Archiwa tagu: mongolia

mongolia ciąg dalszy

Wci?? nie sko?czy?em ogarnia? Mongolii – wygl?da na to, że b?d? musia? tam jeszcze powróci?.

I haven’t finished my Mongolia project yet – it looks like I will have to come back there… Victor Mete Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano

ice

 Larry Nance Jr. Womens Jersey

Opublikowano travel | Otagowano

almost wild horses

 Terry Steinbach Womens Jersey

Opublikowano travel | Otagowano

Black Market – Ulaanbaatar, Mongolia

 Chris Sale Jersey

Opublikowano on the road, reportage, travel | Otagowano

City Nomads – Mongolia

 Carter Verhaeghe Jersey

Opublikowano project, reportage, travel | Otagowano , , ,

In the steppe – Mongolia

 William Hayes Jersey

Opublikowano on the road, reportage, travel | Otagowano ,

Centralna Mongolia

?roda wieczor

Granica pomi?dzy Gobi a Ovorkhangai

Jedziemy jeszcze z 20 kilometrów za Bogd. Doje?d?amy do zagrody z kozami, aby zapyta? o drog?. Dwóch jezdzcow bez siodel wyja?ni?o nam ze jad?c 80 km na pó?noc nie ma już ?adnych rodzin i zaprosili nas do siebie. Pognali rado?nie krzycz?c, ze b?d? mieli jeszcze wi?cej go?ci. Chwil? potem zrozumieli?my o co chodzi.

Akurat zako?czy?a sie ceremonia postrzyzyn – daakhi urgeekh. Jurta pe?na ludzi. Trzy letni chlopczyk podawany jest z r?k do r?k, ka?dy daje mu banknot i ca?uje w ?ysa g?ówk?, z tylu g?owymały spleciony kosmyk w?osów które pozostaly.

W jurcie gwarno, gospodyni podaje pocz?stunek – przepyszny ser byaslak i jeszcze jeden bialego koloru aaruul. Chleb smarujemy swiezym maslem urum.

Dashwaa – stary człowiek o ?ywych smiejacych się oczach zacz?? opowiada? swoj? histori?. Najpierw okaza?o sie, ze zna ojca Tserena z dawnych czasów gdy by? kierowca ci??arówki ( tak jak tato Tserena ).

Jego zona umar?a bardzo wcze?nie. Pozna? ja na pó?nocy kraju w krainie jezior i lasów. Przenie?li się na po?udnie Gobi i tam za?o?yli rodzin?. Urodzila mu dziesiecioro dzieci i wkrótce potem umar?a na raka. Dashwaa uwa?a ze przyczyn? by?a zatruta woda. Starzec jest równie? my?liwym. Wspomina jak za czasów komunizmu pomaga? polowa? grupie Amerykanow. Zdziwiony pytam czy to na pewno byli Amerykanie, przecie? to by?y czasy Zelaznej Kurtyny. Dashwaa potwierdza w pe?ni przekonany. Bayarmaa – m?odsza córka – podaje mu kolejna czarke z woda ognista. Oczy m??czyzny robi? się szklane.

Kubeczek z wódka kr??y po jurcie, nie mam ochoty pi?, cho? muszę przynajmniej zamoczyc usta.

Dashwaa, Gansukh i Tseren wdaja się w nostalgiczna dyskusje o dawnych, dobrych czasach. Tseren opowiada o Filatovej zonie szefa partii z lat 70tych. Ze to dobra kobieta by?a. Budowa?a szpitale dla dzieci, kina teatry, muzea. Mówi? Seke ze równocze?nie rusyfikowala naród niszcz?c tradycyjna kultur?, zwyczaje i my?lenie.

Tseren Potem, który z bohaterów „czterech pancernych i psa” by? moim ulubionym. Ja mówi? ze szarik a on nasladujac owijanie gwo?dzia wokó? palca wskazuje na Gustlika.

