hanoi

Robi się coraz cieplej (mam namyśli temperatury powyżej 40 stopni). Powietrze jest gęste i wilgotne, w miarę normalnie jest w nocy, wczesnym rankiem i o zachodzie słońca. W dzień nie da się żyć (każdego popołudnia ucinam sobie drzemkę 2h). Wypijam litry płynów wszelakich (soki, woda i tanie browarni z orzeszkami ziemnymi na ulicy przy moim hotelu), połykam witaminy, zacząłem bardziej dbać o dietę, bo bardzo szybko tracę na wadzę – co nie było takie złe ale czuję niemoc w mięśniach. Dziś rano zrobiłem parę kilometrów po starym mieście i na drugą stronę rzeki po moście kolejowym łączącym oba brzegi Song Hong (Czerwonej Rzeki – która raczej nie była czerwona) i ledwo co wróciłem do hotelu, pocąc się i powłócząc nogami.

Zdjęcia robię wyłącznie rano albo w nocy (po wschodzie i podczas zachodu słońca). W dzień światło jest tak ostre, że obrazki wychodzą jak sprane i przepalone. 

Parę słów o przemyśle turystycznym. Większość podróżnych przybywających do Wietnamu narzeka na mafię autobusową – „open tour” to najtańsza metoda podróżowania po kraju – jednak może przyprawić o ból głowy. Niestety – chcąc odwiedzić wiele miejsc i nie mając własnego środka transportu trzeba być zdanym na ludzi z biznesu. Turysta z Zachodu jest tylko „workiem pełnym dolarów” i niczym więcej. Idąc ulicami miasta co parę kroków ktoś oferuje ci kartki pocztowe, zapaliczki zippo z czasów wojny wietnamskiej (nowe zapalniczki spreparowane w taki sposób aby wyglądały na trzydziestoletnie rupiecie), owoce, papierosy. „Helloooou” „Helloooou” słyszysz non stop – to rykszarze albo moto-taxi, którym chyba jest naprawdę żal, że turysta z zachodu porusza się o własnych siłach po rozgrzanych ulicach miast. W ciągu pierwszych dni grzecznie odpowiadałem „no, thanks” albo „cam, cam on” (co oznacza to samo po wietnamsku), po 2 tygodniach przestałem zwracać na nich uwagę. Szybko poznałem rzeczywistą wartość rzeczy w sklepach – choć tak naprawdę wciąż obowiązują podwójne ceny (Wietnamczycy płacą mniej) – dochodzi więc do takich sytuacji jak długie targowanie się o butelkę wody mineralnej. Takie rzeczy potrafią zabić zapał do podróżowania nawet u najbardziej odpornych osobników. Wietnamczycy ściemniają – nawet nie są w tym mistrzami – prosto w twarz kłamstwa, aby osiągnąć swój cel. Na przykład przyjeżdżasz  autobusem do miasta – kierowca autobusu oznajmia wszystkim, że wszystkie hotele są pełne ale on zabierze nas do takiego w którym są jeszcze wolne pokoje.

Całe szczęście, że nie wszyscy są tacy sami – miałem okazję spotkać naprawdę wspaniałych ludzi, więc nie należy się zniechęcać. Wietnam ma wspaniałą historię, niesamowite krajobrazy, genialne plaże. Właściwie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Słynna „China Beach” – plaża znana z filmu „Czas Apokalipsy” jest teraz Mekką dla surferów (w ostatnich latach kitesurfing stał się bardzo popularny). Także na wydmach w okolicach Mui Ne można spróbować sandboardingu. Kraj od tysięcy lat leżał na styku wielu kultur. Chińskie napisy, francuska architektura, socrealistyczne budynki, stare radzieckie samochody, japońskie motocykle – jeden wielki melanż. Oczywiście jak w każdym z poprzednich krajów jeden miesiąc pobytu nie starczy aby naprawdę nasiąknąć atmosferą i przynajmniej odrobinę poznać kulturę danego kraju. Bariera językowa i społeczna jest zbyt duża. 

