Hitchhiker’s guide to Japan

Zdjęcia z Japonii

Tokio

Zostawi?em daleko za sob? parne ulice Hong Kongu. 5 godzin pó?niej byłem już w innej rzeczywisto?ci. Japonia. Kraj kwitn?cej wi?ni, która już o tej porze roku nie kwitnie. Tokio.

Nie próbuj? nawet szuka? podobie?stw pomi?dzy tym co widz? teraz a rzeczami z przesz?o?ci. Ulice Tokio są wysokokaloryczn? po?ywk? dla moich oczu – wszystko co sobie wcze?niej wyobra?a?em mogłem spokojnie zzipowa? i wyrzuci? do kosza.

„Dude, nie ma co wstawa? zbyt wcze?nie – je?eli b?dziemy le?e? w ?ó?ku do po?udnia mniej kasy wydamy na ?arcie” – rzek? Thorben z Niemiec do Andrew z Australii. G?upie to ale jak?e prawdziwe. Kasa idzie straszna – oszcz?dza się na wszystkim a i tak schodzi 40-45 dolców na dzie?. KaoSanTokyo.com – najta?sza opcja w Tokio za 2000 jenów za noc – nie ?adne kapsu?y metr na dwa (tam za noc 3500 jenów). 100 jenów to 3 zeta. Za 100 jenów kupisz najwy?ej ma?? wod? mineraln?, zupk? w proszku lub te? 3 banany. Za 500 masz obiad w barze gdzie kuponik na ?arcie kupujesz z automatu i przynosisz go do kuchni. Aby dosta? się do miasta i z niego wróci? kolejne 400 jenów. Piwo kosztuje 300 a Santory Whiskey 250 za ma?? butelk?. W?a?ciwie da się ?y?, ale minimalnie. O jeny…

O 17 ko?czy się praca. Metro wype?nia się do granic mo?liwo?ci, wtedy pojawiaj? się upychacze ?aduj?cy ludzi w wagonach tak, aby umo?liwi? zamkni?cie się drzwi. Ludzie jad? do domów, do barów, na spotkania ze znajomymi – miasto t?tni ?yciem a? do pó?nocy – potem odje?d?a ostatni poci?g. Tych których sta? na nieprzyzwoicie drogie taxi nie maj? co się martwi? – reszta zostaje w mie?cie do rana, niektórzy id? przespa? się w kapsule albo w lovehoteru (Love Hotel), gdzie niekoniecznie się ?pi. Czasem zbyt zatr?bieni sararymen (urz?dnicy) le?? na parkowych ?awkach czekaj?c na nowy dzień – wtedy obudz? się w wymi?tym garniaku i znów pójd? do pracy. ?ycie sararymana to poci?g, praca, picie, spanie, poci?g, praca i znów picie. I tak codziennie – nie można przecie? odmówi? kolegom, a tym bardziej szefowi. Szef idzie się napi? – idziesz z nim, lata temu podpisa?e? pakt ze sko?nookim diab?em. Kolektywnie w grupkach, g?o?no i alkoholowo sp?dzaj? kolejne dni po pracy.

Miasto, pono? 34 miliony ludzi – wraz z Jokoham? i Chib? oraz setkami mniejszych miasteczek tworz? najwi?ksz? metropoli? ?wiata, jeden wielki betonowy organizm pracuj?cy jak silnik Toyoty, bezproblemowo i d?ugowiecznie – chyba ?e coś padnie – to wtedy jest krótkotrwa?a katastrofa – tajfuny, tsunami czy trz?sienia ziemi to chleb poprzedni…

Metro zm?czonych ludzi. Jest cichutko. S?ycha? jak kartkuj? ksi??ki czy te? komiksy. Rano wyprasowani biegn? korytarzami wielkiego spaghetti, w poci?gu gapi? się w okno, ekrany komórek, gejmbojów czy kieszonkowych playstation. W okolicach Shibuya albo Shinjuku pojawia się kolorowy t?um szalonych ludzi – wszystkie odmiany wariatów, niesamowite Japoneczki, punki, dresiarze (tak, tak), uczennice szkó? ?rednich w podkolanówkach, blond w?osach, wyci?gaj? lusterka z plastikowych torebek i zaczynaj? poprawia? mejkap, wszystko to nie przerywaj?c ?wiergotania i konferencji mi?dzykomórkowych. Tokio jest stolica KNJ – Konfederacji Narodów Jednokomórkowych – za par? lat wi?kszo?? pop-ulacji b?dzie mia?o problemy z kciukami.

Postanowi?em przejecha? autostopem przez ca?y kraj. Z pó?nocy na po?udnie. Jako, że byłem w samym środku wyspy uda?em się na pó?noc na drug? najwi?ksz? wysp? Japonii – Hokkaido.

Autostopem przez Japonie. Hokkaido.

Dzie? pierwszy na Tohoku Expressway

Z Ueno zakupi?em bilet za 650 jenów do stacji Hasuda (JR Utsunomiya). Prawie przespa?em stacj?, poci?g się buja?, chyba po?owa pasa?erów spa?a, wi?c podda?em się sennym wibracjom. Otworzy?em oczy, gdy zamyka?y się drzwi, chwyci?em plecak i crumplera ze sprz?tem i wyskoczy?em na peron stacji Hasuda. Szare, o?owiane niebo, leniwa atmosfera w miasteczku, szybko znajduj? przystanek autobusowy numer 3. Potem podje?d?a autobus jad?cy do Shiyakusho-mae – dzięki pomocy kobiety jad?cej na s?siednim siedzeniu wyskakuj? tu? przy wje?dzie na autostrad?. Robi? z kilkaset metrów mijaj?c niewielkie domki, po?o?one przy czystych uliczkach. Jest do?? ciep?o, staruszkowie podcinaj? krzaki w ogrodach, dzieciaki je?d?? na rowerach, a ja zasuwam z plecakiem.