Potem chc? sie koniecznie silowac na r?k?. Nierobiłem tego od 7 klasy podstawówki ale ku mojemu zdziwieniu wygrywam dwa razy z Barem (jest wstrzasniety zupelnie wi?c musi się znowu napi? ) i raz z Tserenem. Potem już nie mam si?y i Baysgalan ( gospodarz) zalatwia mnie w sekund?. Dobrze ze nie wpadli na pomys? zapasów w b?ocie, ?niegu i konskim gownie.

W końcu gospodyni Ulzii poda?a zup? i przyznam ze by?a to najlepsza zupa jaka jad?em w mongolii, nie odmówi?em dokladki. Tseren wydoby? z kieszeni korea?ski ostry sos. Genialne. Pyszne.

Jeste?my na pograniczu pustynii i stepów – deszcz pada coraz bardziej – jutro b?dziemy w stolicy prowincji

Bar (po mongolsku Tygrys) mój równolatek tylko ze z lipca. ?mieje sie ze ja te? tygrys plus T.

Seke juz wie co sie swieci. Nie pójdziemy spa? dopóki nie wypijemy butelki wódki do ko?ca. Ju? się boj?, nie mog? tego kurrstwa prze?kn??.

W końcu padaj? na pod?odze – ja zawijam się na dywanie w spiworze i próbuje zasn??. Lapie mnie myslitok. planuje, sklejam pomys?y, licz? barany, oddechy i krople deszczu uderzajce cicho o dach jurty. Sen nie nadchodzi.

Noc najgorsza . Dwoch pijaków wróci?o do jurty. Wczesniej lezeli w deszczu i blocie na dworze. Gansukh tarza sie po pod?odze – delirium. Po raz czwarty zmienilem pozycj? swoj? wzgl?dem niego, facet ma wyj?tkowo ci??ka jazd?. Rzuca sie, jeczy, chrapie, znow majaczy i tak przez trzy godziny. Reszta rodziny ?pi jak gdyby nic. Zapewne przywykli. Nie mog? spa?. Jeki, chrapanie, pierdzenie i tak w kolko.

Mongolia ustrzegla się plagi narkomanii, prostytucji i AIDS. Gorzej natomiast z alkoholizmem. Du?o pisa?em o wódce. Puste butelki walaj? się przy drogach, przy owo (przydro?nych kamiennych kopcach), w sklepach zajmuja najwiecej miejsca. Podczas wyborow wprowadzili prohibicje, pewnie meliny nie mogly nadazyc z obsluga klientow. Wódka wita i zegna się go?ci. Azjaci maj? inny metabolizm alkoholu, poza tym jak pij? to do upad?ego. Seke mówi ze m?odsze pokolenie przestawia sie na piwo, ale i tak wi?kszo?? pije na umór. On sam nie nawidzi wódki. Ma ku temu doskonale powody – jego matka zapila się na smierc.

Czwartek

Spad? ?nieg. Spa?em z 4 godziny, teraz siedz? nieprzytomny w jurcie u Bara. W poprzedniej jurcie zostawilem spiwor – Bar pojecha? po niego.

B?oto. B?oto. B?oto. W jednym miejscu utopily się 4 ci??arówki i jeden van. Wyci?gamy samochód za pomoc? ?a?cucha. Godzina w plecy. Ale w Mongolii ka?dy pomaga sobie nawzajem.

Zasnalem w fotelu na dwie godziny. Jeszcze kolejne dwie i b?dziemy na miejscu w Arvaikheer w centralnej Mongolii. Znów mg?a i ?nieg. W końcu z ulga witamy asfalt i wjezdzamy do miasta. Seke uradowany – to jego rodzinne miasto, z którego wyjecha? dopiero po podstawówce.

