wielbladow, koz, krow, wolow, owiec. Ludzie z Dzibuti, Somali, lud Afar, Oromo, Harari. Dzieje sie i to mocno. 6 godzin robienia zdjec wystarczy. Wracamy do Babille.

Dzis jeszcze spie poza murami starego miasta – z balkonu ogladam chaotyczny market. Ludzkie szalenstwo. Przed chwila ciezarowka przejezdza kobiete sprzedajaca chat na ulicy. Histeria i obled. Policja, rekoczyny, wrzask.

Chat to wielki problem w krajach Afrykanskiego Rogu. To nie heroina czy koks, ale i tak uzaleznia. Dziesiatki ludzi leza pod murami z wielkimi torbami wypchanymi chwastem, zujac zielone liscie, wyciagaja reke w blagalnym gescie aby cos im rzucic. Nie pracuja, nie mysla, sa na haju – kwiaty raju im w tym wystarczajaco pomagaja aby mogli nic nierobic.

Jedna z “atrakcji turystycznych” jest karmienie hien. Ludzie z Hararu zyja od lat w swoistej symbiozie z hienami, ktore nie nabraly smaku na ludzkie miesa. Walesaja sie na smietnikach licza na padline ktora podrzucaja im zaprzyjaznieni mieszkancy miasta. Ten zwyczaj przerodzil sie w atrakcje turystyczna. Turysci placa za mieso i maja mozliwosc obserwowania tego szalonego spektaklu.

Wbijamy sie tuktukiem o 19 poza bramu starego miasta. Tuktuka ustawiamy tak aby snopami swiatel z reflektorow oswietlal widowisko. 15 hien skomli, chichocze, miauczy skrada sie na krotszych tylnich nogach, swiecac ogromnymi oczami osadzonymi w poczciwych przemilusich ryjkach.

Zdjecia zdjecia. W pewnym momencie hyena-man proponuje abym sam podjal sie karmienia bestii. W lewa reke biore kawalek miecha na patyku. Blyskawicznie porwane jest przez jedna z hien. Potem biore patyk w usta nakladam mieso – ogromny leb hieny zbliza sie na 5 centrymetrow od moich ust i wyrywa padline.

Na sam koniec etiopskiej podrozy doskonale odnalazlem sie w Hararze. Zachwycajaca platanina, alejek, uliczek, przejsc. Labirynt 368 pasazy w ktorym jednak nie sposob sie zgubic. Zawsze dojedziesz do jednej z bram. Nie przeszkadzaja mi naganiacze, samozwancy – przewodnicy, dzieciaki krzyczace “faranadzooooo!”. Ja na to krzycze “ethiopiaaaannn!!” na “you you you” odpowiadam “ante, anchee, nante!!!”

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged

Mekele i Wukro

Pierwsze miasto gdzie nie przesladuja czlowieka. Mozna spokojnie chodzic po ulicach a miasto przyjemne. Sniadanie w postaci platkow kukurydzianych na goracym mleku. Wkrajam banana. Kawa i sok. Na wielkim TV ogladam newsy ze swiata – Mumbai, bomby, cholera w Zimbabwe, krach, Obama z usmiechem na twarzy ale i zatroskanym czolem przemawia do ludzi – wyglada na to ze wszyscy jedziemy na tym samym wozku – w dol i dol.

Wukro to dziura ale sympatyczna. Lokalny autobus przywiozl mnie tu z Mekele. To tylko godzina drogi. Postanawiam spedzic tu noc. Luwam Hotel – bez robali i tani. Zostawiam pare zbednych rzeczy – zabieram tylko wode, orzeszki, banany i aparaty z filmami. Trzeba poszukac transportu do Megab. Akurat wypadla niedziela wiec nie bylo to takie latwe.

Na odcinku pomiedzy Wukro a Megab mozna naliczyc okolo 120 kosciolow. Roznia sie one od tych w Lalibeli ze zostaly zbudowane w gorach, w jaskiniach, na skalistych wystepach, ukryte w przepastynych dolinach, schowane przed oczyma tych co mogliby miec zle zamiary. Bez wynajetego samochodu mozna spedzic cale dni szukajac tych kosciolow. Jako ze nie jestem zbyt religijny mam jeden cel – Abune Yemata.

