Z wizytą na prowincji – Prey Veng.

Z wizytą na prowincji – Prey Veng.

To był kolejny leniwy dzień w Phnom Penh. Wstałem w południe, zmuszony przez temperaturę – pokój zaczął już przypominać saunę. Tani chiński wiatraczek nie dawał rady, ledwo mielił rozgrzane powietrze. Nadal nie wiele mogłem chodzić – stopa już się zagoiła ale wciąż  była to dobra wymówka aby nic nie robić. Około 13 przyszła P. i zaczęła nawijać o jakimś święcie czy wyprawie za miasto, na prowincję. Tylko 50 kilometrów. Nie była w stanie wyjaśnić mi co to ma być za święto – wszystko organizowała rodzina prowadząca guesthouse no9 i były dwa wolne miejsca na motocyklach (prawdopodobnie dlatego też mnie wzięli, że mogłem zapłacić za benzynę). Nie miałem nic w planie oprócz klepania w komputer więc nie namyślając się dłużej wrzuciłem kamerę i aparat do torby (zapominając o ekstra baterii). „50 kilometrów” okazało się 2 godzinną podróżą po najgorszych drogach Kambodży – czasem zakurzona piaszczysta droga całkowicie znikała i jechaliśmy po prostu po suchym stepie. Co parę minut mijała nas z naprzeciwka rozpędzona ciężarówka wzniecając kolejne tumany kurzu, tak, że przez moment nie było nic widać. Zachodzące słońce szybko zniknęło za horyzontem, jeszcze wcześnie pękła opona w moim motorze i D. zjechał do warsztatu aby zakleić dętkę  – zaczynałem  więc powątpiewać czy w ogóle dotrzemy na miejsce. Wiedziałem tylko, że jedziemy na południowy – wschód nie mając pojęcia jak nazywa się wioska i co będzie się w ogóle działo. 

Zatrzymaliśmy się jeszcze po drodze „aby się coś napić” – tym „czymś” okazał się sok palmowy – mocne wino robione z kokosa o zapachu zgniłych jajek. W kompletniej ciemności gdzieś przy dziurawej drodze zostałem uraczony ciepłym alkoholem polewanym z aluminiowych czajników. 

I tak znalazłem się w jednej z niewielkich wiosek  w prowincji Prey Veng – jak się potem okazało. Tu mieszka cała rodzina z „number 9”, która tego dnia miała się modlić w rocznicę śmierci jednego z członków rodziny, odprawić złe duchy, spotkać się z przyjaciółmi i krewnymi a także zabawić się na całego.

Wokół stołów kłębił się tłum. Wyłowiłem parę znajomych twarzy – Khmerów pracujących w no9. Spotykam jeszcze S. z Kanady – która zakochała się w jednym z członków rodziny, kupiła ziemię w Siem Reap i zamierza zbudować hotel. Ulokowali mnie przy jednym ze stołów, na którym błyskawicznie wylądowały talerze, ryż, miska pełna lodu, browary, słodkie kiełbaski, szpinak i mięso wołowe. Część gości zaczęła jeść, starsi natomiast zasiedli pod sceną na której dwóch mnichów odprawiało modlitwę za duszę zmarłego. Dzieciaki kłębiły się wokół stołów zbierając puste puszki po moczopędnym i wodnistym piwie Bayon (2 centy w skupie złomu), który przypomina mi odrobinę amerykańskiego Budweisera – ta sama klasa sików. W związku z jego znikomą mocą pokazałem tubylcom jak wypić browczyka w dwie sekundy – metoda zwana obrzyn (kluczem, nożem czy innym ostrym narzędziem ostrożnie robi się dziurę przy spodzie puszki, potem przykłada się do ust, pociąga zawleczkę i szybko przełyka jej zawartość) jak zwykle zadziałała – karton 24 piwek zakupionych 15 minut wcześniej zniknął w żołądkach biesiadników i na stole pojawiły się czajniki z sokiem palmowym, o którym wzmiankowałem wcześniej. 