Arvaikheer

Seke oprowadza mnie po okolicy. Tu było przedszkole, tam salon z grami, tu zak?ad xero. Idziemy do bloku w którym mieszka?, potem na targowisku bierzemy side-car’a (motocykl z koszykiem) i obiezdzamy okolice. Pi?kne chmury na granatowym niebie. Szukamy alejki na wzgórzu gdzie mieszka? ze swoj? babcia. Miejsce już nie istnieje. Na wzgórzu stoi okropny betonowy obelisk ku czci przyja?ni radziecko-mongolskiej. Robimy siku i dalej w miasto.

Arvaikheer w tym swietle wydaje się ca?kiem sympatyczne. Po?o?one na 2000 mnpm, kliladziesiat tysi?cy mieszka?ców, stolica prowincji. Zasuwamy motorem – mam tylko bluz? z kapturem i przeszywa mnie przerazliwy ch?ód.

Tseren znów spotyka się z kumplem – tym razem jest to gruby, duzy człowiek – szef lokalnej policji. W czwórk? idziemy do korea?skiej restauracji. Gliniarz mówi p?ynnie po rosyjsku. I jest fanem Hansa Klossa. A jak tam pan Stanislaw Mikulski – pyta ku mojemu zaskoczeniu, ze pami?ta nazwisko. Najwi?kszy problem jest z kradziezami zwierz?t – nowoczesna technika pomaga im bardzo – siedz? na szczytach gór z lornetkami i telefonami komórkowymi, obczajaja stada i pasterzy i kradn? w najbardziej spodobnym momencie.

Pi?tek.

?pi? z 10 godzin i rano budzi mnie ponownie s?o?ce i b??kitne niebo. Po ?niadaniu (zylaste mi?so w gor?cej wodzie – buee , po zastosowaniu kuracji keczup + chili zupa jest zjadliwa) ruszamy w kierunku UB.

Przejezdzany mostem nad rzeka Ongi – rzeka której już prawie nie ma. A wszystko przez Erel group i czlowieka o nazwisku Erdrnebat. Jego kopalnie zlota, majac gdzies protesty lokalnej ludnosci i ekologów skutecznie zniszczy?y system rzeki która prawie wyschla.

Jedziemy w góry, bia?e szczyty przyci?gaj? mnie jak magnes.

Jedziemy droga przez lancuch górski khangain nuruu. Pytamy o drog? – wygl?da na to ze musimy przebi? się przez osniezona prze??cz górska.

Rozmawiamy o historii, o tym co zdarzy?o się 800 lat temu.

Co by? zrobi? gdyby? by? wielkim khanem? Pytam Seke

Odpowiedz jaka mi daje zaskakuje mnie – Zmongolizowalbym cale imperium i wszystkie podbite kraje.No tak, wida? ze nie by? nigdy za granic? i inne kultury zna z ksi??ek i filmów no i z opowiada? obcokrajowców.

Mongo?owie są bardzo dumni z w?asnej przesz?o?ci, no chyba ze się zrusyfikowali albo jak m?odsze pokolenie zamerykanizowali. M?odzi marz? o Ameryce, Australii czy Europie. wyje?d?aj? na obozy letnie do Kanady, czy na Work & Travel do USA i zostaj?. Seke mówi ze kr??? legendy jak szybko można się dorobi? i sta? się bardzo bogatym człowiekiem wyje?d?aj?c za granic?.

W Mongolii mieszka 2,8 miliona mieszka?ców. W Rosji 2 miliony, w Chinach w Inner Mongolii prawie 4. Oczywi?cie za oceanem te? spora grupa.

Na zasniezonej prze??czy zabieramy autostopowiczow. Starsze ma??e?stwo i m?odego ch?opaka. M?ody jecha? na motorze jako pasazer wcze?niej ale trudno przejecha? we dwójk? w zapadajacym się ?niegu.

Doje?d?amy do Bat-Olziy. Znów ma?a knajpka – kawa i buuzy. Zakupy i pytanie o drog?. Mijamy mas? ska? pochodzenia wulkanicznego i widoczkow a la tapeta defaultova z windows xp.

