sajgon

ufff… w koncu. jestem w Wietnamie – Ho Chi Mihn City czyli Sajgon…

nie obylo sie bez przygod… ale ja tymczasem ide cos zjesc, wziac lekarstwa (cos mnie dopadlo – ale to chyba nie ptasia grypa), opatrzyc palec u nogi (zaprzyjaznilem sie z jednym fungisem) i skonczyc nigdy nie dokonczone teksty…

sajgon. 30 lat temu wojska amerykanskie zmyly sie z wietnamu. oj cos czuje ze wietnamczykom w kasze (w ryz) dmuchac raczej nie mozna – przedsmak Chin – jestem w szoku – kapitalizm kwitnie pelna geba

2-3 tyg w wietnamie, a potem chiny.

ps.
mama :) buziaki, wszystkiego najlepszego. zadzwonie na dniach

Ten wpis został opublikowany w kategorii common life i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.