Powrót do autostopu jak za dawnych czasów. Podobnie jak w Niemczech czy w Europie Zachodniej najlepszym miejscem są parkingi po?o?one przy autostradzie – w Japonii te miejscóweczki nazywaj? się SA/PA. SA (sabisu eria) są większe ni? PA (parkingu eria), które są tylko parkingami z jednym barem, toaletami i stacj? benzynow?. Sabisu eria to znacznie większe przystanki, jest nawet bezprzewodowy internet (szkoda, że zabezpieczony) i st?d właśnie pisze te s?owa.

Po 15 minutach machania zatrzymuje się pierwszy samochód. Przedstawiciel serwisu zajmuj?cego się napraw? robotów i maszyn – 30 lat, jedzie do Utsunomiya, wyrzuca mnie 37 km przed tym miastem – na du?ym SA sk?d mam nadzieje z?apa? nast?pn? okazj?. Stoj? z godzin? – same samochody dostawcze, urz?dnicy wracaj? z roboty, właściwie nic się nie dzieje, s?ucham lekcji japo?skiego i ?uj? gum?. Yoshihiro Nakamizu od 13 lat eksportuje drzewka bonsai– zabiera mnie 10 kilometrów wraz ze swoj? rodzink? (dzieciaki wgapione wmały telewizor nadaj?cy anime i cicha ?ona, która tylko na końcu po?egna?a mnie wi?zank? mi?ych japo?skich s?ów). Yoshihiro zna Porandu (Polsk?), sprzedaje tam swoje drzewka, kiedy? te? je?dzi? stopem, wi?c zawsze zabiera takich typów jak ja. Wszystko pi?knie, ale zaczyna pada? – dostaj? w prezencie parasolk? i dobre s?owo na po?egnanie. Zachodzi s?o?ce wi?cej chyba dzi? kilometrów nie zrobi?. Z do?wiadczenia wiem, że w nocy się stopowiczów nie zabiera – jeszcze jeden kole? mnie zabiera, jednak te? z 10 kilometrów, na szczęście na dobry SA.

Drugi dzień – Tohoku Expressway

Znalaz?em doskona?e miejsce, aby się wyspa? – w lesie, na trawie, roz?o?y?em karimat?, nakry?em się kocem zawini?tym z United Airlines, polskie tygodniki przywiezione od Łukasza, lekcje japo?skiego z iPoda a? w końcu zasn??em.

Obudzi?o mnie ostre s?o?ce w okolicach 8 rano, otrzepa?em się z setek mrówek (spa?em w mrowisku jak się okaza?o), pozdrowi?em g??bokim sk?onem dwóch dziadków siedz?cych na ?awce obok (ohayo gozaimas), spakowa?em graty, zjad?em ?niadanko w sali pe?nej podró?nych, kawa, du?a woda i ruszy?em w stron? autostrady.

Cel jaki za?o?y?em sobie na dzisiaj – czyli Aomori – wydawa? się odleg?y jak ksi??yc, który przy?wieca? mi w nocy. Znów iPod i 5 lekcja z 9 które ?ci?gn??em z netu – jeszcze 2 dni i przerobie to wszystko i b?d? potrzebowa? ca?o?ci kursu. Po 15 minutach zatrzyma? się pierwszy kole? – 45 letni fan Deep Purple (akurat lecia?o Smoke On The Water), coś po angielsku mówi? (zreszt? jak wi?kszo?? tych co mnie zabra?a po drodze) – podrzuci? mnie mo?e z 30 kilometrów do nast?pnego parkingu. 30 minut czekania i z piskiem opon zatrzyma?o się BMW wyprodukowane w D?ermani z kierownic? po lewej stronie – dobroczy?ca nazywa? się Kodo Hanabusa i by? prezydentem Hanabusa Co. LTD firmy zajmuj?cej się dostarczaniem lunchów do du?ych firm w Tokio. Spoko go?? – zapalony golfista, podwióz? mnie mo?e z 20 kilometrów do kolejnego parkingu, z którego od razu zabra?a mnie starsza para jad?ca na wakacje do Akity (2 dni wakacji w Japonii to du?o). Akita znajduje się na zachodnim wybrze?u Honsiu wi?c obiecali mi podrzuci? mnie a? do rozjazdu dróg znajduj?cego się przed Moriok?. ?wietnie się z?o?y?o – zapakowa?em graty do wypasionego Nissana w stylu ameryka?skich kr??owników i ruszyli?my w drog?. Kole? mówi? odrobin? po angielsku i rozumia? wszystko, wi?c przez pó? godziny toczy?a się rozmowa zanim nie zapad?em w g??boki sen na tylnej kanapie. Obudzili mnie na parkingu tu? przed rozjazdem zapraszaj?c na lunch – nie mogłem odmówi?, zreszt? bior?c uwag? stan moich finansów wcale nie chcia?em – wypasiony obiadek, potrenowa?em japo?ski i przemili pa?stwo po?egnali się ze mn? zostawiaj?c mi kaw? w puszce i kawowe dropsy co prawdopodobnie mia?o mnie obudzi? (niestety tak się nie zdarzy?o).

Nie zd??y?em nawet się podrapa? w ty?ek, a tu się zatrzyma? kolejny człowiek. Podrzuci? mnie pod sam? Moriok?, na kompletnie jak się okaza?o pusty parking – lecz i tam nie zagrza?em miejsca – dos?ownie par? minut pó?niej m?ode ma??e?stwo z 3 letni? córeczk? podwioz?o mnie na lepszy i wi?kszy parking.

Tam sta?em i sta?em – zachodzi?o s?o?ce i było już ca?kiem pó?no – nie byłem przekonany czy chcia?bym rzeczywi?cie tu biwakowa? bior?c pod uwag? znaki ostrzegaj?ce o aktywno?ci misiów w okolicy – zjedzony przez nied?wiedzia w Japoni – marny koniec marnego cz?owieczka.