Dolina Orkhon to przepi?kne miejsce. Rzeka wije się niewielkim kanionem. Trawa wyglada jak przystrzyzona pod pole golfowe. Stada koni, jakow, owiec, szukamy wodospadu a potem jakiej? fajnej rodziny aby zosta? na noc.

Spozywam bu?garskie wino „nied?wied? ” rocznik 2008 nad wodospadem z którego nie spada ani kropla. Pijemy, s?uchamy Jacka Johnsona i wrzucamy wielkie wulkaniczne kamienie do rzeki – stonefall.

Zbli?a się wieczor – trzeba poszuka? miejsca do spania. Przez lornetk? wypatrujemy bia?ych pere? stepu. ?adnych jurt na horyzoncie jednak nie widac.

W końcu doje?d?amy do końca doliny. Nad rzeka stada jakow, owiec, koz i koni. Dwie jurty. Okazuje się ze to krewni, którzy dopiero dzi? rozlozyli jurty. Zatrzymujemy się w pierwszej, w której mieszka m?ode ma??e?stwo – pobrali się w tamtym roku. Ona w ci??y.

Dzisiaj masakra je?eli chodzi o ?arcie. Ca?y dzień twarde mi?so – zylaste, wchodz?ce pomi?dzy wszystkie zeby. Ledwo uda?o mi się za pomoc? szczoteczki i nitki upora? z jednym posi?kiem zaraz nadchodzil nast?pny. W Mongolii wyboru nie ma – jesz co daj?. Bol? mnie wi?c wszystkie ?eby od rzucia i nici dentystycznej. Brakuje mi owoców i warzyw na maxa.

Gospodarz Galiya jest by?ym lesniczym – opowiada historie o klusownikach, po?arach, ludziach którzy nie dbaj? o srodowisko. Miejscowi uwa?aj? go za bohatera, człowieka walcz?cego o prawid?owe zarz?dzanie darami Pachamamy :)

Bardzo mila rodzinka, rozmowa toczy się do polnocy. Ja już leze w spiworze przysluchujac się rozmowie z której nic nie rozumiem. Seke t?umaczy mi co ciekawsze kawa?ki i mog? wtedy przez niego w??czy? się w temat.

Mlodszy brat daje mi maila, mówi po angielsku (pierwsza osoba na prowincji jaka spotykam wpadaj?ca przynajmniej odrobin? w tym jezyku

Sobota

Wyje?d?amy z rana i kierujemy sie w kierunku Karakorum. Ze staro?ytnej stolicy Czyngis Chana nie wiele zosta?o. Co? tam odbudowali, stworzyli na nowo, aby przyci?gn?? turystów. Ja muszę do apteki kupi? coś na gard?o – chyrlam strasznie.

Powoli zbli?amy sie do UB – robi? kalkulacje – wychodzi ze w ci?gu dwóch tygodni przejecha?em 4000 km po bezdro?ach Mongolii.

Jutro lece do Pekinu. Ben Ijalana Authentic Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano

Gobi

Poniedzia?ek

Opuszczam UB. Wynajalem za 30 dolarów za dzień terenowego vana hyundai starex i kierowc? o tybetanskim imieniu Tseren. Ma 43 lata, od 18 roku ?ycia je?dzi? wielkimi ci??arówkami po bezdro?ach i stepach. Wygl?da na spoko go?cia cho? ma kamienna twarz Takeshi Kitano. Jako t?umacz i ogarniacz jedzie ze mn? Seke.

Unstiin Khiid (Ash Monastery). Trzy czarne kruki siedz? w ruinach lamaickiego monastyru. Drepczemy w kurzu po ruinach kompleksu budynków. Ko?ci zwierz?t, czaszki koz?ów i obciete kopyta susza sie w morderczym s?o?cu.