Wyszedlem za miasto, na droge prowadzaca do Megab. Siedzialem pod drzewem dwie godziny. Nic z tego. Zero okazji. Wrocilem wiec na dworzec autobusowy aby wynajac busika. Ciezkie targowanie – jak zwykle z 80 dolarow za dzien zszedlem do 50. Po drodze kupujemy wode i chat – kierowca musi miec liscie do zucia. Ja po raz pierwszy probuje tego narkotyku – ktory w Etiopii jest legalny i oprocz kawy jest jednym z glownych produktow exportowych (glownie do Dzibuti i Somalii). Zuje cala droge ale nic nie odczuwam – lipa w porownaniu z liscmi koki. Lapiemy gume ze dwa razy, podroz ciagnie sie i ciagnie – ale widoki przegenialne. Zabieramy kolejnych tubylcow i rozwozimy ich po wioskach az w koncu dojezdzamy do Megab.

Tam wraz z przewodnikiem (znow to samo – bez przewodnika moglbym sie przeciez zgubic, zginac, spasc ze skaly, utopic sie w wyschietym korycie rzeki) ruszamy w 4 kilometrowy spacer az pod kilkusetmetrowa gore przypominajaca te z Monument Valley w USA. Wspinaczka pod gorke az stajemy przed pionowa skala. Przewodnik wskazuje mi wyzlobione, ledwo widoczne uchwyty na stopy i dlonie. No to ladnie. Poczatek jest zdecydowanie trudny, bo nielatwo znalezc odpowiedny uchwyt. 100 metrow do gory. W koncu udaje mi sie dowlec do kosciola, ktory zostal umiejscowiony w niewielkiej jaskini. Swiat tonie w pomaranczach i czerwieniach. Slonce odbija sie od skal – widok genialny. Ale trzeba juz wracac – bo zaraz zajdzie slonce.

Kierowca busa jest cieciem nie z tej ziemi. Okazalo sie ze jego umiejetnosci jazdy sa zadne. Zakopuje sie w piachu ze trzy razy, zachodzi zmrok, ten rzuca przeklenstwa i zuje chat. Gdy nadchodzi zmrok kierowca dostaje malpiego rozumu, chce jak najszybciej dojechac do Wukro. Boi sie widocznie jezdzic w ciemnosciach. Upewniam sie ze ma swiatla. Ma – ale opony sa zupelnie lyse. A ten pedzi w tumanach kurzu. Na jednej z serpentyn nie wyrabia i bokiem zaczynamy sie zsuwac w kierunku przepasci. Zatrzymujemy sie na pol metra od krawedzi. Jakos w koncu dojezdzamy do Wukru. Wypijam piwo i ide spac totalnie wyczerpany…

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged

W drodze z Lalibeli do Mekele.

Autobus z Lalibeli do Woldi. Szyba jest zapackana blotem i opieczetowana naklejkami z podobiznami Marleya, Haile Sellasje i Matki Boskiej. Wschodzace slonce ledwo przebija sie przez szklo. Mam miejsce z przodu kolo kierowcy – dobre aby robic czasem zdjecia. Kurz i pyl. Ja budze sie i zasypiam – kolejne wioski sa jak urywki z dobrego przygodowego filmu. Po pieciu godzinach jazdy po wertepach wysiadam w Woldi. Klasyczne opedzanie sie od natretow na stacji dworca. Ide dobry kilometr do rozwidlenia drog. Jezdnia jest w remoncie. Chinscy inzynierowie w koszulkach polo wciagnietych w spodnie podciagniete pod same cyce, w okularach slonecznych z nieodlacznym papierosem nadzoruja etiopskich robotnikow. Chiny Ludowe buduja w Afryce. Taki obrazek mozna zobaczyc w wielu krajach kontynentu. Przy stacji Shella lapie okazje – do Mekele jade jako pasazer ogromnego tira. Moj kierowca Gebre jest z Debre Berhan (100 km na pln-sch od Addis). Czestuje mnie pomaranczami, potem zatrzymujemy sie jeszcze na obiad. Wspolna indzera za 9 birow. Wioski, stada baranow, dzieciaki machajace w naszym kierunku, na przemian asfalt z dziurawa kamienista jezdnia. Z gorki i pod gorke. Na godzine przed Mekele lapiemy gume. Znow przystanek. Kawa, podgladanie lokalnego zycia, ktore toczy sie wzdluz drogi. No i w koncu Mekele.