Sta?em tak i sta?em – a? ze stacji benzynowej ruszy? w moim kierunku jeden z jej pracowników nios?c dwa kartony z nazwami zapisanymi w Kanji (ten sam alfabet co chi?ski, zreszt? potem napisz? wi?cej o j?zyku).

– Konnichiwa
– Konnichiwa, ogenki deska?
– Hai, genki des, anatawa? Aomori e ikimas – rzek?em

Okaza?o si?, że mistrzowie zrobili mi dwa kartony, zak?adaj?c, że jad? albo do Aomori albo do Morioki. Podzi?kowa?em, uni?enie, k?aniaj?c się w pas – ale dalej sta?em jak ten ko?ek i nikt nie chcia? się zatrzyma?. Po godzinie znów ci sami d?entelmeni przyszli z pomoc? – okaza?o si?, że pytali się ka?dego na stacji benzynowej czy mnie nie zabierze. No i tak się sta?o – podjecha? van z go?ciem o szarych w?osach, ró?owej koszuli i butach za pierdyliard jenów – ten nie mówi? a nic po angielsku, ale w ci?gu 2 dni nauczy?em się na tyle japo?skiego, że mogli?my rozmawia? przez 15 minut (sam byłem zaskoczony) a? znów odpad?em. Obudzi?em się przed samym Aomori, wypili?my kaw? na parkingu i po 15 minutach byłem w przystani promowej. Za 1400 jenów zakupi?em bilet na Hokkaido do Hakodate i b?d? tam o 4 rano.

Podsumowuj?c – jestem totalnie uradowany – b?d? na Hokkaido w nieca?e pó?tora dnia odk?d opu?ci?em Tokio. Zak?ada?em minimalnie 3-4 dni, aby się tam dosta? – Japo?czycy zaskoczyli mnie kompletnie – ka?dy dzień jest lepszy od poprzedniego i jak się uda chcia?bym zosta? tu przynajmniej miesiąc. Je?d??c stopem schodzi mi maksymalnie 50 zeta dziennie – co jest chyba wyczynem, po dniach sp?dzonych w Tokio.

Nie wiele spa?em w ostatnich 3 dniach – właściwie od paru tygodni sen jest nierówny, zasypiam o dziwnych porach, czasem wraz z brzaskiem, w godzinach popo?udniowych na par? godzin. Teraz to się odbija – nie mam si?y nawet macha? lew? ?ap? na nadje?d?aj?ce samochody – na szczęście nie trzeba wiele wysi?ku – maksymalnie kwadrans z górk? i znów jestem na swojej drodze. Tyle, że pó?niej zasypiam w samochodach swoich dobroczy?ców i nie wiem czy jest to mile widziane, w końcu kto? zabiera mnie ze sob?, aby mie? towarzystwo na d?ugiej drodze do domu.

J?zyk

Japo?ski to po japo?sku „nihongo”. W?a?ciwie naukowcy do końca nie są pewni korzeni j?zyka – prawdopodobnie ma du?o wspólnego z dialektami tureckimi i mongolskimi a tak?e powstawa? pod du?ym wp?ywem chi?skiego i korea?skiego. Pomi?dzy XVI i XIX wiekiem kupcy europejscy oprócz syfilisu i innych chorób przywie?li tak?e par? s?ów, które wesz?y do codziennego japo?skiego. Oczywi?cie w wieku XX nast?pi?a g??boka amerykanizacja kultury i tym samym na toalet? mówi się toyre, na silnik enjin, telewizor to terebi, love hotel to rabuhoteru i móg?bym tak d?ugo wymienia?. Judo, harakiri, seppuku, kamikaze, karaoke, bonzai, sake, aikido, ninja, jakuza, suszi, orgiami, tsunami, wasali, gejsza, sumo – spisa?em sobie s?owa japo?skie, które zna?em wcze?niej. Potem jak wyruszy?em w drog? miałem mnóstwo czasu na nauk? – wcze?niej do iPoda za?adowa?em sobie Japanese-Pimsleur (pierwszy unit) i powoli, z lekkim zdziwieniem, zacz??em przyswaja?. Gramatyka prosta, dwa czasy jedynie (przysz?y można wyrazi? za pomoc? tera?niejszego), wymowa prosta, ?adnych intonacji jak w chi?skim, wietnamskim czy tajskim – tylko się uczy?. Trudniejsza sprawa z czytaniem – s?owa pochodzenia chi?skiego zapisuje się w kanji (taki sam alfabet jak chi?ski) w po??czeniu z japo?skim alfabetem hiragana i katakana (w nowoczesnym japo?skim wyst?puje ponad 2000 znaków kanji, natomiast 46 znaki w hiraganie odpowiadaj? sylabom – w sumie w ró?nych kombinacjach mo?emy u?ywa? a? 100 znaków; co do katakany – u?ywa się jej aby opisa? wszelkie s?owa zapo?yczone z innych j?zyków – proste prawda?).

Oprócz Nihongo (którym pos?uguje się prawie 130 milionów ludzi na ca?ym ?wicie) w Japonii u?ywa się równie? Ainu (na Hokkaido i Sachalinie w Rosji) oraz Ryukyuan na Okinawie (po?udniowa tropikalna wyspa, bardzo blisko Tajwanu).

Automaty

Sprzedaje się w nich wszystko – napoje, lodowat? b?d? gor?c? kaw?, browary, papierosy (ca?a Japonia jara jak lokomotywa, a ?redni? ?ycia maj? jedn? z najd?u?szych na ?wiecie), hotdogi, czekoladki, chrupki, kondomy, cz??ci komputerowe, komórki, karty sim, filmy pornograficzne i komiksy – w Japonii jest najwi?ksza ilo?? automatów na ?wiecie – są dos?ownie wsz?dzie, nawet w miejscach gdzie człowiek pojawia się z rzadka (mo?e nied?wiedzie na Hokkaido te? zakupuję rybne chipsy w automatach?)