Wspinamy sie po belkach pod dach ?wi?tyni. Seke rzuca mimochodem ze to dobrze ze komuni?ci rozpieprzyli feudalno lamaicki system, który tak naprawd? bra? od miejscowej ludno?ci. Takie jego zdanie. Kole? jest anty wszystko – anarchista, wanna-be Indianin – nienawidzi Przewalskiego, który w XIX wieku „odkry?” Takhi – dzikiego konia stepów Mongolii. Pono? to „odkrycie” przyczyni?o się do prawie ca?kowitej zag?ady gatunku. Ale to bardzo ciekawa posta?. Trudno o tak dobrego kompana i przewodnika a właściwie ??cznika pomiedzy mn? a lokalna ludno?ci?. Pewnie gdyby nie Junior & Olusia i poznana przez nich Tuya musia?bym sobie poradzi? inaczej. A tak od 2 tygodni przebywam jedynie w towarzystwie lokalesow.

Ju? dawno zjechalismy z g?ównej asfaltowej drogi, która i tak ko?czy się kilkadziesi?t kilometrów za UB.K?py trawy. Pojedyncze osady jedna na 10 km majaczy na horyzoncie. Zdech?a krowa przy drodze. Niefortunnie akurat tutaj zatrzymujemy się aby odda? co nieco.

Wiatr i kurz. S?o?ce i pustka

Jeste?my jedynym statkiem na pustyni, ktora by?a kiedy? morzem.

Opuszczamy suchy step. Teraz tylko zwir, kamienie, piasek i Nic.

You like it ? – pyta Seke

I like – odpowiadam – I like nothing around

Kopalnia wegla – dzi? wygl?da na opuszczona. Kiedy? komunistyczna potem sprywatyzwana po 1990 roku. Kobieta u której zatrzymali?my się w go?cinie mówi ze teraz przyje?d?aj? chi?scy robotnicy aby kopa? w?giel r?kami – mongolskie bieda szyby.

Suszone mi?so – innego o tej porze roku w jurtach nie miałem okazji spróbowa?. Wiosna rodz? się m?ode a reszta musi nabra? masy – w lecie zacznie się ucztowanie natomiast jesieni? przygotowania do zimy.

Zachodzi s?o?ce. Chyba się zgubilismy lekko. Od jednej jurty do drugiej jest czasem 20 km.

Krajobraz nuzacy i monotonny. Jeden jedyny raz spostrzegan jedno zielone drzewo rosnace przy studni. K?pki trawy, krzaki, piach, kamienie po horyzont. Coraz wi?cej dwugarbnych wielbladow.

Samochód rzuca coraz bardziej. Kamienisto – zwirowa droga robi sie coraz w??sza, choc kierowca naprawd? nie?le daje rad?. Zatrzymujemy się w jurtach i pytamy o drog?. Zachodzi s?o?ce, potem pustynny monochrom. A? przychodzi noc. Py? w p?ucach, coraz bardziej kaszle. Aparaty zawijam w plastykowe worki.

W pewnym momencie widzimy swiatlo. W okolo dziury siedza ludzie. Kopalnia z?ota – nielegalna, wi?c wydobywaj? r?koma i za pomoc? prostych narz?dzi i tylko pod os?ona nocy. W?ród nich Afro-mongo? , owoc zwi?zku afryka?skiego studenta i mongolki. Ludzie którzy nielegalnie wydobywaj? recznie zloto nazywani sa „ninja”.

Wtorek

Dalanzadgad – stolica prowincji Omnogov. Zakurzone, ca?kiem spore miasto. Doje?d?amy po 1 w nocy. W ciemno?ci z daleka mami nas czerwony swietlny szyld Bayan Gobi Hotel. Wbijamy się do skromnego pokoju. Tseren zasypia w ubraniu. Ja jestem tak zm?czony ze nie moge zasnqc, wyci?gam z plecaka rozpadajaca sie ksi??k? „podró? do zrodel czasu”, wydanie z 1988 roku, kupione na dworcu w Katowicach. Dzie?o Alejo Carpentiera wci?ga mnie tak bardzo, ze odplywam dopiero po godzinie. ?nie o d?ungli, oceanie i Ameryce Poludniowej ….

