Archiwa tagu: macau

macau

 

Opublikowano travel | Otagowano ,

skyjump – 233 metry spadania

233 metry lotu. Tak aby się przewietrzyć. Czuję się jak nowy.

Opublikowano travel | Otagowano

macau

Zmiany planów następują szybko. Lubię się też utwierdzać przy dobrze dokonanych decyzjach. Nowe pomysły pojawiły się właściwie znikąd. Ale po kolei. 

Macau zaskoczyło mnie kompletnie. Rewelacyjnie miejsce, czuć tutaj historię, widać, że rzeczy mają swoje miejsce – duchy przeszłości, pirackie skarby zakopane pod ziemią, portugalskie księżniczki, niewolnicy z Afryki, starzy chińczycy, mieszanka ras, kultur i języków. Jest coś. To nieokreślone COŚ – czego tak bardzo brakowało mi w Pekinie, do którego chyba już pojadę, uwielbiam miasta molochy, betonowe dżungle, ale Pekin był jakiś niedorzeczny. Chińczycy chyba wszystko źle robią i się jeszcze na tym przejadą. A może się nie znam? Nie widzę? Jestem zbyt głupi na chińską mentalność. 

W Pekinie spędziłem prawie dwa tygodnie, przygnieciony niemocą. Codziennie picie browarów, spotykanie się ze znajomymi, nowymi i starymi. Jedzenie kebabów i chińskich wynalazków (jedzenie – w Chinach naprawdę nie można narzekać). Leń się obudził i brak weny dał znać o sobie w naprawdę nieoczekiwanym momencie. Może też Japonia wyciągnęła ze mnie wszystko – bo tam naprawdę poczułem się świetnie.

Trochę zajęło mi zanim się z tych Chin wydostałem. Ostatniego wieczoru miałem już dość łażenia po mieście, picia i całego tego zgiełku. Zmęczenie materiału. Spiknąłem się z Radkiem jeszcze na Hutongach. 30 sztuk baraniny na kijku, 2 czajniki herbaty i poczułem, że nie mam siły. Wróciłem do domu. Ezry i Hanako nie było. Lorena kończyła oglądać jakiś film z Juliete Binoche. Przez godzinę gawędziliśmy o właściwie wszystkim. Równa babka. Chyba w życiu nie spotkałem rodziny która żyje w taki sposób. Mają tylko siebie, przemieszczają się po całym świecie, za dwa tygodnie Lorena jedzie do Indii, Ezra chyba też a Hana na Cypr na studia artystyczne. Zasiadłem z laptopem, skończyłem parę tekstów, rzuciłem okiem na 50 DVD (3,5 zeta za płytę) z filmami chińskimi, koreańskimi, japońskimi, niezależnym shitem z Europy – super sprawa, będzie co oglądać w najbliższych tygodniach. I ledwo co zamknąłem  oczy aby udać się na krótki, parogodzinny odpoczynek, wpadł Ezra, który całą noc grał w pokera w dzielnicy ambasad, obwieszczając pobudkę. Trzeba było jechać na lotnisko. Taksówka, port lotniczy, wszystkie te odprawy, przejścia z terminalu na terminal z gejtu do gejtu, automatycznie, bez myślenia. Zredukowałem swój bagaż do minimum. Za 10 euro kupiłem podróbkę 40 litrowego plecaku NorthFace, mojego 10 letniego wysłużonego alpinusa zostawiłem Lorenie, która będzie potrzebowała paru toreb ekstra aby przeprowadzić się do Indii. Z żalem zostawiłem książki, na szczęście już przeczytane. Tym samym ubyło mi parę kilo gratów do dźwigania i teraz mam tylko mały plecak z ubraniami i torba ze sprzętem. Nie muszę więc dawać plecaka przy odprawie a potem czekać na niego przez godzinę, lub też ryzykować, że zaginie mi gdzieś po drodze. Plan bowiem jest taki, że nie lecę do Nowej Zelandii, nie stać mnie na bilet, poza tym uwielbiam Azję i chyba nie chce mi się za bardzo trafić do angloświatu. Do końca listopada zostaję w Azji – Indonezja, Filipiny, może Birma. A potem z Bangkoku do Meksyku (300 dolców w jedną stronę). A latać będę AirAsia.Com – czyli za cenę biletu na autobus :)

W samolocie do Guangzhou zasnąłem od razu. Jakieś turbulencje, nic nie pamiętam właściwie. Z lotniska szybko przedostałem się do centrum a tam miałem tylko 20 minut aby przeskoczyć do autobusu jadącego do Macau. W tym autobusie też spałem jak zabity. Nieprzytomny wysiadłem na granicy. Jakieś nienormalne tłumy ludzi. Tysiące. Kolejka do odprawy chińskiej (każdy paszport dokładnie zlustrowany, więc musiało to trwać). Potem 5 minut na granicy w Macau. 

Mieszkam w najbardziej niesamowitym hotelu jaki widziałem w ostatnich 3 miesiącach. Totalny oldschool, 7 euro (taniej już się nie dało), stary dom, odrapane ściany, głuchy chiński recepcjonista, genialny widok na zniszczone przez czas domy

Dwa pełne dni tu na miejscu a potem Bangkok. Podróż znów nabiera tempa.

Opublikowano travel | Otagowano