Archiwum kategorii: project

Niedziela w UBC i wybory prezydenckie

wybory? no sa ponoc wybory, jest dwoch kandydatow – jeden stary i obecny ( Nambaryn Enchbajar )drugi nowy z partii demokratycznej (Cachiagijn Elbegdordż) . Wiecej do wyboru nie ma a szanse sa ponoc wyrownane. Mysle ze jednak ludzie zaglosuja na starego – wiadomo lepiej nie ryzykowac i wybiora jeszcze raz tego samego typa.

Ale kto wie co przyniesie zycie?

Tak naprawde najwazniejsza sprawa jest stosunek kandydata do polityki zagranicznej – co sie stanie ze zlozami miedzy, wegla i innych bogatych zloz mineralnych w Mongolii… Przyjda Chiczycy? czy Rosja? Mongolia to bardzo bogaty kraj – ponoc dochod na glowe ma skoczyc 10 krotnie do 2020…. hmm… co z tego jezeli ziemia wybuchnie w 2012…

Seke i Bambol nie ida do wyborow – Polityka smierdzi mowia – poza tym nie ma znaczenia – kandydaci ponoc sie nie roznia miedzy soba … Natomiast dziewczyna Seke glosuje na starego – bezpieczniej i pomimo ze ponoc jest strasznym ch… to woli na niego.

Dzis szukalem dzipa z Seke – zrezygnowalismy z pomyslu wynajmowania radzieckiego vana – zre 25 litrow na 100… lepiej drozszy japonski – ktory ssie max 15 litrow. Mam 3 opcje do wieczora sie wyjasni. Zgubilem Lonely Planet – i dobrze – lzej w plecaku. Kupilem za to mape „drogowa” mongolii – ta sie przyda na pewno.

PS

wczoraj przed zasnieciem wlaczylem telewizor. ma moze z 12 cali – wiec musialem siedziec bardzo blisko – meczu NBA nie ogladalem od lat. Orlando : Cavaliers i ostatnie 60 sekund meczu mnie rozpieprzylo. Magic juz mieli to w kieszeni po genialnym rzucie za 3 punkty Hego. Cavaliers zostala ostatnia sekunda…

Pomyslalem wtedy, ze chyba warto walczyc do konca – ale z drugiej strony chyba trzeba miec cos z geniuszu Lebron Jamesa

PPS

Wygral demokratyczny nowy kandydat – ponoc roznica wyniosla 40000 glosow.

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano

UB

Wyspalem się. Cały tydzień dużo się działo, teraz staram się odpocząć odrobinę i wyluzować trochę. Siedzę na tarasie Amsterdam Cafe – i mysle co dalej. Coś znów się nie udało w życiu – może taka karma. Na niepowodzeniach wzamacniam się – tak sobie to tłumaczę.

W poniedziałek wynajmuje jeepa i ruszam na pustynię Gobi. Tam w ogóle nie ma ludzi. Ostatni tydzień w Mongolii – po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego jak niewiele mogę zrobić w tak krótkim czasie. Jeżdżąc całymi miesiącami zostając w jednym miejscu dłużej przepieprzalem masę czasu na bzdury – teraz jest produktywnie, bardziej świadomie i intensywnie. Tylko coraz mniej czasu…

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano

Wschodnia Mongolia

[ pisane w iphonie – sorry za literowki i lapidarnosc ]

Poniedzialek

W końcu wyruszylismy. O 7 rano Seke przyszedł pod hostel. Śniadanie w mongolskim fastfoodzie. Potem taxi na wschód. W końcu opuszczamy wielkie miasto. Pod drodze na kompletnym pustkowiu błyszczy ogromny kiczowaty pomnik Czyngis-chana – promienie porannego słońca odbijają się od srebrzystego monumentu. W ostatnich latach w całej Mongolii powstało setki pomników człowieka, który rządził kiedyś połowa świata.

Dojeżdżamy do Baganuur ( po mongolsku Male Jezioro). Wbijamy się do rodziny Seke. blokowisko jak w polsce. Nie spałem w nocy teraz mam moment żeby pospac. musimy poczekać aż Bambol załatwi brykę. Bambol to ziomek Seke – przez ostatnie trzy dni bujalismy się po Ub. Siostra Seke przygotowuje coś do jedzenia i ruszamy. Zanim wyjedziemy na dobre, zwiedzamy jeszcze opuszczone sowieckie osiedle. Przypomina mi się Borne sulinowo w 1993 roku.

