sobota

Święto, czyli fiesta. Ale chyba raczej nie. Stałem pod cmentarzem w jednej z zapomnianych przez świat wiosek; z kościoła szła procesja na mszę, która miała się odbyć na cmentarzu. Mijał mnie korowód smutnych, zaciętych twarzy. Ksiądz wspomagał się nagłośnieniem, wymieniając imiona kolejnych świętych, a tymczasem tłum zasmuconych parafian mruczał pod nosem: „Módl się za nami.” Było to tak dramatyczne przeżycie, że prawie umarłem ze smutku. Nagła rozpacz ogarnęła moje serce i musiałem sobie wmówić, że to tylko film, że za chwilę mnie tu nie będzie.

Wiem, że to taki dzień, ale każdy dzień zamienia się właśnie w taki: smutne dni, gorycz, melancholia wstrzykiwana prosto w nasze serca. Jednym słowem, wolę głupawkę i naiwną radość niż to masochistyczne użalanie.

Koniec.

I spadam się zabawić

Ten wpis został opublikowany w kategorii common life i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.