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged

Lalibela

Ta nazwa od dawna chodzila mi po glowie. Nie pamietam kiedy po raz pierwszy przeczytalem o tym miejscu. Czy to stare numery National Geo czy tez Heban. Ale pewnie bylo to wczesniej. Mniejsza z tym.

11 kosciolow wykutych w skale od lat przyciagaja historykow, badaczy, podroznikow, pielgrzymow z calego swiata.Taka mala Jerozolima. Miejsce swiete dla etiopskich chrzescian – magiczne i frapujace i pewnie zostanie zadeptane przez turystow.

Zanim wylecialem z Bahir Dar odwiedzilem apteke aby cos na katar i gardelko kupic. No pan aptekarz sprzedal mi lek na alergie czy cos takiego. Myslalem ze zejde po nim. Odmienne stany swiadomosci przez 24 godziny juz myslalem ze mam malarie czy w ogole umieram. Sprawdzilem rzecz u lekarza – aptekarz z Bahir Dar chcial mnie chyba ukatrupic.

Czujac sie obloznie chory tuz po przylocie zadekowalem sie w Tukol Village – ogromny pokoj, w ograglym tradycyjnym domu z czerwonego piaskowca z widokiem na okoliczne gory. Dobrze mi to miejsce zrobilo.

Nastepnego dnia umawiam sie z moim przewodnikiem o 5:30 rano. Przewodnicy w ogole sa nie potrzebni w Etiopii – ale narzucaja sie oni niemalze sila. Choc ten akurat sie przydal – moglem sie wbic na teren kosciolow o 6 rano – na dwie godziny przed otwarciem dla turystow. Chcialem uniknac spotkania z wycieczkami, ktore zjezdzaja sie busami, terenowymi toyotami oblegajac najbardziej efektowne wizualnie miejsca juz od momentu otwarcia.

Bylem wiec w stanie zrobic zdjecia podczas porannej mszy. Koscioly pelne lokalesow opatulonych w “gabi” – biala szate. Koscioly robia wrazenie – choc od paru miesiecy poludniowa i polnoca grupa kosciolow (granica jest rzeka Jordan) przykryte sa konstrukcjami z betonu i stali.

“Kosioly przetrwaly 900 lat i musza kolejne 900″ – rzuca Abraham, moj przewodnik.

Pytam czy widzial “Piaty element” – ten nie wie o co chodzi. Ale wlasnie takie wrazenie wywieraja na mnie te konstrukcje – jakby nad starozytnimi budowlami wyladowaly ogromne statki obcej cywilizacji.

Labirynt przejsc, uliczek, tuneli, zakamarki, jaskinie, koscioly – zanurzam sie w ten swiat na caly dzien. Wracam w te same miejsca o roznych porach dnia. Najwieksze wrazenie robi kosciol Swietego Jerzego, wykuty w skale na ksztalt greckiego krzyza. Jego doskonaly ksztalt mozna podziwiac z gory albo wejsc tunelem do jego wnetrza.

Po poludniu spotykam dziadka, ma jasna skore chodz wyglada jak Etiopczyk. Wita mnie Bon Giorno , parla Italiano? – odpowiadam ze rozumiem troche i wymieniamy pare zdan. Starszy pan pochodzi z Erytrei choc jest Wlochem ma 82 lata i przyjechal do lalibeli w pielgrzymce.