Dzie? trzeci – Hakodate, Hokkaido

Prom przybi?y do wybrze?y Hokkaido o 3.30 rano. Przysta? promowa w Hakodate opustosza?a jak trybuny stadionu marnego zespo?u ligi okr?gowej. By?o jeszcze ciemno – nigdzie nie widzia?em przystanku autobusowego czy te? torów kolejowych – a do centrum miasta było ?adnych par? kilometrów. Podrepta?em zatem przed siebie, beznadziejnie machaj?c ko?czyn? z kciukiem, niestety ?aden z niewielu pojazdów mijaj?cych moj? objuczon? plecakiem posta? nawet nie zwolni?.

Wzd?u? morskiego betonowego brzegu w?dkarze porozstawiali stoliki i krzese?ka w milczeniu gapi?c się w ciemn? wod?. Przeszed?em wzd?u? przystani, potem mostem a? w końcu zobaczy?em ?wiat?a budz?cego się centrum miasta. Zlokalizowa?em wzrokiem stacj? kolejow?, gdzie wrzuci?em plecak do przechowalni. By?y trzy rodzaje lockerów – za 700, 500 i 400 jenów. Ten ostatni z początku, wizualnie, wydawa? się zamały na mój plecak. Lecz po otwarciu okaza?o si?, że oprócz mojego dobytku zmie?ci?bym tam nawet poci?te na kawa?ki zw?oki (po przeczytaniu przepisów na ?cianie okaza?o si?, że by?oby jednak to wbrew prawu, tak jak i przechowywanie broni, bomb oraz narkotyków).

Zostawiam plecak i id? na poranny market Asa-Ichi. Tysi?ce homarów, ikry, ryb i innych owoców morza. Zamawiam za 1400 jenów donburi z ikr? z ?ososia i lobsterami. Niebo w g?bie. W radiu lecia?y japo?skie przeboje z lat 60tych, zaczyna? się nowy dzie?.

Trzeba się w końcu umy? – publiczna ?a?nia (Olsen) to chyba najlepsze miejsce. Za 370 jenów zakupuje bilet wst?pu. W sporej sali 50 nagich Japo?czyków w wieku od 18 do 99, siedz? na plastikowych sto?eczkach, przed lustrami, namydlaj? cia?a, gol? się aby wej?? do jednego z d?akuzi (s? 4 i jedno na zewn?trz – testuje wszystkie, ró?ni? się intensywno?ci? bulgotu i temperatur? od 42 do 45 stopni). Rewelacja. Sp?dzam tam godzin? paraduj?c z fujark? po onsenie – no big deal – to samo robi? inni, ?adnego zas?aniania się i wstydu…

Oko?o 14 ruszam poza miasto. 8 kilometrów zanim z?apa?em pierwsz? okazj?, tu? poza miastem, zaraz przed wjazdem na g?ówn? drog?. Zatrzyma? się typek w kolorowych ciuchach, tuningowanej furce – nie jecha? do Sapporo, ale zgodzi? się podrzuci? mnie za miasto na pierwszy lepszy parking. Po drodze wst?pi? jeszcze do domu na przedmie?ciach, aby zabra? swojego kumpla – jechali w góry na jak?? imprez?. Potem siedzia?em jeszcze w trzech autach, za ka?dym razem po par? kilometrów, zachodzi?o s?o?ce, a mnie ogarn??o zm?czenie. Zrobi?em zakupy w seven eleven, postanowi?em posta? jeszcze chwilę i poszuka? miejsca do spania na pla?y. 3 minuty pó?niej siedzia?em w samochodzie Nishi Masanori, 26 letni mieszkaniec Sapporo zabra? mnie z radości? i jak powiedzia? po raz pierwszy mia? sposobno?? rozmawia? po angielsku z gaijnem (obcokrajowcem). 3 godziny pó?niej byłem w Sapporo – czas przelecia? szybko na rozmowie, s?uchaniu muzy, zatrzymali?my się te? na kolacj? gdzie? w górach, potem zasn??em, Nishi obudzi? mnie w Sapporo.

Zdecydowa?em się nie i?? do Youth Hotelu za 3700 jenów. Za 1900 mog? przesiedzie? 7 godzin w kafejce netowej – prysznic, prywatna kabina, tysi?ce filmów na DVD, picie i jedzenie za friko, szybkie ??cze i super wygodny fotel…

Dzie? czwarty – Sapporo

Wczorajszego dnia w okolicach popo?udnia ledwo już pow?óczy?em nogami. Silny wicher powiewa?, było zimno jak cholera, zjad?em obiad w knajpie dla robotników (schabowy !!!, ry?, nieograniczona surówka) i czu?em, że wi?cej nie wyrobie. By?o za zimno aby spa? w parku, lukn??em do portfela, jeszcze trochę kaski by?o. W informacji turystycznej znale?li mi najta?sz? kapsu??, wsiad?em w metro i pojecha?em do dzielnicy Susukino – bary, rabuhoteru (Love Hotels). Sapporo Kapsule Inn za 3200 jenów za noc. Wchodzisz bez butów, które zostawiasz w szafce. Wje?d?am na 3 pi?tro (wszystkich jest 7, na 7 prysznic komunalny i d?akuzi) i odnajduj? swoj? kapsu?? – wszystko wygl?da tak jakbym mia? zaraz odlecie? w kosmos. Ale zamiast tego odpadam w 16 godzinny sen. W środku kapsu?y (metr na dwa) telewizor, radio, budzik, po?ciel – wygodna sprawa. Terebi (telewizor) nie dzia?a jednak – trzeba wykupi? kart? za 1000 jenów. Znajduj? jeszcze ulotki z programem telewizyjnym na czerwiec – hm… same pornosy. Na moim pi?trze jest jeszcze pusto i cicho. Bardzo szybko zasypiam, aby obudzi? się dwa razy na siusiu.

