Mieszkam w LODZI – nie w miescie ani prawdziwej lajbie – ale w czyms cos ja nasladuje. Apartament do ktorego sie wlasnie wprowadzilismy (ja, Maras, Justa) przypomina koje jachtu co wyruszyl dookola planety. Drewniane obicia – mini salon i sypialnia plus kibelek, gdzie cieknie non stop. Woda tez nieustannie leje sie z kranu w mikro kuchni. Co ma pewnie udawac szum morza lub oceanu. Wlasciciel jakos nie mial okazji tego naprawic – i tak cieknie jak nam powiedziano okolo roku. Poza tym Maras symulowal w nocy chorobe morska wyrzygujac z siebie zawartosc zaladka i tym samym byl nie zdatny do pracu nastepnego ranka. Poza tym odzywa sie klimat dziwnego MOTELU z Wild at Heart lub Lost Highway…
Wyprowadzilismy sie od Ani, Mike i Julki – nie bylo tam miejsca dla 6 osob. Szczegolnie dla takich WUJKOW-SAMO-ZLO jakimi sie okazalismy.
Dzis rano zwloklem sie z loza, nie umylem zebow bo szczoteczke w poprzedniej chacie zostawilem. Slonce jeszcze nie wzeszlo, a nad przelecza Berthoud szczerzyl sie ksiezyc. Autostop. Szybko zlapalem jakiegos wariata co do pracy w Iron Horse jechal (hotel tuz za moim) – wiec na szybcika bylem w robocie. Tam nuda. Wielkanocny poniedzialek. Umylem 5 talerzy na krzyz i zaglebilem sie w lekturze USA TODAY, a potem sprawdzilem jeszcze maile – ale ponoc nie wolno pracownikom nizszej kategorii. Telefon do domu – pogawedka z Aura – probowalem sie tez do innych ludzi dodzwonic ale nie dalo rady.
Zagral Hejnal z wiezy Mariackiej. A u mnie wybila 12:00. Ide poczytac ksiazke albo zdrzemic sie…
PS.
Jednak chyba sie wydaje ze rzadko bo rzadko, ale blog bedzie dzialal…