Rankiem sniadanie w gospodzie. Czterech typów przy sasiednim stoliku opró?nia litr wódki – dobrze rozpocz?ty dzie?. Tseren opowiada historyjki z czasow trzyletniej sluzby w wojsku. Koty, bicie, picie i pomiary korytarzy zapalkami. Nastepnie zalatwiamy zakupy, internet, stacj? benzynowa. Jedziemy do parku narodowego Gurvan Saikhan.

Celem jest Yolyn Am gdzie znajduje się lodowy kanion. Nie jest to mo?e to czego sie spodziewa?em – ale parokilometrowy spacer w?ród ska?, po lodzie to czysta przyjemność.

Zaliczamy pierwsza katastrof? samochodowa – na wertepach p?ka wzmocnienie podwozia. Na szczęście ca?kiem niedaleko mieszka kumpel Tserena z wojska. Ostroznie jedziemy do obozu, aby zreparowac hyundaia. Z zachodu idzie piaskowa burza. Wiatr coraz silniejszy widoczno?? ?adna. Dzisiejszy plan to dojecha? do obozu przy diunach. 150 km – moze się uda.

Par? godzin pó?niej

Zapomniałem jak ko?cz? się spotkania z kumplami z wojska. Tseren z ziomkiem znikaj? gdzie?, w poszukiwaniu „narzedzi” a mo?e „instrukcji obs?ugi do poczytania”. W ka?dym razie wracaj? szczesliwsi. szybko naprawiaj? bryk?, jedziemy w odwiedziny i na posi?ek do rodziny ziomka. Znów ten sam rytua?: herbata, ciasteczka, zupa z mi?sem i kluskami, polariody, ogl?danie zdjęć w rodzinnym albumie i w drog?. Tseren jest ewidentnie wstawiony – opierdalam go zeby wolniej jecha?. Po godzinie jazdy lapiemy gum?. Seke robi nu wyk?ad: stawiamy ultimatum albo przestaje pi? albo nie jedziemy z nim. Dziwnie zapewnie brzmia te slowa na srodku pustyni – jestesmy przeciez na niego skazani.

Widoczno?? spada do 200 metrów, nisko zawieszone s?o?ce nie?mia?o ?wi?ci, lecz szaro?? popo?udniowa jest niemal przygnebiajaca. Nie wiemy czy dobrze jedziemy, trudno znale?? drog? w tym mongolskim mleku. na nast?pny taki trip bior? z sob? gps. Seke przez chi?ska lornetk? dostrzega coś co wygl?da na majaczace diuny…

Dwie godziny pó?niej

Wci?? jedziemy. Mamy jeszcze 20 kilometrów do obozowiska. Powtórka z wczorajszej nocy, dobrze ze Tseren już wytrzezwial. Pisz?c te s?owa lapiemy znów gum?, zostala nam druga zapasowa opona – pod podwoziem. Problem w tym ze nie mo?emy jej odkr?ci?. W końcu udaje si?, oby tylko trzecia opona nie strzeli?a.

Doje?d?amy do tourist camp. Turystów nie ma w ogóle, gwiad na niebie nie wida?. Seke negocjuje ceny za prosty posi?ek i spanie. Trwa to dobry kwadrans zanim zasiadziemy w restauracji. Piwko, zupa, swiezutki, goracy chleb.

?roda

O poranku budzi mnie deszcz. B?ogos?awie?stwo dla pustyni i jej mieszka?ców. Cho? wcale nie dla podró?nych. Owszem kurzu nie b?dzie , gorzej z koleinami i b?otem. Chyba przywioz?em im dobra pogod?.