W końcu pustka. Wąską asfaltowa droga zbudowana w stepie. Pojazdów niewiele. Zmieniamy się za kierownicą, Bambola ogarnęła senność. Wsiadam więc na jego miejsce i gnam kolejne 100 km toyota sprowadzona z Japonii. Iphone podłączony za pomocą adaptora i bateria sloneczna przez usb . droga bardzo dobra – 140 mozna zasuwac. Jutro bedzie gorzej – naszym celem jest Dadal pod granicą rosyjska.

Zajechalismy do Ondorkhan. Największe miasto w okolicy. Znów klimat radziecko-mongolski. Trzeba coś zjeść . Jesteśmy jedynymi gośćmi w prostej knajpie. Robimy zakupy – prowiant na 2 dni i zjezdzamy z asfaltowej drogi w kierunku polnocnym aby poszukać spania.

U podnóża góry 30 km od Ondorkhan dostrzeglismy stada kóz i owiec a chwilę potem dwie jurty. Po krótkiej rozmowie zostaliśmy zaproszeni do środka.

Khureltogoo (na polski – Zelazna Filizanka czy jakos tak) 88 letnia nauczycielka biologii i chemii. Odkąd umarł jej mąż jest na emeryturze w stepie. Ma jedzenie , świeże powietrze, gra w szachy z przygodnymi gośćmi. Jej dzieci mieszkają w mieście. w drugiej jurcie mieszka młode małżeństwo z 4 letnia córeczka. Pomagają Khureltogoo przy kozach i owcach.

Wznieslismy toasty. Potem jedzenie, jogurt, jeszcze raz wódka, ale w małych ilościach. Przyszedł czas aby zapędzić trzodę do zagrody.

Wyszedłem ma zewnątrz. Reszta gra w szachy. Ja siedzę w kompletnej ciemności i gapie się w gwiazdy.

Wtorek

300 km bo bezdrożach. Niby nic – przez step, parę potoków i lasy. To ze nisko zawieszona toyota dała radę to cud. Zajęło nam to 10 godzin. zatrzymujemy się przy owo na rozstajach dróg – jedno okrążenie, parę kamieni rzuconych na duży stos. Na większości owo leżą rozbite butelki wódki.

Siedzę na schodach drewnianej chaty w Dadal. Właśnie umylem nogi i gapie się na tumany kurzu szalejace po okolicy. To osada na koncu świata. Syberia.

Przyjaciel Seke buduje domy z drewna. Robi sie je z grubych pali bez uzycia gwoździ. Temperatury są tu o wiele niższe niz na stepach więc nieliczni mieszkają w jurtach. Pomimo ze to koniec świata każdy ma komórkę – Mobi com działa bez problemowo.

Zatem ponownie zatrzymujemy sie u lokalnej rodziny. W każdym z miejsc robię polaroida i wreczam rodzinie. mysle ze to najbardziej fair rozwiązanie – polaroidy wychodzą super, z chęcią bym je ze sobą zabrał. Radość jaka sprawiam domownikom tym prezentem jest bezcenna. Polaroid trafia obok innych rodzinnych zdjęć, zazwyczaj koło lustra. W każdym domu widzę taki oltarzyk. Czasem trafiają się naprawdę stare zdjęcia. Zastygniete, poważne twarze, czasem bardzo mocno wyretuszowane, niektóre kolorowane. portrety syna który sluzyl w wojsku
W wielu domach zdjęcia Dalaj Lamy. Dalaj po mongolsku znaczy „ocean”

Zmęczony jestem okrutnie – odleglosci ogromne, czasu nie wiele – całe dwa dni spędzone w aucie. Bambol frikuje za kierwnica, Seke martwi się o kanadyjska wizę, więc komórka nonstop w użyciu.

15 kilometrów od Dadal mieszka 93 letni Zundoi Davag. Słynny na cała Mongolie myśliwy, bohater wojenny. Czlowiek ten utrzymuje, ze swój wiek osiągnął dzięki piciu świeżej krwi zabitych przez siebie zwierząt. Ledwo słyszy ale wzrok ma doskonały. W szopie obok swojej chaty urządził mini muzeum w którym straszą wypchane niedźwiedzie, list, ptaki – jest także skóra białego królika albinosa – pierwszej ofiary która zabił w wieku lat 13. Skórka jeŚli wierzyć ma 80 lat. Potem starzec przebiera sie do zdjęcia – w klapie medale i ordery – najlepszy strzelec, najlepszy sportowiec, bohater wojny z Japonia i 46 innych. Słynie także z potencji – jego trzecia obecna zona ma 41 lat i prawie dała mu potomka – niesety pojawiły się komplikacje i poroniła.