Sapporo poprzedniego dnia sprawia?o wra?enie pustego miasta – dzi? wysz?o s?o?ce i sprawy przybra?y inny obrót, mnóstwo ludzi na ulicach, ciep?o i czuj? się znacznie lepiej. Popracowa?em trochę na kompie i trzeba b?dzie wyjecha? z miasta w jaki? sposób. Jad? na wschód w stron? parków narodowych…

Dzie? pi?ty – autostopem przez Hokkaido.

Czego szukasz b?d?c w drodze? Czy chcesz odnale?? samego siebie czy te? szukasz innych? Samotno?? ma swoje plusy, ale bez innych ludzi nie masz opowieści. Tylko interakcja ma sens. Czytaj?c ksi??k? Marka Kami?skiego o tym jak szed? na biegun stwierdzi?em, że to nie dla mnie. Lubi? samotno??, wtedy uk?adam w sobie my?li, planuj? co robi?, jestem zaj?ty samym sob?, lecz jednocze?nie gdzie? szukam innych ludzi. Na pewno jest z tego satysfakcja – ?e doszed?e? na ten biegun – d??enie do celu jak najbardziej. Ja się z?apa?em na tym, że nie mam celu – droga ma sens sam w sobie i basta.

Piony poziomy wahania klimatu w t? i we t?. Najlepsze pomys?y i rozwi?zania przychodz? jednak gdy ma się z górki, wtedy mózg szybciej pracuje i daje to nieoczekiwane wyniki.

?lizgam si?. Tego znie?? czasem się nie da. ?lizgania się po powierzchni kulturowej. Od tygodnia ucz? się j?zyka. O ile ?atwiej jest znaj?c par? s?ów i maj?c czasem mgliste poj?cie co te? do ciebie mówi?.

Hokkaido jest super. Ale nie do zdjęć – tzn. na pewno jest znakomitym miejscem dla mi?o?ników fotografii przyrodniczej czy te? krajobrazów. Ale nie dla mnie. Wol? miejsk? d?ungl?, a na wsi to lubi? sobie odpocz?? od aparatu. Dlatego ostatnie zdjęcia są tylko zapisem drogi, brak jaki? spektakularnych szotów. Ale postanowi?em wrzuca? codziennie krótki film z podró?y autostopem, zamiast zdjęć (które te? się czasem pojawi?). Wieczorem coś sklec?.

Oko?o 16 opu?ci?em Akan aby jednym samochodem dojecha? do Kawa?u Onsen. Kolejne emeryckie miasteczko – drewniane domki, sklepy z szajsem w stylu poro?a jeleni i wypchane bobry. Nie trawi? właściwie ca?ej tej cepelii, cho? teraz pochodz? do tego z dystansem. Krajobrazy są super, wulkany, jeziora, mg?a osnuwa wszystko dooko?a. Jest zimno – jakie? 10 stopni Celsjusza. Zasuwam w sanda?ach i krótkich gaciach – nie mam ca?ego tego trekingowego ekwipunku. Brak namiotu, ?piwora, odpowiednich butów. Wi?c czeka?em na okazj? oko?o 20 minut – in?ynier z Kushiro nadrobi? drogi aby z Teshikagi podrzuci? mnie pod wulkan oddalony o 3 kilosy od Kawayu Onsen. Zobaczy?em sobie gejzery, ?mierdz?ce siark? i piek?em a potem spokojnie przeszed?em sobie 3 kilosy nie próbuj?c nawet autostopu – dziennie ?rednio robi? z plecakiem z 7-10 kilometrów – niez?a gimnastyka. W miasteczku znalazłem raida hausu – za 800 jenów (plus 200 za ko?dr? i materac). W?a?ciciel jest wiekowym dziadkiem, co ledwo chodzi, ale m?czy? mi dup? przez godzin?, obja?niaj?c mi ?e to jest kibel, to jest TV a to jest pilot, który s?u?y do jego w??czania, tam jest lampka, a tu drzwi – uwa?aj na schodach jak schodzisz bo są strome, wy??czaj światło, zdejmuj buty, tam musisz je?? (gdzie indziej nie mo?esz i na mapie wskaza? mi jak?? knajpk?). Strasznie upierdliwy typ – ale miejscówka fajna, typowy japo?ski domek, z rozsuwanymi drzwiami z papieru i drewna, raida hausu jest pusty wi?c dzi? na spokojnie zasi?d? na tatami i pomontuj? filmy.

Utoro

Na pierwszy rzut oka Utoro rzeczywi?cie wydawa?o się miejscem zapomnianym przez wszystkich (oprócz japo?skich turystów i nowo?e?ców). Pó?wysep Shiretoko (na którym le?y Utoro) w j?zyku Ainu oznacza ni mniej ni wi?cej „koniec ?wiata”. Wulkany, klify, niedost?pne zatoki, wszystko wygl?da na nie ruszone. Czasem a? do sierpnia na szczytach górskich le?y ?nieg, a czasem nie topnieje wcale i utrzymuje się przez ca?y rok.

Dojecha?em do Utoro w niedziel? wieczorem. Dwie szybkie okazje autostopem z Kawayu, a na miejscu nie miałem w gruncie rzeczy poj?cia do b?d? robi?. Postanowi?em wi?c nie robi? nic i poczeka?. Czasem przydaje się rzut monet?, albo ko??mi – czasem wystarczy zda? się na intuicj?. Poszed?em wi?c w lewo, cho? mogłem w prawo jak i do ty?u a w opcji było tak?e pod górk?. Po drodze wst?pi?em do pierwszego lepszego sklepu pytaj?c o raida house. Chuda Japonka z wystaj?cymi z?bami by?a tak przemi?a, że zadzwoni?a gdzie trzeba, a właściwie 200 metrów dalej do Cafe Fox. Miejsce okaza?o się domem dla ekipy pracuj?cej na miejscu, a tak?e biurem turystycznym, knajp?, kafejk? internetow? i domem dla podró?nych (easy raiderów).

