Zagubiony w kosmosie

Wciaz nowi ludzie. Zeszyt zapelnia sie kontaktami, e-mailami. Tak, tak – oczywiscie napisze. Podaje adres strony i galerii ze zdjeciami. Czesc, czesc, powodzenia. I w 90% widze czlowieka po raz ostatni w zyciu. Razem z miedzynarodowa ekipa szwedasz sie po miescie, wypijasz hektolitry moczopodobnego browca, idziesz na pizze, rozmawiasz o zyciu, spisz w tej samej zbiorowej sali w hostelu. Pewnego dnia pakujesz plecak i ruszasz w dalsza droge. Czasem twisz z czlowiekiem lub grupa pare dni, tygodni w drodze. Bez zobowiazan. Cos nie pasi. Bye i juz cie nie ma. Samotne podrozowanie z plecakiem to nie zabawa dla niesmialych odludkow – musisz gadac, mowic, sluchac, spotykac, poznawac, przedstawiac sie 15 razy dziennie i zapamietac wszystkie imiona.

Czasem po prostu mam ochote zniknac, zamknac sie w pokoju i poczytac ksiazke. Czasem. Gdy tego potrzebuje. Uciekam tez w siec, gdy nie mam juz sily. Maile, blogi, newsy, zdjecia. Dodaje to mocy. No i telefony do rodziny.

Glowe mam jak przejrzaly arbus. Ogromna i pelna pomyslow. Musze myslec caly dzien, uwazac, miec oczy z tylu glowy i umiec wyczuc czlowieka, sytuacje, klimaty, aby nie wpieprzyc sie w cos niezdrowego.

Gdzies w kosmosie znajduje sie mala blekitno, zielono, zolta planeta. ZIEMIA. A ja jestem tylko malym czlekiem posrod 6 miliardow innych. Gdzies w drodze.

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.