MAMA AFRICA. Cuzco. jedna z wielku enklaw dla gringos. Dobra kawa, soczki, piwko. 15 stanowisk z internetem i najwazniejsze: TELEWIZOR nadajacy non-stop CNN.
Dzis w menu – film o Afganistanie. W 50% nakrecony schowana pod czodarem kamera. Zycie. Wojna. Trupy. Lamanie ludzkich praw, a kobiet w szczegolnosci, glupota i krotkowidzenie talibow (heh – ich mulla ma tylko jedno oko). Wszystko w 60 minutowym filmie. Pani reporterka, odwazna i nie majaca chyba rodziny kobieta, smutny i lamiacym sie glosem opowiada mrozace krew w zylach historyje, okraszone nieludzkimi obrazkami.
Wokolo finezyjnie zawieszonego na linach telewizora tlocza sie ludzie. Amerykanie, Europejczycy. Obgryzaja paznkocie, marszcza czola, kreca glowami i przeklinaja pod nosem lub miedzy soba. To tak wyglada Afganistan?
Dramat jaki rozgrywa sie teraz na swiecie w koncu dotyczy ich samych, ich rodzin i przyjaciol. Czy tragedia WTC otworzyla im oczy? Czy jest tylko kilkusekundowym mrugnieciem w ich zyciu?
Niewiemsamniewiem.
Film sie skonczyl. Amiga – una cerveza, por favor!. Gringos zaczynaja impreze, aby zapomniec.
Spogladam w dol. Spektakl pt. „NECENIE GRINGOS” odgrywa sie przed oczyma. Dziewczyny zapraszaja, rozdaja zaproszenia, zachecaja, darmowe drinki i usmiech od ucha do ucha. Aby tylko zapelnic dyskoteke czy pub. Ile procent skorzysta? Gringos jacys bojazliwi i przestraszni. Moze dziewczyny oniesmielaja bo za ladne?
Znow spotkam Carmen. Zrezygnowala z pracy w ECCES – teraz pracuje dla Temple. szef byl gnojem i nie placil, a z czego ma wyzyc biedna studentka? no powiedz?
Cuba libre i 4 piwa. Impreza sie rozkreca. Fajna muza. Siadam w miekkim fotelu i patrze. NIe jest to miejsce dla mnie raczej. Ide do domu… tzn. do hotelu…
………….
Znalazlem w smieciach stara ksiazke. Jakis angielski tytul, teraz wlasciwie nie pamietam. Horrorowate romansidlo z akacha osadzona na Haitii. Kaplanii voodoo i piekne niewolnice. 583 strony i okladka zjedzona przez czas. Generalnie bezwartosciowa szmata. Ale wrzucilem do plecaka i ruszylem dalej. W Cuzco znalazlem ksiegarnie. Z glosnikow lecialy kjury (to taki zespol ;)) – pryszczaty mlodzieniec, z dlugim fryzem, ubrany na czarno i przezuwajacy zuwaczku – na ksiazkach sie znal. Cala jedna sciane zajmowaly stare ksiazki w jezyku angielskim. Znow same szmatlawce. Znajduje jednak kanadyjski kwartalnik QUEEN´S QUARTERLY, 09.1994- cos jak LITERATURA NA SWIECIE. W srodku wywiad z Kapuscinskim. Wiec wymienilem haitanskie scierwo na ten magazyn jak i Lonely Planet BOLIVIA na HANDBOOK PERU. Niezly deal.
W Cuzco znow spadl deszcz. Nieuchronnie pora deszczowa. Zrobilo sie zimno. Zaszylem sie w pokoju Frankensteina. Z glosnikow na dole spokojny dzezik.
Czytam wywiad z Kapusta. Troche debilne pytania zadaje prowadzaca wywiad:
Co sie stalo wtedy w 1939 w Pinsku, co to dla Pana oznaczalo?
Co sie stalo? Kapuscinski bez stresu, madrze odpowiadan na pytania, pozwala zrozumiec czytelnikowi kanadyjskiemu co sie stalo, gdzie , kiedy jak?
KSIAZKI – brakuje mi ich tutaj. Przeczytalem pare polskich, ktore zabralem z domu, niektore po 3 razy. Potem wymienilem je na jakies angielskojezyczne. 5-6 tytulow. Przeczytalem tez ALCHEMIKA po hiszpansku. Teraz z przyjemnoscia lyknalbym CHLOPOW, KRZYZAKOW, LATARNIKA czy inne QUO VADIS…
Polskich slow mi brakuje. Moze rodzinka co nie co do LIMY podesle, coś pare tytulow w miekkiej okladce – bo takie lzejsze…
PS.
dzieki wielkie za 20000 odwiedz glownej strony od poczatku podrozy… a ile odwiedzin wszystich stron to nie mam zielonego pojecia :)))











