IMPREZA w POTOSI / SUCRE

Ojciec Pedra – gornik – zmarl rok i jeden dzien temu. Przez caly ten czas rodzina ubierala sie na czarno- zaloba.

Po wizycie w kopalni, cala bande zaproszono na impreze do domu Pedra. Minal rok – czarne szaty zostaly zrzucone.

Po przybyciu na miejsce – powitano nas napojem zrobionym z fermentowanej kukurydzy – CHICHA. Smakowalo to to wyjatkowo paskudnie, mimo to wychylilem az dwa plastykowe kubeczki. Katem oka spogladalem na Astrid i Lise – konspiracyjnie wylaly ustrojstwo do ogrodka. Zapilismy chiche od razu czyms mocniejszym – o wiele mocniejszym – czyms co zabilo wszystkie bakterie we mnie plywajace.

matka_pedra

nawalony_gornik

Przywitalem sie z wdowa – miala konfetii we wlosach, kolorowe szaty i 150 cm wzrostu. Zgodnie ze zwyczajem tu panujacym przypialem jej banknot 5 bolivianos do chusty.

Cala brygada (ja, Astrid, Fred, Lisa, Marcel, Robert i jego australiska zona) weszla do sali gdzie odbywala sie impreza. Goscie (okolo 50 osob) rzucali zaciekawione spojrzenia, usmiechajac sie pod nosem. Mezczyzni byli pijani. Policzki wypychaly im liscie COCA. Po katach spozywali 96% alkohol. Kobiety – szersze niz wyzsze – siedzialy w kapeluszach. Wygladaly jak czarownice – BRUJAS. Dzieciaki biegaly – dotykaly wlosow pytajac w kolko: Como estas ? hOLA!

impreza3

impreza2

impreza

Potem tance – szalone – wiedzmy ruszyly stare tylki i zaprosily nas do tanca. Kolesie belkotali: Polaco, mi hermano (Polak, moj bracie) :)) Jeden z nich, wyjatkowo pijany, opowiadal mi o swoim zyciu, ze wkrotce umrze, bo za dlugo wdychal azbest w kopalni. Potem calowal nas po dloniach. EHhh…

Potem znakomita uczyta – smazone ziemniaki i banany, kurczak i salata. Znow chicha i alkohol. Impreza jeszcze trwala – my wrocilismy do hotely. Niezle doswiadczenie.

Dzien nastepny.

Obudzily mnie szalejsce dzieciaki wlascicielek hotelu. Spakowalem sie, autobus do Sucre. Spotykam Roberta i jego zone (kurde , zapomnialem imienia) oraz kolesia z Izraela. 3 godzinki i jestemy na miejscu. Standard – transport z dworca, hotel, potem wypad na miasto.

Scure – jedna z dwoch stolic Boliwii (dwie stolice to chyba lepiej niz jedna ;)))

Ladne miasto – galerie, kanjpki, temperatura 30 stopni, sloneczko i drzewa, ktorych mi brakowalo. Wlocze sie jak zwykle… i nie moge znalezc kompa z USB, aby podlaczyc cyfraka. Moze jutro…

Ten wpis został opublikowany w kategorii americana. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.