Wtorek.
Zostalem sam. Skonczyla sie laba na Zanzi. Troche brak mi dzis pary i mocy. Zaczyna sie wielka niewiadoma – Etiopia. Mam niewiele czasu – jedynie 3 tygodnie. Zdecydowalem sie na polnoc kraju – choc w moze sie duzo jeszcze zmienic – stawiam na brak planu – najwyzej co jego szkielet.
Wieczor w Addis Ababa.
Lot minal szybko. Tylko 15 minut spoznienia. Moj sasiad z boku nie tknal jedzenia, modlil sie cala droge, spogladajac z nienawiscia na ekran video gdzie wyswietlano wyjatkowo debilny film Camp Rock czy cos takiego.
Lotnisko.
Obywatele 33 krajow dostaja wize „on arrival” – Polacy tez. Grzecznie namawiam pania z kontroli granicznej aby wbila mi calostronnicowa wize na istniejaca juz pieczatke jakiegos kraju. 32 strony w paszporcie to dla mnie zdecydowanie za malo. W kantorze probuje „przepchnac” 50 dolarowy banknot z „mala glowa prezydenta” – nie udaje sie – ale ponoc mozna to zrobic w centrum miasta w Commercial Bank. Sprobuje jutro.
Wypijam powitalna kawe – potrojne esspreso i laduje sie do rozpadajacej sie starej Lady. Po drodze do dzielnicy Piazza taksowkarz musi sie zatrzymac u „gommisty” aby napompowac kola.
10 stopni. Zimno. Ciemna noc w jednym z najwiekszych afrykanskich miast. Zatrzymuje sie w Hotelu Baro – 10 dolkow za noc w nedznym pokoiku.
Szukajac czegos do jedzenia trafiam do Ristorante Castelli – slynna wloska knajpa, ponoc najlepsza w calej Etiopii. Jest tu nieprzerwanie od lat 30 – przetrwala wszelkie zawirowania historii. Na scianie zdjecia gosci – Geldof, Clinton, Brangelina etc.
Nie mam juz sily – rano trzba wstac. Wbijam sie do spiwora z polaru, zagrzebuje sie pod sterta kocy i zasypiam