Rezygnujemy z odwiedzin i wloczegi po diunach. Lepiej nie ryzykowa? zakopania się w b?ocie. Druga rzecz? są opony a raczej ich brak. Ruszamy do Bulgan – pierwszej osady na pó?noc od Gobi. To tylko i a? 130 kilometrów. Wulkanizacja, sklep i ropa – podstawowe potrzeby.

Jest mglisto i zimno. Temperatura spad?a o 25 stopni. Jedziemy we mgle, z magnetofonu wciaz ta sama ta?ma. Kobieta spiewa o Gobi i smutnym placzacym wielbladzie. Muza jest mo?e pompatyczna i kiczowata w sposobie aran?acji i doboru instrumentów ( a raczej ich braku – syntezatory kroluja), ale jest klimat.

Seke mowi ze tala mg?a oznacza trzy dni deszczu. Potem przyjdzie s?o?ce i pustynia zmieni kolor na zielony. Na pewno b?dzie te? mas? grzybów. Od razu wyobra?am sobie kempy trawy i miejsca w których sraja owce – mongolscy szamani na pewno znaj? dzia?anie psylocybiny. Seke natomiast nie wie o czym do niego rozmawiam.

Zapuszczamy Yat-Kha. Love will tear us again – wykonane w technice ?piewu gardlowego pasuje jak nic innego w tym mrocznym, mglistym i tajemniczym miejscu.

Zrobili?my już tysi?c kilometrów po bezdro?ach po?udniowej Mongolii. Za szybko, za du?o, ale co zrobi? je?eli bycie w drodze uspokaja mnie, rozklekotane skamlemie amortyzatorow to czysta muza dla duszy. Monotonny krajobraz pomaga my?le? i skupi? sie na paru rzeczach w g?owie. Drog? urozmaicaj? wizyty u przypadkowych ludzi. Co kilkadziesiat czasem wiecej kilometrow przejezdzamy przez małe wioski na końcu ?wiata, gornicze osady zapomniane przez rz?d i notabli, bez ??czno?ci, zapewne niegdy? zbudowane w trudzie, teraz zapuszczone, straszace kikutami zawalonych budynków.

Przy drodze rozstawiono sto?y. Na nich poukladane bezladnie i przpadkowo dziesi?tki, setki niewielkuch skamienia?o?ci, kamienii, jaj dinozaurów, rzadkich kamieni. Za chwilę na motorach zjawiaja sie lokalesi. licz? ze kupi? coś od nich. Spogl?dam na te dowody, ze ?wiat nie powsta? 6666 lat temu, jak twierdz? fundamentalni chrzescianie, dla których ziemia wcale nie jest okr?g?a. Wywozenie z kraju tych kawa?ków zamierzch?ej przesz?o?ci karane jest przez s?u?b? celna.

Wulkanizacja w Bulgan. K?y czarnego kundla o szalonych czerwonych oczach prawie zatapiaja sie na moim udzie. Na szczęście odskakuje i zostaj? mi tylko niewielkie siniaki. Naprawiamy zapasowe opony, tankujemy 40 litrow ropy i szukamy gospody. W jurcie postawionej na środku placu przygotowano nam kluski z mi?sem i ziemniakami. Mongolska telewizja nadawa?a akurat transmisje z operacji nerki a potem japo?ska oper? mydlana.

W drodze znów. Deszcz nie przestaje pada?. 150 do nast?pnej osady – Bogd.

Nie mijamy ?adnych jurt, stad wielbladow; zero pojazdów, je?d?ców. W pewnym momencie Tseren zwraca uwag? na samotna owce, obracajaca sie wokó? wlasnej osi, w szalonym ta?cu. „To szalona owca, zwariowala, ludzie nie jedza takich sztuk.” mówi Seke.

Nie mam GPS ale to nie szkodzi. Mongolska wersja to równie? GPS – Ger Positioning System. Ger to jurta. Po prostu szukamy jednej, gdzie wska?? kierunek, potem nastepnej itd.

