Droga z Krong Koh Kong do Phnom Penh

Na autobusy w Tajlandii nigdy nie zdarzyło mi się narzekać. Wygodne, szybko przemieszczają się z punktu A do punktu B po nowoczesnych autostradach. Podróż z Bangkoku do Trat to był moment. Obudzili mnie dopiero na przystani skąd odpływają promy na Koh Chang – tropikalną wyspę przy granicy z Kambodżą. Wypiłem 2 mocne kawy, jajka i tost zniknęły w moim żołądku, chwilę potem podjechał truck do Trat, skąd wziąłem minivana do  Hat Lek, miasta granicznego. Spotykam Joela Ly – Khmera, który w kwietniu 1975 roku uciekł z oblężonego przez Czerwonych Khmerów Phnom Penh. Dotarł do Sajgonu – dokładnie wtedy gdy kończyła się wojna w Wietnamie, Amerykanie w pośpiechu pakowali manatki i ewakuowali ambasadę. Joel przez rok mieszkał w Wietnamie, aby przedostać się  do Francji. Osiadł w Paryżu, tam poznał swoją żonę – również z Kambodży. Obecnie Joel pracuje dla UNHCR (United Nations High Commissioner for Refugees) w Bujumbura w Burundi. Uwielbia swoją pracę – może pracować dla uchodźców, jak mówi, sam przecież był jednym z nich 30 lat temu. Przez cały rok podróżuje pomiędzy Paryżem, Tanzanią, Burundi, Bangkokiem i Phnom Penh. Żona mieszka w Phnom Penh, opiekuje się mieszkaniem, które kupili parę lat temu, syn studiuje w Paryżu – cała rodzina w rozjazdach…

Przekraczamy granicę. Tajscy służbiści długo oglądają mój paszport i uprzejmie informują mnie, że nie będę mógł wrócić do Tajlandii na mojej wizie – przytakuję, zabieram paszport i przechodzę na khmerską stronę granicy. Od razu otacza mnie 15 typów chcących ubić interes, podwieźć mnie taksówką czy minibusem. Odganiam ich i szybko kieruję się do khmerskiej służby granicznej. Tam chcą 1100 bhatów za wizę (30$) – oczywiście jest to ściema – wiem, że mogę zapłacić 20 dolarów w gotówce i wyśmiać ich kosmiczny przelicznik bhatów na dolary. Służbiści długo się bronią przed dolarami i nie chcą ich przyjąć – w końcu po długiej wymianie zdań opuszczam budynek z wbitą khmerską wizą ważną na miesiąc. Później się dowiaduję, że praca na granicy to całkiem spora kasa – żeby dostać tu posadę prawie wszyscy muszą zapłacić sporą łapówkę wyższym urzędasom w Phnom Penh, aby potem z kolei pobierać łapówki od przemytników i ściągać zawyżone opłaty za wizy od turystów (na jednej wizie mają 10 dolarów na czysto).

Kambodża. Miasto graniczne Krong Koh Kong jest jak każde inne graniczne miasto w krajach słabiej rozwiniętych. Kasyna, nielegalny obrót walutami i towarami, przemyt pigułek do Tajlandii, kontrabanda na szeroką skalę. Krong Koh Kong ma prawdopodobnie świetlaną przyszłość przed sobą, bo leży na trasie z Bangkoku do Sajgonu przez Phnom Penh a także mogła by to być doskonała baza wypadowa na okoliczne wyspy, które w przeciwieństwie do wysp w Tajlandii, prawie wcale nie mają rozwiniętej infrastruktury turystycznej – więc są atrakcyjną alternatywą do przepełnionych wysp po tajskiej stronie granicy.

Miasto jest przygnębiające. Szare  budynki, stragany zawalone przemycanymi papierosami, alkoholem i gadżetami. Wraz z Joelem zastanawiamy się jak najszybciej dostać się do Phnom Penh. Jedna z opcji to szybka łódź do Sihanoukville a stamtąd autobus do stolicy. W naszym przypadku jest już za późno – łódka do Sihanoukville odpłynęła o 8 rano, więc nie pozostaje nam nic innego jak szukać bezpośredniego transportu do PP. Za miejsce w minibusie chcą 15 dolarów. Postanawiamy poczekać i siadamy w kafejce przy bazarze. Joel, mówiący po khmersku nie ma problemu ze znalezieniem taksówki do Phnom Penh – potrzeba tylko jeszcze jednego pasażera na tylne siedzenie (z reguły upychają 4 osoby) Toyoty Camry. Znajduje się po chwili – ogromny 2 metrowy rybak z Alaski – Walt, który przez resztę drogi będzie raczył nas lodowymi opowieściami o orkach zabójcach, polowaniach na białe niedźwiedzie, o śniegu co zasypał jego traperską chatkę, holowaniu tankowców z ropą i jakości rybiego mięsa o różnych porach roku. Z kolei Joel skromnie siedzi nic nie mówi – ale on też przeżył swoje. Droga mija szybko, wysiadamy 4 razy z samochodu aby przemieścić się rzecznym promem. Droga nie jest taka zła, kamienista nawierzchnia, zero asfaltu, kurz i dżungla w około– siedzimy z tyłu w trójkę z bagażami na kolanach. Z przodu 3 pasażerów i kierowca ściśnięci jak sardynki w puszce. Dopiero w okolicach Sre Ambel zaczyna się asfaltowa nawierzchnia. 

Phnom Penh. Znów GH no9, spotkanie ze starymi znajomymi. Jest inaczej niż rok temu, a może jest tak samo tylko, że teraz mam się do czego odnieść. Dziwne historie krążą wokoło – ktoś umarł, inny zwariował, romanse, choroby, seks i zbrodnia. Zbrodnia i kara. W samej Kambodży dzieje się wiele, wystarczy otworzyć gazetę: ptasia grypa, bunt w więzieniu (20 trupów), awantury na obrzeżach PP (z reguły walki wręcz i na noże w piątkowe i sobotnie wieczory w khmerskich dyskotekach i karaoke). Zbieram te historie, może coś z tego będzie.

Jak ten leszcz ostatni zostawiłem ładowarkę do laptopa w Bangkoku. 3 dni nie było jak pracować w końcu udało mi się dorwać za 70$ nową. Czasem się zastanawiam gdzie położyłem mózg.

Stopa się zagoiła, kolejna blizna do kolekcji. Od jutra zaczynam biegać po mieście, albo pożyczę rower – to będzie dobry trening przed rowerową wyprawą po Japonii…

Ten wpis został opublikowany w kategorii common life i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.