Samo miasteczko jest straszna dziura. Mecza dzieciaki, ktore scigaja turystow przez caly dzien. Wieczorem gasnie swiatlo gdy siedze w jednej z malych knajpek – jem okropny ryz z warzywami slonymi na maxa. Postanawiam nie konczyc posilku i wychodzac z knajpy nie zauwazam rowu betonowego – dziury pol metrowej. Rozpierdzielam sobie lewa noga – klaycznie to samo miejsce co wczesniej w Indiach a potem w Kolumbii. Dobrze ze nic nie zlamalem. Doczlapuje do hotelu – opatrunki i gleba spac.

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged

Spotkanie w Bahir Dar

Dojechalem do Bahir Dar. Nie moglem sie dostac samolotem z Gondaru do Lalibeli wiec zakupilem bilet z Bahir Dar, lezacym nad Jeziorem Tana. Miejsce znane przede wszystkim z monastyrow i kosciolow polozonych na wyspach i polwyspie. Mialem sobie odpuscic no ale jezeli los mnie tu rzucil to czemu nie.

Awantura na dworcu – naganiacze napadali na busa – wiec kierowca spierdalal po placyku oganiajac sie od namolnych typow. Nie wiem o co chodzilo – pewnie o pieniadze jak zwykle w Etiopii. W kazdym razie ja po prostu wysiadlem i rura na zewnatrz placyku, rzucajac pare postrych slow do “brzeczacych owadow – pasozytow”. Dorwalem tuktuka i do hotelu.

Zasiadlem, zamowilem St George Beer i uslyszalem jezyk polski ze stolika obok. Nie namyslajac sie dluzej podszedlem do panstwa z Polski. Nie wygladali na backpackerow, anie na grupe turystow. Zagadalem, dzien dobry dobry wieczor, witam. Po wymianie zdan, skad i dokad etc czlowiek z dluzszym wlosem, plastrem na czole i torba ze sprzetem wideo lezaca przy krzesle spojrzal na mnie jakos tak intensywnie

- Bartek? Bartek Pogoda?

Zrobilem wielkie oczy i przytaknalem.

- Czesc Jestem Bogdan Lecznar, tato Agnieszki Lecznar :)

Spotkanie niesamowite. Maly swiat zaiste. Przysiadlem sie do stolika i rozmowa poplynela. Ekipa to naukowcy zajmujacy sie problemem nawadniania i irygacji. Generalnie chodzilo o rozwiazanie problemow jakie nawiedzaja Etiopie. Profesor, asystenci i Pan Lecznar, ojciec Agi – jako filmowiec.

Na drugi dzien ogarnelismy razem ladna wycieczke po jeziorze i klasztorach. No ale o tym innym razem.

PS.
jestem do tylu z wpisywaniem tych notek, bo wlasnie siedze na lotnisku w Addis i lece do Dire Dawa a stamatd do Harraru.

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged

Gory Simien

Ponoc to jedne z najpiekniejszych pasm gorskich w calej Afryce. Wlasciwie sam 10 dniowy trekking moglby byc dobrym powodem aby przyjechac do Etiopii. W Gondarze zalatwiam transport do Debarku – gdzie miesci sie kwatera glowna parku narodowego. Pomimo ze udaje sie tylko na dwa dni wraz ze mna jedzie przewodnik, skaut (lokales ze staroswiecka flinta, w wielkiej welnianej czapie), kucharz + pomocnicy, kierowca i jego nieletni pomocnik. Nie lubie takich rzeczy – czuje sie jak angielski turysta w XIX wieku przemierzajacy Afryke z cala karawana. No ale takie sa reguly w parku narodowym .

Dziele koszty samochodu z laska z Danii i Tino ze wschodnich Niemiec. Oni startuja w 10 dniowy trek z Debark a ja tylko dwa dni i zaczynam w polowie drogi pomiedzy Debark a Sankanber

Znajduje kolejne osoby do podzielenia kosztow samochodu – Bridget i Bena (tez na dwa dni i wracaja ze mna do Gondaru). Wiec masakryczny koszt 240 dolarow za samochod terenowy sie zmniejsza.

