poranek, mroźny słoneczny

poranek. szare bloki i seledynowe niebo. warszawa. a dokładnie bemowo. 6
rano. rozmowa która mi pomogła. ludzie o czerwonych oczach, nosach i o
szarych twarzach na przystanku autobusowym . czekają na 171. jest tak
zimno, że nie czuję zapachu wypacanego alokoholu po sobotniej balandze w
niedzielny poranek (jak to ma miejsce w lecie). śnieg, aż białość jego w
oczy kole. minuta za minutą. tik tak. zasypiam i się budzę. smak wina w
ustach. podnoszę głowę i już nie zwracam uwagi na zimno, wypatruję
odpowiednego przystanku. gdzie móglbym wysiąć. wbrew pozorom nie jest to
łatwe zajęcie. łatow o pomyłkę i omam. wiecie sami. kto z was nie zasnął w
czasie powrotu do domu. gdzieś w autobusie. potem cieżka pobudka na pętli.
z mozolny powrót w miejsce na które się nie załapało.przeskakuję do
tramwaju 25.jaka ta warszzawa jest piękna. nawet dymiąca się elektrownia
siekierki o wschodzie słońca jest pikna. a w tramwaju jak w nowojorkism
metrze. i to mnie cieszy. bardzo lubie zróżnicowanie rasowe. zapracowani
wietnamczycy i przybysze z afryki walą na stadion xx lecia. czy wrócą
kiedyś do domu? ch.. mnie to obchodzi, byle im było dobrze. tak ja każdemu
z nas żeby było….

Ten wpis został opublikowany w kategorii common life i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.