Dokona?em właściwie przes?uchania dziewczyny za kas?. Ruda odpowiada?a pos?uguj?c się ca?kiem przyzwoitym angielskim – co ile kosztuje, gdzie i jak, zapyta?em się jeszcze gdzie tu można owoce morza i rybk? skonsumowa?. Odpowied? znajdowa?a się 10 metrów dalej w knajpie Pana Tanedy.

Taneda

Zasiad?em wi?c u Taneda-san. W?a?ciwie już zamyka?, ale zdo?a?em zamówi? rybk? (koniec ko?ców zjad?em 2, o?miornic?, krewetki i inne tam). Gadka szmatka – Taneda kumaty człowiek, po angielsku rozumia?, wi?c na migi i w mieszance japo?sko – angielskiej uci?li?my sobie pogaw?dk? przy browczyku, morskich robakach i gumowych oktopusach. Dosz?o do wymiany wizytówek – a ja nie?mia?o zapyta?em czy mog? się z nim wybra? na po?ów w nocy. Taneda zastanawia? się i zastanawia? i chyba nie wiedzia? co powiedzie? (poznaj? już ten stan u Japo?czyków – za?enowanie i wstydliwy u?miech) – ale dogadali?my, że ja robi? zdjęcia a on mo?e sobie wydrukowa? i powiesi? w knajpie (która zosta?a otwarta tydzień temu). Wypili?my jeszcze po jednym Asahi i umówili?my się na 1:15 w nocy.

Cafe Fox

Powróci?em do Cafe Fox. Zamówi?em kaw? i usadowi?em się z laptopem przy piecyku, bo strasznie pi?dzi?o. Okaza?o si?, że jest hotspot, ale zanim zd??y?em cokolwiek wbi? w firefoxie dosiad? się kole? w kurtce z napisem Cafe Fox. 3 minuty pó?niej siedzia?em przy stoliku z Kantoro i ca?? ekip? z Foxa. Pokaza?am im foty na laptopie, Kantoro podrapa? się w rozczochran? ?epetyn?, szeroko u?miechn?? i rzek? „a mo?e porobisz te? fotki dla nas na rejsie, w zamian za piwo i wieczorn? kolacj?, przez okres jaki tu zostaniesz?”. Nawet mi nie przysz?o do g?owy aby odmówi?. Ojciec Kantoro – Masta (?adne imi?) jest w?a?cicielem ca?ego biznesu. Ma dwie ?odzie Fox 1 i Fox 2. Pierwsza p?ywa na krótkiej trasie, a? do wodospadu, rejs trwa godzin? i kosztuje 3000 jenów. Drugi lisek robi 3 godzinny rejs a? do końca pó?wyspu za cen? 8000 jenów. Codziennie robi? ze 3 kursy, wieczorem wi?c jest czas na piwko i rozmowy przy stole. Kantoro pracuje do końca sezonu a na zimę wyje?d?a do Nowej Zelandii. Nie po to aby pracowa?, podró?owa? szlakiem W?adcy Pier?cieni, czy p?ywa? na desce. On tam je?dzi aby pi?, bo akurat jest lato i trenuje swój angielski (bardzo dobry). Na tej samej ?odzi p?ywa równie? jego brat Dzodz (nie wiem dok?adnie jak się pisze) a mniejszym liskiem steruje jeszcze jeden ziomu? (z 4 razy się pyta?em jak ma na imi?, pami?? moja niestety zawodna) – ten natomiast by? niez?ym wariatem. Generalnie par? nast?pnych wieczorów sp?dzili?my na melan?owaniu (czy jest jakie? nowe s?owo zamiast tego?).

12 godzin na ?ajbie

W nocy nie spa?em. Przerzuca?em sajty, pracowa?em na kompie. Ubra?em wszystko co miałem ciep?ego (czyli nic) i zszed?em na dó?. O 1:15 zjawi? się Taneda, punktualnie, z zapuchni?tymi oczami, rzuci? mi kurtk? i gumiaki (niestety by?y za małe) wi?c zosta?em w trampkach. Wypompowa? wod? z ?odzi, a potem zasiad? u steru, zapu?ci? wszystkie urz?dzenia, radar, gps, autopilota (ustawia? w komputerze kierunek i ?ód? p?yn??a sama). Oprócz niego na ?odzi by? jeszcze Nakamuri-san i dwóch m?odziaków z farbowanymi w?osami. Wida?, że pracuj? razem od dawna, bo zasuwali jak dobrze naoliwiona maszyna. Zacz?li od zwijania starych lin i sieci, nast?pnie zatrzymali się na ?ci?gniecie tych co zarzucili poprzedniego dnia. Tylu ró?nych morskich dziwade? nie widzia?em – bardzo szybko je wyci?gali i segregowali w du?ych plastikowych pojemnikach. Czego tam nie by?o? Homary, krewetki królewskie, kraby, ?limaki, kalmary, o?miornice, ryby mniejsze i większe, manty, koniki morskie i sam nie wiem co. W ka?dym razie było mnóstwo stworów.

Oko?o godziny 8 poczu?em, że s?abn?. Tu? po ?niadaniu – znakomite, ry?, owoce morza, surówki, zupa miso – schowa?em się w niewielkiej dziurze pod pok?adem i zasn??em s?uchaj?c POE – przez co ?ni?y mi się jakie? polskie klimaty, dopóki nie coś zacz??o la? mi się na g?ow?. Poza tym hu?ta?o niemi?osiernie i dobrze, że nie jestem podatny na choroby morskie. Spa?em dwie godziny, uderzy?em się z p?askiej w twarz par? razy, wypi?em kaw? mro?on? i wylaz?em z nory. Rzuci?o mnie o ?cian? i o ma?o co zmy?oby mnie z pok?adu – byliśmy za pó?wyspem, 15 km od Wysp Kurylskich – jedyna pociecha, że s?onko ?wieci?o inaczej było by krucho. Próbowa?em robi? zdjęcia, niestety nie za wiele, s?ona woda b?yskawicznie pokrywa?a ca?y aparat.

