Obudzilem sie rano z niezlym bolem WSZYSTKIEGO. No oporcz glowy, bo poprzedniego wieczoru tylko browczyk poszedl. Dni mijaja powoli. Cala os opiera sie na surfingu. Obecnie. Wstac, zjesc, pogadac, polezec, pochodzic. O 2-3 po poludniu przychodza FALE. I tak do 6. Potem brak sil i slonce zachodzi. Trenuje, trenuje – wszystko to co sie nauczlem dwa dni temu – na razie z marnym skutkiem. Bedzie lepiej – rzec by sie chcialo – no ale mentalnie jest fantastycznie.
Kark, plecy, brzuch, owlosiona klata – bol. Wszyscy czekaja na slonce. NA razie dni chmurzaste.
DJeje w kanjapach puszczaja SUN SHINE REGGAE z lat 80tych. W ogole te stare hity z lat 80 kroluja. I Shaggie MY ANGEL.
Jest ekipa: ja, Brandon (Anglia), Olagar (Holandia), Molie (Hol). Ruth i Meg (HOl) dzis wyjezdzaja. Jest tez pare innych osobowosci i miejsc ktore w krotce opisze.
Musze kupic zatyczki do uszu. Sasiedzi – ekwadorska mafia w czarnym Grand Cherokee bez numerow mieszka kolo mnie. Moi kochani sasiedzi, ktorzy napieprzaja sie w nocy ze swoimi laskami (duza, czarna cycata z afro i mniejsza z mejkapem a la M.manson ale nie). Generalnie tacy ekwadorscy dresiarze na weekendowym wyjezdzie. Oprocz milego dzien dobry i ciao nie zamieniam z nimi slow.
Dzis kolejny dzien zmagan. Planuje dalsze posuniecia w podrozy. Nie wiem czy dostane wize do Kolumbii i chyba se odpuszcze. Plan : kupuje bilet specjalny AIRPASS na trasie: Quito – Carracas (Wenezuela) – KIngston (Jamaica), Havana (KUba) i stamtas MIAMI lub NYC lub directamento do COLORADO….
kasa, czas, samopoczucie, tesknota, dni, noce, slonce i ksiezyc, droga….