Bogd znaczy ?wi?ty albo król – miasteczko wygl?da natomiast jak blotnista zmora. Probujemy przejecha? na druga stron? rzeki ale rezygnujemy z tego pomyslu. Przebijamy sie przez wysypisko smieci do innej drogi. Nagle chmury przegnane przez wiatr odkrywaj? osniezone szczyty górskie a na horyzoncie wyskakuje piekna t?cza. A my gnamy na pó?noc w b?ocie, opuszczamy Gobi i wjezdzamy do ?rodkowej Mongolii – do prowincji Ovorkhangai. Jeff Zatkoff Womens Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano ,

Niedziela w UBC i wybory prezydenckie

wybory? no sa ponoc wybory, jest dwoch kandydatow – jeden stary i obecny ( Nambaryn Enchbajar )drugi nowy z partii demokratycznej (Cachiagijn Elbegdord?) . Wiecej do wyboru nie ma a szanse sa ponoc wyrownane. Mysle ze jednak ludzie zaglosuja na starego – wiadomo lepiej nie ryzykowac i wybiora jeszcze raz tego samego typa.

Ale kto wie co przyniesie zycie?

Tak naprawde najwazniejsza sprawa jest stosunek kandydata do polityki zagranicznej – co sie stanie ze zlozami miedzy, wegla i innych bogatych zloz mineralnych w Mongolii… Przyjda Chiczycy? czy Rosja? Mongolia to bardzo bogaty kraj – ponoc dochod na glowe ma skoczyc 10 krotnie do 2020…. hmm… co z tego jezeli ziemia wybuchnie w 2012…

Seke i Bambol nie ida do wyborow – Polityka smierdzi mowia – poza tym nie ma znaczenia – kandydaci ponoc sie nie roznia miedzy soba … Natomiast dziewczyna Seke glosuje na starego – bezpieczniej i pomimo ze ponoc jest strasznym ch… to woli na niego.

Dzis szukalem dzipa z Seke – zrezygnowalismy z pomyslu wynajmowania radzieckiego vana – zre 25 litrow na 100… lepiej drozszy japonski – ktory ssie max 15 litrow. Mam 3 opcje do wieczora sie wyjasni. Zgubilem Lonely Planet – i dobrze – lzej w plecaku. Kupilem za to mape „drogowa” mongolii – ta sie przyda na pewno.

PS

wczoraj przed zasnieciem wlaczylem telewizor. ma moze z 12 cali – wiec musialem siedziec bardzo blisko – meczu NBA nie ogladalem od lat. Orlando : Cavaliers i ostatnie 60 sekund meczu mnie rozpieprzylo. Magic juz mieli to w kieszeni po genialnym rzucie za 3 punkty Hego. Cavaliers zostala ostatnia sekunda…

Pomyslalem wtedy, ze chyba warto walczyc do konca – ale z drugiej strony chyba trzeba miec cos z geniuszu Lebron Jamesa

PPS

Wygral demokratyczny nowy kandydat – ponoc roznica wyniosla 40000 glosow. Terrance West Authentic Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano

UB

Wyspalem si?. Ca?y tydzień du?o się dzia?o, teraz staram się odpocz?? odrobin? i wyluzowa? troch?. Siedz? na tarasie Amsterdam Cafe – i mysle co dalej. Co? znów się nie uda?o w ?yciu – mo?e taka karma. Na niepowodzeniach wzamacniam się – tak sobie to t?umacz?.

W poniedziałek wynajmuje jeepa i ruszam na pustyni? Gobi. Tam w ogóle nie ma ludzi. Ostatni tydzień w Mongolii – po raz kolejny zda?em sobie spraw? z tego jak niewiele mog? zrobi? w tak krótkim czasie. Je?d??c ca?ymi miesiącami zostaj?c w jednym miejscu d?u?ej przepieprzalem mas? czasu na bzdury – teraz jest produktywnie, bardziej ?wiadomie i intensywnie. Tylko coraz mniej czasu… Joe Schobert Authentic Jersey

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano