1 listopada

Jak zwykle obudzil mnie halas – to nowi ludzie sie zjechali, ogladali pokoje, szurali ciezkimi buciorami, ciagali bagaze po schodach. Spac sie wiec dluzej nie dalo. Zabki, leb pod prysznic, lekko ziewajacy schodze na dol – bulki, ser i filizanka goracej kawy z odrobina mleka. Zasiadam na balkonie, Olivier zapodaje jakas francuska muze, Brendan rysuje jak zwykle, Charlotte robi jointa na sniadanie, pojawiaja sie nowi sasiedzi – Amerykanie.

Dzien jak dzien. W Polsce pewnie wracalbym teraz z cmentarza, w szary, zimny, przygnebiajacy wieczor. Mialbym palce pokryte woskiem ze swieczek, w telewizji tona wspomnikow o tych co odeszi, w nocy horror lub film o duchach, w radi Lennon, Marley, Joplin, Morrison, Cobain.

W Ameryce Poludniowej ludzie zwykli zbierac sie na cmentarzach, zasiadac przy grobach bliskich. Zapalaja setki swiec, wyciagaja jedzenie i napoje z toreb i spozywaja w uroczystym milczeniu wraz z duchami bliskich. Ceremonia. Ponadczasowosc.

Dzis nie odwiedze grobow bliskich. Dziadkow, wujkow. Nie pojde na cmentarz. Ale pomysle…

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.