Par? dni pó?niej musia?em wraca? do Tokio.

Powrót do Tokio

Prom do Hachihoke jest znacznie wi?kszy ni? ten z Aomori do Hakodate. Par? pok?adów, sale zbiorowe i prywatne. Uda?o mi się bilecik kupi? za cen? noclegu (3650 jenów) ale i tak koszt dzisiejszej jazdy wyniós? mnie 10000. Strach pomy?le? gdybym tak się ca?y czas porusza?. Prawdopodobnie nie było by mnie sta?. Poci?gi i autobusy na trasie (jak? zrobiłem autostopem) Tokio – Sapporo – Kushiro – Kawayu – Utoro – Sapporo – Tokio kosztowa?yby mniej wi?cej – 80000 jenów czyli prawie 2500 zeta. Samolot tyle samo, lub odrobin? wi?cej.

Prom przybi? do wybrze?y Honsiu o 4:15 rano. Pó?przytomny szed?em portow? ulic? w stron? autostrady, znów intuicyjnie, nie wiedz?c dok?adnie jak się wydosta? na Tohoku Expressway w stron? Tokio. W końcu znalazłem kierunkowskaz na autostrad?. Zrzuci?em plecak i zanim zd??y?em zamacha?, zatrzyma?y się dwie kobiety, które widzia?y mnie na promie. I tym samym znalazłem się na właściwiej drodze.

Sta?em przez 1,5 godziny, bezskutecznie, a? w okolicach godziny szóstej zosta?em porwany przez m?odocianych cyklistów z Hochinnohe. Ch?opaki i dziewczyny do Sendai na zawody rowerowe jechali cho? na sportowców nie wygl?dali. 420 km do godziny 11 przed po?udniem zosta?o zrobione, wi?c pojawi?a się szansa na dotarcie dzisiejszego dnia do Tokio. Ekipa cyklistów porusza?a się dwiema furkami, ja siedzia?em w wozie wraz z Masatak?, Katsuhiro, Tsuyoshi i Yasuhiko. Ch?opaki spoko ziomy, cho? komunikacja j?zykowa trudna, ich angielski by? odorbin? lepszy ni? mój japo?ski, wiec du?o gestykulacji i machania r?koma. 3 godziny spa?em jak zabity, właściwie nie pami?tam co się dzia?o, wiem ?e się zatrzymywali?my, wtedy ja zostawa?em w vanie rozk?adaj?c się na tylnym siedzeniu, aby 15 minut pó?niej wróci? do spania na siedz?co, obijaj?c sobie czaszk? o szyb?.

I tym samym miałem tylko 300 kilometrów do Tokio. Nast?pnie zrobiłem oko?o 100 kilometrów dwoma pojazdami – ze starszym Japo?czykiem a potem dos?ownie 10 kilometrów na du?y parking z innym. Tam utkn??em na dwie godziny, przemok?em ca?kowicie stoj?c w kapu?niaczku, szcz?kaj?c z?bami liczy?em na szans? dotarcia do Tokio. I sta?o si?. Tutui podrzuci? mnie a? pod stacj? superszybkiego poci?gu i kupi? mi bilet do Ueno w Tokio. Powinienem odmówi?, ale prawdopodobnie obrazi?bym go ?miertelnie.

Ponownie w Tokio

Utkn??em w Tokio. Przesta?em robi? zdjęcia, pisa?, czyta? – w??czy?em „rec” w mózgu a nie w elektronicznym urz?dzeniu. Czasem chowa?em aparat do torby albo zostawia?em go w Guess T House i rusza?em w miasto – schody ruchome, windy, chodniki, przej?cia, tunele, poci?gi i ludzie. Miasto dzia?a jak narkotyk, soma, jest zapychaj?ce jak 10 kawa?ków suszi zjedzonych w minute. Ale my?l?, że już do??. M?czy mnie ta sama co w Nowym Jorku czy innych ogromnych metropoliach, które naprawd? polubi?em – my?l, że nie mog? tutaj normalnie pomieszka? cho? przez par? miesiący – bardziej zanurzy? się w tutejsze ?ycie.

Kyoto

?rodek lata w środku Japonii. Kyoto się topi, jak czekolada z zak?adów „22 lipca”. Asfalt mi?knie w oczach a tory kolejki podmiejskiej deformuj?. Kawa mro?ona i litry p?ynów. Ludzie zasypiaj? w metrze, na ulicy, wycieraj? r?cznikami zroszone potem czo?a.

Ju? siedem miesiący w drodze. Tak du?o i tak niewiele.

Kobe

Id? tam gdzie id?, czyli donik?d. Pow?ócz?c ko?czynami ze zm?czenia, w bezsennym rytmie, os?oni?ty przezroczystym parasolem za 210 jenów, p?yn? po pustych, mokrych, niedzielnych ulicach Kobe. Od dworca do Chinatown, z Chinatown na wybrze?e. A potem wyrzuci?em map?. Odkr?ci?em szeroki k?t z aparatu i za?o?y?em standard, co zaw?zi?o mi pole widzenia, pozwalaj?c skupi? na szczegó?ach, nie wychylaj?c się za bardzo spod parasola.

Sp?dzi?em trzy godziny w centrum handlowym obserwuj?c jednokomórkowców z mozo?em wklepuj?cych telehaiku. Tu wszyscy maj? telefony i bawi? się nimi bez przerwy. Tu nie wysy?a się esemesów tu u?ywa się emaili z mo?liwo?ci? wklepania do 10000 znaków (kanji), co za rado??, doje?d?aj?c z do pracy i z powrotem cztery godziny ka?dego dnia można napisa? spor? ksi??k? albo poci?g-aj?cy tomik z wierszami. Subway Haiku.

