No w koncu dojechalem. Hm… nie ma slonca, fale niezawysokie, ale mam nadzieje ze bedzie lepiej. Wioska genialna, hotel z bambusa z wlasnym lozkiem 2×2 metry i kibelkiem z prysznicem za 4$. Mialem okazje zlapac pokoj za 1 $ – ale wlasciciel hotelu wygladal na sporego kretacza, ktory za bardzo odurzyl sie whiskey i jointami.
Muzyka, bongosy, nieustajacy odglos fal rozbijajacych sie o brzeg, doskanala pizza za 2 dolce i piwo za 70 centow. Da sie zyc. Surfowanie w internecie 3$ za godzine (zajebiscie drogo) a wypozyczenie deski surfingowej 3$ za … dzien! No wiec – czas lapac fale. Oblozylem sie literatura surfingowa i czytam, ogladam. JUtro pierwszy dzien zmagan z oceanem.