Wymieniamy grzecznosciowe formułki, robimy sobie wspólne zdjęcie, zostawiam mu polaroida i wracamy do dadal.

Once upon in time in dadal – miasteczko jak z westernu. Drewniane domy, sklepy w których miejsce reprezentatywne zajmują butelki wodki. Jest też bar o nazwie „bar”.

Noc. Po kolacji, piwku i klasycznej wymianie złośliwości i żartów pomiędzy mną, Seke i Bambolem , zaleglimy na podłodze. Na łóżku koło mnie leżą też dzieci – chłopcy a na w kołysce słodko śpi 9 miesięczna dziewczynka. Matka jeszcze się krzata, ojciec poszedł na faje. A Seke zaraz dostanie w ryj ode mnie bo cały czas na opór gada przez telefon. Zupełnie ma w dupie ze śpią dzieciaki.

Środa

Obudziły nas ciężkie chmury. Wiem ze jak zacznie padać droga zamieni sie w koszmar. „what do you want me to do?” pyta Seke… Co ja mogę chcieć – trzeba jechać … Damy radę .

W samochodzie cisza, gdy jedziemy przez las. Wygarnalem Seke ze gadał przez tel przez godzinę w domu gdzie wszyscy spia w jednym pokoju. „it’s important it’s my life” odrzekl wzburzony. Na moje argumenty ze dzieci spały – odrzekl to, nie ma problemu, tu w Mongolii wszyscy żyją na jednej kupie. No i racja – zderzenie kultur. Jak bardzo cenimy sobie prywatność

Ciężkie chmury na niebie które prawie zawsze jest błękitne.

Po 100 km zatrzymujemy się aby spytać o drogę. Zapraszają nas do środka – herbata (mleko, sol, herbata składające się na Suutei Tsai). Seke i Bambol gnaja przez 10 minut na koniach, ja w tym czasie robię polaroida rodzinie.

Zatrzymujemy się w kolejnej zapadłej dziurze. Zakupy, trochę zdjęć i dalej przed siebie. Deszcz jednak nie spadł więc może dojedziemy do asfaltu.

Czy w Polsce jest niebieskie niebo? – pyta Bambol.

W Batnarov jemy obiad w jedynej czynnej knajpie. Akurat pierożki z mięsnym nadzieniem zwane „buuz” – wsuwamy po 5 popijając kawa rozpuszczaln i herbata mleczna.

W niedzielę wybory prezydenckie w Mongolii – w osadach rozwieszane są wielkie plakaty obecnego prezydenta ubiegającego się o druga kadencję i jego przeciwnika z partii demokratycznej.

Jeszcze 90 km do asfaltu, jeżeli bryka się nie rozkraczy.Z godziny na godzinę coraz piękniejsze swiatlo. Z ulga witamy asfaltowa szosę w Odnorkhan – teraz jedzie się płynnie i wygodnie – czytam książkę, rozmawiamy, co jakiś czas zatrzymujemy się na siku albo zrobić zdjęcia. W sklepie kupujemy landrynki „pszczółki” – kolejny z polskich produktów. Wcześniej delektowalem się korniszonami „braci urbanek”, drazetkami orzechowymi „korsarz” – nazywanymu tu Ali Baba.

O 21 jestesmy w gorniczym miescie Baganuur – idziemy z chlopakami na kolację i browca. Potem wbijam się do mieszkania starszego brata Seke. Mieszka wraz z żona i dwójka dzieci koło 20 tki. Wraz z nimi żyje też starszy człowiek – Seke nie wie kim on jest . Może się od niego sam dowiem bo mówi po rosyjsku – wygląda jak mongolska wersja Brezniewa.

Czwartek

Strasznie późno zaczety dzień. Wciąż nie wyjechaliśmy z Baganuur. Wygląda na to ze będę musiał trochę popracować w UB przez net – cały czas przywiązany do spraw w Warszawie -szkoda ze tak jest ale taki zawód freelancera.

No i tyle. Dziś za bardzo nie wiem gdzie jedziemy – będziemy się skupiać na okolicy Baganuur i rejonie gdzie żyją nomadzi – 70 km na północ od Malego Jeziora.