Impreza coraz bardziej się rozkręcała – mnisi zniknęli w klasztorze, na scenę wniesiono instrumenty muzyczne, głośniki, wyznaczone miejsce do tańca. Kapela na żywo z dwiema wokalistkami z krzykliwym makijażem, w seksownych ciuszkach i prowadzącym wokalistą wbitym w kiczowaty garniturek rozpoczęła od hitów i skończyła na hitach – czasem w roli wokalistów pojawiało się trzech członków rodziny – im więcej piwa lub soku palmowego tym bardziej byli skorzy do śpiewania.

Także moje postrzeganie rzeczywistości uległo zmianie –  w kółko toasty i wykrzykiwane z entuzjazmem „ciol kau” (fonetycznie z khmerskiego na polski – na zdrowie) – wytrwałem do trzeciej nad ranem i padłem na podłogę w jednym z domów. Rano znów zbudziły mnie dźwięki muzyki i modlitwy mnichów. Pić. Kac przeogromny – wyczołgałem się z chaty w poszukiwaniu wody. W wsi wrzało – po paru godzinach snu większość mężczyzn zajęła się czyszczeniem, krojeniem i gotowaniem wieprzowiny w sporych garach nad ogniskiem wznieconym w półmetrowym dole. Kobiety siedziały na ziemi przygotowując warzywa. Na śniadanie podano galaretki, kleik i papkę zawiniętą w zielonego liścia oraz duże ilości gorzkiej herbaty. Niedziela na kambodżańskiej wsi. Sielanka w palącym słońcu. Wioska kończyła się zanim się na dobre zaczęła – niewiele ponad dziesięć gospodarstw z zagrodami. Wokoło palmy, pola ryżowe – o tej porze roku wyschnięte i uprawy ogórków. „Proste życie na wsi – jak powiedział mi potem R. jeden z pracowników w no9 – nie mogę się doczekać, aż znów będę tam mógł zamieszkać, w Phnom Penh czuję się jak w więzieniu” . Rozmawiam także z szefem no9 – duży koleś, koło 40, szeroko uśmiechnięty przechadza się po wiosce bez koszuli, z magnum 45 w kaburze przypiętej do pasa oraz krótkofalówką i komórką, która właściwie nie działa – brak zasięgu sieci komórkowej. Mówi mi, że na prowincji zawsze chodzi z bronią na wierzchu – potęguje to jego silną pozycje, człowieka z kontaktami w rządzie i „nie tylko”. Jest jak ojciec chrzestny – siedząc na skraju pola co kwadrans pozdrawia mnie „boss” wychodzący na krótką rozmowę z jednym lub z dwoma za każdym innymi członkami rodziny lub też którymś z sąsiadów bądź znajomych. W odległości 100 metrów od zabudowań rozmawiają przez chwilę, siedząc w kucki i paląc szlugi. Ciekaw byłem o czym rozprawiają. Siedziałem w cieniu palmy przez dobrą godzinę obserwując cały ten ceremoniał. 

Wieczorem znów Phnom Penh. Tu nie zrobiłem właściwie nic przez cały tydzień. „Zrywanie się” z łóżka o 12-13, Internet, klepanie w laptopa, czasem wyskok do miasta, gromadne oglądanie zachodów słońca nad Boeng Kak, czasem uczenie się khmerskiego i „inne rzeczy”. Jest upalnie, ciężkie powietrze, zbliża się kwiecień – najgorętszy miesiąc w roku w Kambodży. Kupiłem bilet do Battambang na 7 rano. Nie idę spać, bo boję się, że nie wstanę. Muszę spakować tylko dwie małe torby  – duży plecak zostawię w Phnom Penh. Z zeszłorocznych doświadczeń wiem, że trudno podróżuje się na ciężarówkach i zapchanych lokalnych autobusach z dużym bagażem. Jedna para gaci, 2 koszulki, aparat, laptop, kamera i sarong – ruszam do Paillin a stamtąd zamierzam ruszyć północnym szlakiem wzdłuż granicy z Tajlandią – śladem Khmer Rouge.

Ten wpis został opublikowany w kategorii travel i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.