Id? przed siebie bez celu. Nie mam kasy na muzea, atrakcje turystyczne, oszcz?dzam na metrze i zdzieram sanda?y. Co jaki? czas zatrzymuj? się w ró?nych budynkach. Centra handlowe, informacje turystyczne, przysta? promowa, byle było siedzenie i dach nad g?ow?.

Na osiedlu nie było nikogo. Japo?skie blokowisko. Takie jak z Ringu. Ani ?ywej duszy. W końcu po spo?yciu kawy na stacji benzynowej, zawróci?em w stron? stacji na której zostawi?em plecak. Przeszed?em przez dzielnic? zapomnian? przez wszystkich, pe?nej salonów fryzjerskich, szemranych barów, t?uste koty wylegiwa?y się przed sklepami z u?ywanymi rzeczami a matuzalemowi staruszkowie ?migali elektrycznymi pojazdami (jedna taka 125 letnia prawie mnie zabi?a, dobrze, że taki pojazd jedzie 3km/h, ale ja byłem nieprzytomny i nie patrzy?em przed siebie).

W końcu dobrn??em do stacji. Wysz?o s?o?ce a w podziemnych przej?ciach i na ulicach pojawili się ludzie. W?a?ciwa pora, po sobotniej imprezie, niedzielne zakupy i przesiadywanie w centrach handlowych. Ludzie na ca?ym ?wiecie jaraj? się tym samym szajsem.

Noc sp?dzi?em na pla?y w Kobe. Pad?em jak zabity w piasek i zasn??em.

Ostre s?o?ce obudzi?o mnie o 8 rano. Pusta pla?a, trzech znudzonych w?dkarzy i moje zw?oki. K?piel dobrze zrobi?a, potem prysznic, kawa w knajpie i ruszy?em w stron? drogi numer 2 prowadz?cej do Hiroshimy i Hakaty. Ja g?upi. My?la?em, że to nic takiego. Nie było jednak ?adnej zatoczki gdzie potencjalny samochód móg?by się zatrzyma? i tym samym zrobiłem 5 kilometrów wzd?u? drogi bezskutecznie szukaj?c miejsca to z?apania okazji. Doszed?em do nast?pnego miasta i padni?ty (30 stopni upa?, ostre s?o?ce, plecak) wskoczy?em do poci?gu do Abashi. Niestety to miejsce było za du?e aby do?? do drogi wi?c przejecha?em jeszcze ze dwie stacje i tam?e w końcu znalazłem się na drodze numer dwa. Par? minut czekania i zatrzyma?y się dwie zreformowane pandy, s?odkie niunie dla których wszytsko było sugoi, kakoki, kawai, ne? By?y tak s?odkie, że wywioz?y mnie na parking na autostradzie 40 kilosów od Sumy i kaza?y siedzie? w samochodzie. Po 10 minutach wróci?y tryumfuj?c – znalaz?y mi dobroczy?ców. Kole? z Korei i jego japo?ska laska. Kim mówi? ?wietnie po angielsku, wraz ze swoj? rodzin? mieszka? w Toskanii w tamtejszej Mekce dla artystów rze?biarzy (jego ojciec jest jednym z nich), przegadali?my ca?? drog? o sztukach wizualnych które studiowa?, czasem on przerywa? aby przet?umaczy? o czym mówili?my swojej japo?skiej narzeczonej (która wydawa?a typowe dla Japonek dźwięki zachwytu: yyyyyy, uuuu, eeeee ummmmm, sugoiiiiii). Zawie?li mnie a? za Okayam? sk?d po paru minutach zabra?y mnie dwie dobrze wychowane paniusie z bia?ym pieskiem nikczemnego rozmiaru, na widok którego nie jeden Wietnamczyk obliza?by się ?akomie (nie za du?o mi?sa ale pewnie dobrej jako?ci). Te lalunie by?y kompletnym przeciwie?stwem tych pierwszy – ?adny samochodzik, wysprz?tane, piesek cichutko siedz?cy pani na kolanach, zero angielskiego, zero japo?skiego, zero. Chichota?y zas?aniaj?c usta, po 15 minutach zachcia?o mi się spa?. Pobudka w samej Hiroshimie.

60 lat temu wielki grzyb pojawi? się nad tym Hiroszim?. Wypadkowa ró?nych zdarze?, szale?stwo wojny, zaci?cie i nieust?pliwo?? wojskowych i polityków z obu stron doprowadzi?y do cierpienia setek tysi?cy ludzi. Nikt tu nie jest bez winy. Japo?czycy urz?dzili wcze?niej piek?o w innych krajach Azji (Chiny, Korea, Azja Po?udniowo Wschodnia, Pacyfik). Amerykanie poszli na ca?o?? i po zlokalizowaniu wielu celów (mi?dzy innymi Kyoto, Tokyo, Nagasaki, Nagoya) w końcu wybrali Nagasaki i Hiroshim?. Pierwsza w historii bomba atomowa wykorzystana przeciwko ludziom wybuch?a 500 metrów nad centrum Hiroshimy 6 sierpnia 1945 roku o 8:15 rano. Siedzia?em w muzeum po?wi?conym ofiarom bomby i Memorial Parku ca?y dzien. Ostatni raz tak czu?em się po wizycie w Tuol Sleng w Phnom Penh. Ludzie przeciwko ludziom. A od ostatniej próby nuklearnej min??o tylko 460 dni.

Ostatnie dni w Japonii to Hiroshima i wyjazd do Fukuoki sk?d przep?yn??em do Korei. Ci??ko było mi prze?y? w Japonii za niewielkie pieni?dze i jeszcze gorzej było mi opu?ci? ten wspania?y kraj. Jedno wiem, cytuj?c z Terminatora – „I’ll be back”.

 Trey Burton Womens Jersey

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.