Niestety większość podróżnych nie lubi Wietnamu, co innego ci którzy przyjechali tu na dłużej i zdołali zaadoptować się w nowym środowisku.

W Hue spotykam Ricka, Amerykanin, powyżej pięćdziesiątki. W latach sześćdziesiątych był surferem w Kaliforni, gdy wybuchła wojna w Wietnamie zaciągnął się do marines na dwa lata. Dwa lata które zmieniły wszystko w jego życiu. Siedzimy w kafejce i rozmawiamy. Gdy zaczynam narzekać na ludzi w Wietnamie i  opowiadam mu o problemach na jakie natrafiłem podczas podróżowania wzdłuż kraju, uśmiecha się tylko i opowiada mi swoją historię. Po wojnie wrócił do Stanów, do San Diego. Nie mógł jednak ponownie odnaleźć się w nowej rzeczywistości, heroina, alkohol, problemy w małżeństwie, koszmary. Mówi, że strzelił do 15 osób, ale nie wie czy zabił kogokolwiek. „Miałeś kiedyś wypadek samochodowy? To sobie wyobraź podobny strumień adrenaliny jaki dociera do twojego mózgu gdy jesteś na polu walki, kule latają wokoło głowy, z boku umiera twój przyjaciel, towarzysz broni, przez pierwszych parę minut tkwisz w amoku a potem dopada cię zmęczenie i obojętność na to co się dzieje wokoło.  Wojna to bagno. Jednak ludzie to ludzie – nie biorą przykładów z historii i wojny zawsze będą miały miejsce”. Rick przyjechał do Wietnamu w 1993 roku. Wcześniej zaadaptował dziewczynkę w Wietnamie, która straciła rodziców na początku lat osiemdziesiątych. Na początku wysyłał jej pieniądze aż w końcu spotkał ją osobiście. Dziś jego córka ma 26 lat i spodziewa się dziecka. Rick co roku spędza parę miesięcy w Wietnamie, tu czuję się najlepiej, mówi, że zrehabilitował się za złe rzeczy, które popełnił służąc w armii. Przez lata pomagał budować szkoły i szpitale w Wietnamie (jak i parę tysięcy innych amerykańskich weteranów wojny). W samym Danang mieszka około 50 byłych marines. „Nie mógłbym teraz mieszkać w Stanach na stałe. Jestem na emeryturze, więc co mógłbym tam robić? Życie tutaj jest znacznie spokojniejsze, teraz czekam tylko na swoją deskę, niedługo znów przyjdą dobre fale na China Beach – nie mogę się doczekać, aby znów posurfować po wschodzie słońca”

Uwielbiam obudzić się z  rana i wyruszyć na fotograficzne łowy przed wschodem słońca – wtedy wszyscy zajęci są własnymi sprawami i nikt nie zwraca na mnie uwagi. Ulice są pełne ludzi uprawiających poranną gimnastykę, markety zapełniają się świeżymi kwiatami, owocami morza. Potem śniadanie, mocna kawa i „pho” czyli zupa z kluskami i warzywami. 

Jestem w Hanoi, określanym jako „Paryż wschodu” – wspaniała architektura, przepiękne kobiety w tradycyjnych strojach i kapeluszach chroniących przed słońcem przemykają rowerami po szerokich alejach. Po południu życie zamiera, temperatura skacze powyżej 40 stopni. Najlepiej się nie ruszać, przysiąść w jednej z mikroskopijnych kafejek i zamówić mrożoną kawę. Byle do wieczora. Wtedy wszystko zaczyna się od początku. Młodzi  Wietnamczycy zbierają się w grupkach i piją tanie piwko, rykszarze znów namawiają na przejażdżkę (oni się nigdy nie poddają).

Zbyszek i Dorota spotkani parę dni temu, przekazali mi wiadomości, że od paru dni wizy do Chin są za darmo (dla Polaków). Tym samym zaoszczędzę 35$, które miałbym zapłacić a kaska pójdzie na rejs po Halong Bay (to jutro). Potem wracam do Hanoi i jadę w stronę granicy z Chinami.

Ten wpis został opublikowany w kategorii common life i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.