Od paru dni nie spotkałem żadnego cudzoziemca – ale atmosfery w stylu zapadłych dziur na prowincji brak. Nikt nie zwraca na mnie uwagi – klimat jak na osiedlu w Polsce tylko wszystko bardzo zaniedbane – połamane chodniki, zniszczone ławki, początek lat 90tych w Polgarii. Mongołowie zawsze woleli żyć w stepie – wolność i swoboda i kobyla młoda. Mobilność to podstawa, czyste niebo, powietrze i przestrzeń – to drastycznie zmieniło się na początku XX wieku. Mongolia jako drugi kraj na świecie po CCCP przyjęła ustrój komunistyczny. Wywarło to wielki wpływ na psychikę i mentalność potomków Czyngis-chana. Szczególnie destruktywne były lata 70te – kiedy to Sowieci zaczęli poczyniac sobie bardziej . Język rosyjski, sztuka, kultura, radziecka siermieznosc…

Znów step i droga choć natrafiamy na rzekę dla urozmaicenia. Bambol zna miejsce gdzie chodził się kąpać nad rzekę jak był mały – wykonuje efektowny skok do lodowatej wody z urwiska.

Osada Srebrny Kon – szybko rozniosly się wieści ze przybył brodaty bialas i Indianin co rozdaje cukierki – daliśmy wcześniej na wzgórzu dzieciakowi „pszczolek” w zamian za konia. Wieści roznoszą się szybko. Podczas obiadu (smażone w oleju buuzy polewane przyprawa z „miś-polu”, do drewnianej budy zlazly się dzieciaki szukające Indiania.

Jeździmy po Srebrnym Koniu szukając ziomka. On wie gdzie są jakieś dobre rodziny do odwiedzenia. kierujemy się za wzgórze w kierunku rzeki – przepiekna dolina, zielony dywan jak na polu golfowym, po którym biegają i pasa się setki koni.

U podnoza góry zajezdzamy do pierwszej jury. Witamy się, siadamy, pijem mleczna herbatę, robię polaroida i idziemy do następnej jurty … Gdy w niej siedzimy i znów pijemy herbatę łapie się na tym ze to zupełnie bezsensu. Wracamy do pierwszej znów. I zostajemy na całe popołudnie, wieczor i noc. Gnanie aby zrobić dwa kolejne zdjęcia jest zupełnie bezsensu.

41 letni Buyamtogtokh i jego zona Baigalmaa maja dwojke dzieci ktore studiuja w Srebrnym Koniu – w chatce pozostal im tylko nowonarodzony synek o imieniu Gwiazda. Bardzo fajni ludzie – wieczorem probujemy zlapac narowistego konia, ktory musi zostac ujezdzony bo zdziczeje do konca (hm…) tak samo z biala krowa ktora Buyamtogtokh lapie na lasso – szalona biala krowa nalezy do sasiada. Ten w koncu pozuje z nia do zdjecia. Tego wieczoru ustawia sie cala kolejka – matki z dziecmi, koles z krowa, mlodzian z koniem, Buyamtogtokh z zona, dzieckiem i sasiadka. Wszyscy chca polaroida – zupelnie nie rozumiem jak ta firma postanowila zaprzestac produkcji materialow…

Piatek

Rano znow temepratura ponizej zera, wstaje o 5, robie pare kiczowatych widoczkow i ruszamy do UBC. Do 12 musze odebrac wize. Znow wertepy i bezdroza – potem droga asfaltowa na ktorej zasypiam. Budze sie w miescie – mam wrazenie jakbym znalazl sie w Nowym Jorku albo w Tokyo. W chinskiej ambasadzie mila niespodzianka – juz chce placic za wize – pani oddaje mi paszoport z chinska naklejka i oswiadcza ze obywatele Polski wizy do Chin maja za darmo (chyba miala stare informacje sprzed wstapienia Polski do Schengen).

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano

Cruisin' in UBC

„Mieszkam tu tyle lat ale jeszcze nie bylem w tylu miejscach jednego dnia, dziekuje sprawiles mi radosc dzis” – mowi taksowkarz, ktory ma dwie maupki rozowa i zielona jako maskotki za kierownica. Wraz z Seke jego ziomkiem Bambolem krazymy po miescie jak wariaci od samego rana.

Na pierwszy ogien poszedl Black Market – bardziej poukladana wersja Stadionu w Wawie z poczatku lat 90’tych. Jest sektor z butami, potem ze zwierzetami, piecami, zarciem, srubkami, demobilem i tak dalej. Mozesz kupic wszystko. W przewodniku odradzaja to miejsce. Rzeczywiscie jestem jedynym cudzoziemcem, kaptur na glowe aparat schowany – lajka i trix tym razem oraz holga pinhole do fotografowania zlotych rybek w malych sloikach i kroliczkow w klatkach oraz wielkich kozlow obdzieranych ze skory przez usmiechajaca sie na zloto 40 letnia kobiete. Nie ma problemow z robieniem zdjec – tzn staram sie byc dyskretny.

