Przedostatni a właściwie ostatni dzień w Tokio.
Szkoda. 2,5 dnia poszło na jetlag, spanie w dzień, małe zakupy i oswajanie się ze śniegiem i zimnem. Wczoraj i dziś spędziliśmy na chodzeniu ile się dało – największym mankamentem jest słońce zachodzące o 17.30. Zdjęć nocnych nie lubię. Choć i tak tutaj jest spoko, bo Tokio oświetlone jest białym światłem w odróżnieniu od Polski utopionej wieczorem w okropnym żółtym świetle ulicznych latarni.
Wybraliśmy się na przedmieścia. W klimacie, przyjemne, przytulne, jedno piętrowe domki, zaciszne alejki, mikroskopijne sklepy i knajpki, matki z dzieciakami śpiącymi na bagażniku rowerów. Zen, chill, cisza i spokój. Uwielbiam. Bardzo dobra ucieczka od zgiełku miasta, szalonych melodyjek, odgłosów komunikatów w kółko wybrzmiewających z głośników w metrze i na ulicy – strasznie długich i pełnych uszanowanych uprzejmości, drodzy przechodnie i najznakomitsi pasażerowie.
Przeczytałem ze Emirates mają loty do Tokio z Wawy za 1500 złotych tam i z powrotem. Super deal. Najdroższe są fajne noclegi – jak jedziesz z ukochaną to chyba nie chcesz spać w dormach po 16 osób na pokój :) tutaj wychodzi z 200-400 zeta za nocleg…
Jedzenie tanie i dobre za 50 złotych od osoby minimum na dzień można dać radę (z wizytą w knajpie). Transport – przejazdy dwa razy droższe niż w Wawie. Generalnie jest ok – gorzej jak się trafi do paru sklepów z aparatami i gadżetami :)
Jutro wyjeżdżamy. W góry a potem dalej.

