Jezu znow chce opisywac jak to “droga sie wila i slonce pieknie swiecilo” ale to bedzie na zdjeciach. Nie ma co sie bawic w romantyka – grafomana.

W kazdym razie – dobry trip. Dawno juz na treka nie uderzalem. Poza tym spanie w namiocie, kolacja na ognisku – normalnie jak na Mazurach czy w Bieszczadach ;)

Trasa latwizna, choc na 4000 metrow. Dopiero jak stromizna sie zaczyna to czuc brak tlenu i mojej formy. Serce prawie wyskakuje i rozbija sie na drobne kawaleczki 800 metrow ponizej. Widoki przegenialne, szczegolnie drugiego dnia o 6 rano. Mysle ze dwa dni to za malo. Przynajmniej 4-5 aby poczuc klimat. Po drodze mijamy stada pawianow – normalnie jakbym przegladal sie w lustrze…

W nocy mialem sen jak z dokumentu Contacts. Widzialem dokladnie kazdy negatyw kazda klatke , bardzo wyraznie – wszystkie zdjecia ktore zrobilem na wyjezdzie – pomimo ze jeszcze nie wywolalem klisz. Dziwna akcja….

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged

Gondar.

Ze snu wyrwalo mnie twarde ladowanie na lonisku oddalonym o 20 km od Gonderu. Poranne slonce milo grzalo. Gory ktore wyrastaly na horyzoncie osnuwala delikatna mgielka. Poza tym ani jednej chmurki na niebie. Powietrze czyste i rzeskie. Wyszedlem w poszukiwaniu kogos aby podzielic koszty transportu. Dlugo nie szukalem. Zaraz po mnie wyszly dwie Hiszpanki – trajkoczac cos wpadly na mnie gdy przepakowywalem plecak. Hola, hola – Trinty i Maite – jedziemy razem do Belegez Pension.

Zatyczki do uszu, opaska na oczy. Odpadam na ladnych pare godzin.

Po przebudzeniu nie wiedzialem gdzie jestem. Zajelo mi to pare chwil aby zdac sobie sprawe z nowej lokalizacji. Wylazlem z nory.

Gondar – nic specjalnego – miasteczko jest przede wszystkim baza wypadowa w gory Simien. W centrum miasta wznosi sie ufortyfikowany komplek palacow – siedziba Fasiladasa – cesarza Etiopii, ktory ustanowil w Gonder stolice swojego imperium w 1636 roku. Straszna nuda – ale moze warto zobaczyc – w koncu w Afryce takich miejsc jest niewiele.

“You, you, you” “You, you, you” – powtarzane bez konca, slysze na kazym kroku. Molestowanie w stylu hinduskim – zaczepki i zaczepki. Tak naprawde nalezy to po prostu zlac i zupelnie zignorowac. Turysta = kasa. Albo cukierek czy dlugopis. Nalezy dorwac bialasa, omamic, stlamsic, osaczyc i wydoic. Tak to jest na turystycznym szlaku. Wystarczy miec troche wiecej czasu i zjechac z marszruty Lonely Planet aby spotkac zajebistych, bezinteresownych ludzi.

Biegam z aparatem. Mysle ze dobrym posunieciem bylo zabranie malej lajki z 35mm obiektywem. Wisi sobie z boku, nie rzuca sie w oczy. Szybko sie nia ustawia co trzeba – wlasciwie point and shoot – jezeli sie dobrze pozna aparat. Chodze i strzelam – choc nie jest latwo. Najlepiej sie nie pytac – choc to oczywiscie wbrew zasadom “dobrego turysty” z zachodu. Ja jestem zlym turysta. Widze moment robie zdjecie i w nogi. Aparat jest cichy i dyskretny. Tak naprawde przede wszystkim lokalesi widza bialasa z dziwnymi wlosami, zoltymi od slonca i z 4 tygodniowa broda. A aparat w drugiej kolejnosci.

Posted in on the road, reportage, travel | Tagged