Wracam po sredni format. Jedziemy do Ger District – ogromny teren na wzgorzach za miastem – gdzie w jurtach mieszkaja ludzie z prowincji. Seke mowi ze sprzedali oni swoje stada zwierzat i przeniesli sie do miasta w poszukiwaniu lepszego zycia. Ciezkie zimy i zmieniajacy sie klimat – zupelnie nie do przewidzenia daje sie im we znaki. Wiec ciagna do UB. Alkoholizm, bezrobocie, ciezkie warunki sanitarne. Nie jest lekko.

Jezdzimy potem bez celu po obrzezach miasta – zatrzymuje sie szukajac kuriozalnych sytuacji – a tych bez liku.

W koncu nie wiadomo skad trafiamy do dzielnicy przemyslowej – gdzie powstaly w ostanich latach fabryki a kominy wielkiej elektrowni puszczaja ciezkie chmury…

CDN. (lece na miasto, bo slonce zachodzi)

Opublikowano project, reportage, travel | Otagowano , ,

k3 Beijing – UlaanBaatar . Trans-Mongolian Railway

Kawa o wschodzie słońca. Ostatni raz sprawdzam maile. Sprawdzam raz jeszcze papiery dokumenty bagaż . Zegnam się z Juniorem i ruszam w drogę. Taxi. Puste ulice pekinu, czyste niebo, spokój miesza się z niepewnością. Bagaż trochę ciąży gdy idę z postoju na dworzec. Już kiedyś tu byłem. 4 lata temu jadąc do beidahe z ekipa. Teraz większy porządek , czysto i miło. Jeszcze jedna kawa, małe śniadanie.

Znów w drodze. 30 godzin z pekinu do ulan bator. Kawałek transyberyskiej. Plan był inny – wracać do domu pociagiem. Nastąpiła zmiana – za dwa tygodnie powrót do Pekinu samolotem jeżeli wszystko się uda.

Wygląda ze czasu nie mam zbyt wiele na miejscu. Parę dni w UBC, pomysły do ogarniecia, wiza chińska jeszcze raz do zalatwienia, bilety na samolot.

Potem wielka jak step niewiadoma.

Tymczasem już mi się podoba. Jack johnson w sluchawkach, piękne widoki za oknem. Poznałem się ze wspolpasazerami – Blair i Francis z Kanady oraz Masza z St. Petersburga która 26 raz robi Transyberie – pracuje jako tour leader dla Gap.

Przespacerowalem się przez cały pociąg… A teraz czytanie gapienie sie przez okno i muzyka. Czuję się lepiej – miałem dwa mentalnie ciężkie dni – mam nadzieję ze się ułoży wszystko w Wawie. Always on the run. Już tyle lat.

Noc. Kurz. Mikroskopojne drobinki pylu z pustyni są wszędzie w pociągu. Pociąg został szczelinie zamknięty – z zewnątrz i wewnątrz – toalety, okna. Pociąg jest prawie pusty, zapelni sie na granicy mongolskiej – handlarzami wiazacymi dobra z Chin.

Chiczycy zabrali paszporty. Z pomocą nowych technologi wagon za wagonem ma zmieniane koła. Nie można opuścić pociągu ale idzie sprawnie. Robie zdjecia przez okna, szkoda ze nie mozna wyjsc i pokrecic sie po hali. Przypomina mi sie dokument Marcela Lozinskiego „89 MM OD EUROPY”

Cala operacja przekraczania granicy trwa prawie 4 godziny.

Zachwycony jestem ta podroza. Jest czas na rozmowy z ludźmi , browar, spanie , robienie zdjęć i książki.

Wstaje rano. Wokolo pustka. Step. Niby nic nie widac oprocz paru osad na horyzoncie. Czasem pojawi sie wielblad albo ciezarowka pedzaca przez step.

Siedzę teraz w mongolskim Warsie. Omlet, kawa, sok. Wystroj wnetrza kiczowaty do granic mozliwosci. Wszystko wyrzezbione w drewnie, niedbale przybite gwozdziami rzezbione ornamenty przedstawiaja fantazyjne scenki, demony, pedzace konie. Na scianach wisza instrumenty – rownie niedbale sklecone. Cepelia w mongolskim wydaniu.

Za godziny na godzine wiecej osad, coraz wiekszych. W koncu w dolinie pojawiaja sie pierwsze zabudowania wielkiego miasta. Ulaanbaatar (czyli Czerwony Bohater).

Opublikowano on the road, project, reportage, travel | Otagowano , ,

obamomania

Opublikowano project | Otagowano ,